Rozdział 132: Przez godzinę sam na sam z…
— Nic ci nie będzie, Myc. Naprawdę — powiedział Greg, uśmiechając się, gdy stali przy drzwiach wejściowych. Czule objął policzek męża.
— Nie wątpię w to, Gregory, ale czy musisz? — zapytał Mycroft, wzdychając cicho.
— Kochanie, wyglądasz niczym jeleń wpatrzony w reflektory samochodu — zaśmiał się Greg. Młodszy mężczyzna wydawał się tak mocno zdenerwowany. — Wkrótce wrócę. Muszę iść tylko do Yardu, uporządkować pewne sprawy, wpaść do sklepu w drodze do domu. Będę góra za godzinę.
Mycroft skinął głową, sapiąc przez nos. Nie chodziło o to, że nie chciał zostać sam, po prostu nie czuł się dobrze przygotowany na tę sytuację. Nie był do tego dokładnie przygotowany.
— W porządku — skomentował, pochylając się, by wtulić się w dłoń męża spoczywającą na jego policzku. Przymknął oczy.
— Nic ci nie będzie — szepnął czule Greg. — Jesteś wspaniały. Nie potrzebujesz mnie przy sobie przez cały czas. Wkrótce będę w domu.
Stając na palcach, Greg pocałował go słodko, a potem Mycroft został sam. Cóż, niezupełnie sam, ale… Był sam z ich nowo narodzonym synem. Nadal czuł się, jakby nie umywał się do rodzicielskiej wiedzy swojego drogiego Grega, ale starszego mężczyzny nie było i nic nie mógł z tym zrobić. Dlatego też wyprostował się i z westchnieniem odwrócił się i wszedł do salonu.
Ich syn, Oliver Lucas, spał na kanapie. Podchodząc do niego, Mycroft założył dłonie za plecami i spojrzał na śpiące niemowlę. Miał zaledwie dwa tygodnie i zaskakującą grzywę ciemnych włosów. Jego usta były rozchylone, gdy drzemał, nie opanowawszy zdolności do oddychania wyłącznie przez nos. Jedna z niezwykle małych dłoni była zaciśnięta w pięść. Oliver często spał w ten sposób, nie ściskając niczego, ale mimo tego mając zaciśniętą dłoń. Mycroft po prostu podziwiał ten widok.
Uśmiechnął się czule do swojego syna. Tak… jego syn. Jego i Gregory'ego. Był najpiękniejszym dzieckiem, jakie Mycroft kiedykolwiek widział. Naprawdę w to wierzył, nawet jeśli był w tej sprawie nieco stronniczy. Może mógłby to zrobić. Gdyby Oliver spał przez większość czasu, nie miałby się czym martwić.
Mycroft szybko jednak zorientował się, że nie miał takiego szczęścia. Po kilku chwilach podziwiania śpiącego niemowlęcia, chodzeniu po salonie, aby podnieść kilka porozrzucanych zabawek i kuców, Oliver obudził się z płaczem. Mycroft zamarł szokowany, patrząc, jak jego syn całkowicie się budził, zginając i rozprostowują nogi oraz machając ręką, kiedy płakał. Upuszczając pluszową kostkę rubika, którą dostali od Johna i Sherlocka, Mycroft podszedł i uklęknął przed kanapą.
— Jestem tutaj, Olivierze — powiedział łagodnym, cichym tonem, wyciągając rękę, żeby chłopiec mógł chwycić jego smukły palec.
Oliver zrobił to, mocno go ściskając, po czym odwrócił się, by spojrzeć na ojca swoimi dużymi, brązowymi oczami, które całkowicie odziedziczył po rodzinie Lestrade. Na początku miały raczej szary kolor, jakby jeszcze nie mogły się zdecydować jaką barwę wybrać, ale szybko stały się prawie identycznej jak u jego drugiego ojca. To oczywiście nie było niczym dobrym dla Mycrofta. Dwie pary, dużych, brązowych oczu, które patrzyły na niego szczenięcym wzrokiem? Mój Panie, tylko nie to.
