Rozdział 166: Niespodzianka!
— Co dokładnie robisz? — zapytał Mycroft, unosząc brew, gdy jego partner z uśmiechem zawiązał mu opaskę na oczach.
Właśnie wsiedli do samochodu i rozsiedli się w środku, a potem nie wiadomo skąd Greg wyciągnął materiał z kieszeni i oto znaleźli się w tej sytuacji.
— Mam dla ciebie niespodziankę.
To było wszystko, co powiedział w celu wyjaśnienia, zanim pochylił się, by wręczyć kierowcy pisemne instrukcje dotyczące tego, dokąd jadą. Mężczyzna skinął głową z rozbawionym uśmiechem. Odjechali.
Mycroft lekko zmarszczył brwi, kiedy ruszyli. Zawiązanie oczu nie było najlepszym scenariuszem, a niewiedza, co się działo, była jeszcze bardziej nieprzyjemna. Jedyną zbawienną rzeczą w tym, co się teraz działo, było uczucie palców Grega na jego udzie, które muskały jego nogę i rysowały na niej małe kółka. Jednak po chwili jazdy Mycroft zmarszczył brwi. Nie mógł widzieć, ale wciąż odwrócił głowę w stronę swojego partnera.
— Idziemy do brytyjskiego muzeum? — zapytał ciekawie. Z jakiego innego powodu mieliby jechać na West End?
— Jak ty… — zaczął pytać Greg, ale urwał i potrząsnął głową. — Nie ważne. Nie, nie idziemy tam.
Mycroft uśmiechnął się lekko. Rozpoznał schematy skrętów i miejsca, gdzie musieli się zatrzymać, kiedy poruszali się w ruchu ulicznym. Zawsze uwielbiał zaskakiwać swojego najdroższego Gregory'ego, nawet jeśli to on miał być zaskoczony. Próbował myśleć o wszystkim innym, co miało znaczenie, co było w pobliżu, ale nie mógł dojść do właściwego wniosku. To było irytujące.
— Jesteśmy na miejscu — oznajmił Greg, gdy samochód skręcił i zatrzymał się.
Inspektor otworzył drzwi, pomagając wyjść Mycroftowi i wyprowadzając go na chodnik. Trzymał luźno rękę na jego plecach, gdy się odwrócili i kazał mu przejść trochę, zanim się zatrzymał. Potem zdjął mu opaskę. Mycroft zamrugał i natychmiast otworzył oczy, a potem uniósł brew.
— McDonald? — zapytał z niedowierzaniem wpatrując się w złote logo.
Zapadła cisza. Spojrzał na Grega, by zobaczyć zszokowany wyraz jego twarzy. Ten szok zmienił się szybko w śmiech.
— O cholera — zaśmiał się głośno Greg. Musiał się odwrócić i zakryć usta oraz przez chwilę ochłonąć, gdy Mycroft praktycznie mordował go spojrzeniem. — Nie. Nie, Mycroft, nie o to chodzi. Spójrz tam.
Wciąż trochę chichocząc, wskazał sklep kilka budynków dalej. Mycroft obrócił się, by podążyć za jego gestem, a kiedy spojrzał na to miejsce, jego oczy rozszerzyły się, a usta lekko rozchyliły.
— Parasole Jamesa Smitha i synów? — zapytał z lekkim niedowierzaniem.
Greg miał jeden z najbardziej dumnych uśmiechów.
— Tak. — Skinął głową, krzyżując ramiona na piersi patrząc na wyższego mężczyznę.
Mycroft zamrugał. Zaskakująco, nigdy tu nie był. Oczywiście słyszał o tym sklepie widział kilka zakupionych stamtąd parasoli i lasek, ale…
— Gregory — zaczął mówić, ale słowa naprawdę mu umknęły.
— Chodź — powiedział Greg, robiąc kilka kroków do przodu. — Wejdźmy do środka, Myc.
Wyciągnął rękę i zachęcająco poruszył palcami, aż w końcu Mycroft wziął oferowaną dłoń. Pozwolił Gregowi poprowadzić go do frontowych drzwi, gdzie nie mógł powstrzymać się od zajrzenia przez jedno z okien, a potem drzwi otworzyły się z małym dzwonkiem dzwonka umieszczonego nad nimi i byli w środku.
Wszędzie były parasole. Na wystawie, na stoiskach, pogrupowane według stylu i koloru oraz… łał. Mycroft był zachwycony. Miał oczekiwania co do tego, jak to miejsce mogło zostać zaaranżowane, ale rzeczywistość okazała się o wiele lepsza. Greg wpatrywał się w Mycrofta, obserwując subtelne zmiany na jego twarzy, które tak wiele mówiły, co czuł. Był tym miejscem bardzo podekscytowany, więc wysiłek Grega włożony w aranżację tego wszystkiego się opłacał.
Przeczesując palcami włosy, Greg odwrócił się, by spojrzeć na drugą stronę sklepu, kiwając z uśmiechem sprzedawcy, a potem odwrócił się. Mycrofta nie było już tam, gdzie wcześniej stał. Greg zamrugał. Gdzie, do diabła, znikł?
— Mycroft? — zawołał cicho, robiąc kilka kroków.
Nie otrzymał odpowiedzi. Kontynuował rozglądanie się wokół, aż w końcu zauważył mignięcie lekko rudych włosów wystających wśród różnych uchwytów parasoli. Zaśmiał się cicho i potrząsnął głową. To było naprawdę urocze, jak zachowywał się jego partner.
— To Bedford — wymamrotał cicho Mycroft, gdy podszedł, podnosząc smukły parasol z czarną rączką. — Są wykonane ze skóry i raczej wygodne, gdy trzeba je trzymać przez dłuższy czas. Bardzo dobry również do celów dekoracyjnych. A te tutaj, to Holborn. Ich konstrukcja jest dokładnie taka sama jak Bedfordów, ale z rączką z laski Malakkaa. Widzisz? Oba składają się z drewna bukowego i metalu.
Greg zerknął na to, na co wskazywał Mycroft. Uśmiechnął się i skinął głową, chociaż to co opisywał mu Mycroft nie miała dla niego żadnego sensu. Nie obchodziło go to jednak. Mógł dosłownie stać i słuchać, jak Mycroft mówił o tym, aż do końca wszechświata. Młodszy mężczyzna zachowywał się jak dziecko w świąteczny poranek i był to najpiękniejszy widok.
— A co z tymi? — zapytał z promiennym uśmiechem, podnosząc jednego z rączką w kształcie głowy dinozaura. Obrócił się i potrząsnął parasolem w górę i w dół, przechylając głowę oraz przyjmując głupkowaty głos. — Witaj Mycroftcie. Nazywam się Rex.
Spojrzenie, jakim obdarzył go Mycroft było prawdziwą nagrodą. Uśmiechnął się i ponownie odłożył parasol. Mycroft pokręcił tylko głową.
— Naprawdę, Gregory — westchnął, ale Greg zauważył u niego lekki uśmiech. Lestrade roześmiał się.
— Opowiedz mi o tych — poprosił, wskazując na te, które miały wypukłości na rękojeści.
— Mówisz poważnie? — zapytał Mycroft, mrugając. Greg uśmiechnął się i skinął głową. Mycroft uśmiechnął się promiennie i podszedł, pochylając się, by złożyć na jego ustach delikatny pocałunek. — Jesteś wspaniałym mężczyzną i kocham cię.
— Wiem o tym — wymamrotał Greg, rumieniąc się.
Mycroft otarł ich nosy o siebie, po czym odsunął się i wyjął jeden z parasoli, na które wskazał Greg.
— Te uchwyty to laski Whangee…
Notka od tłumacza: Szukam bety. Zainteresowanych proszę o kontakt.