— Co się stało, kochanie? — zapytał, odgarniając do tyłu puszyste włosy dziecka, gdy w dalszym ciągu płakało. — Czy jesteś głodny?
Próbował zachować spokój, mimo że czuł się całkowicie bezużyteczny w tej sytuacji. Minęło kilka godzin, odkąd Gregory podał dziecku ostatnią butelkę, więc mogło to być to. Dlatego upewniając się, że Oliver był bezpieczny i nie mógł się zsunąć z kanapy, wstał i udał się do kuchni, by przygotować butelkę z mlekiem.
Część niego naprawdę nienawidziła zostawiać Olivera w drugim pokoju, gdy ten płakał, ale w przeciwieństwie do swojego męża, nie zbliżył się do opanowania umiejętności wykonywania zadań jedną ręką, gdy w drugiej trzymał Olivera. Przypomniał sobie wszystko, co setki razy widział, gdy Gregory przygotowywał posiłek dla Olivera i zrobił to samo. Przygotowanie butelki naprawdę nie było takie trudne, a kiedy mieszkanka osiągnęła odpowiednią temperaturę, wrócił z nią do salonu.
— W porządku, Oliverze, chodź tutaj — powiedział cicho, podnosząc syna.
Spróbował włożyć mu smoczek butelki do ust. Oliver uchylił się przed smoczkiem więcej niż raz. Mycroft zmarszczył brwi, niepewny, dlaczego miałby nie chcieć przyjąć butelki. Czy nie był głodny? Dlaczego w takim razie płakał?
Po chwili stało się jasne dlaczego i Mycroft poczuł odrobinę lęku, gdy uświadomił sobie powód. Pielucha Olivera musiała zostać zmieniona. To naprawdę powinno być łatwe zadanie, ale nie było to coś, do czego Mycroft już się przyzwyczaił. Z cichym jękiem odstawił butelkę i spojrzał bezradnie na swojego płaczącego syna.
Przesunął się, by położyć go z powrotem na kanapę i chwycił małą torbę, którą trzymali w salonie, żeby nie musieli chodzić do sypialni po zapasy. Wyciągnął chusteczki i pieluchę oraz… wpatrywał się w nie bezradny. Dlatego też, przełykając dumę, sięgnął po telefon komórkowy, żeby zadzwonić. Włączył zestaw głośnomówiący, aby mieć wolne ręce.
— Tak, proszę pana? — nadeszła odpowiedź.
— Anthea — westchnął Mycroft. — Potrzebuję twojej pomocy.
— Co się stało? — zapytała, wyraźnie przechodząc w tryb pracy.
— Nic tej natury — uspokoił ją, ponieważ krzyki Olivera najprawdopodobniej docierały teraz do niej przez telefon. — Muszę… zmienić pieluchę Olivera…
Przez chwilę panowała cisza, zanim po drugiej stronie połączenia usłyszał śmiech.
— Anthea — westchnął z irytacją. — Po prostu… proszę. Gregory jest w Yardzie i czuję się nieprzygotowany do tego.
— W porządku, szefie.
Wciąż się śmiała, przeszła jednak w tryb pomocy i przez kilka następnych minut pomagała mu przeprowadzić procedurę zmiany pieluchy przez telefon. Mycroft przypomniał sobie ruchy, które kiedyś wykonywał i okazało się, że z pomocą Antheai było to znacznie łatwiejsze niż przypuszczał. Wkrótce potem Oliver miał na sobie czysta pieluszkę i wydawał się znacznie szczęśliwszy.
— Dziękuję, Anthea. Widzimy się rano.
Zakończył połączenie i podniósł Olivera, trzymając go blisko. Niemowlę nadal pociągało nosem, ale jego oczy były teraz suche i zamiast płaczu, wpatrywał się w swojego ojca. Oliver wyciągnął rękę, by chwycić nos Mycrofta, uśmiechając się przy tym. Tak, odziedziczył również uśmiech Grega. Mycroft naprawdę nie miał teraz żadnych szans przeciwko niemu.
