Rozdział 179: Pierwsza wizyta w 221B

— Dlaczego dokładnie musimy to zrobić? — zapytał Mycroft, unosząc z zaciekawieniem brwi.

Siedzący na jego kolanach Oliver odwracał głowę (i chwiał się przy tym za każdym razem, ponieważ był jeszcze za młody, aby móc utrzymać środek ciężkości w jednym miejscu), aby patrzeć na wszystko, co mijali podczas jazdy. Greg zaśmiał się, potrząsając głową i luźno krzyżując ramiona.

— Ponieważ nadal jest twoim bratem, nawet jeśli nie będziecie się dogadywać — powiedział, obserwując, jak ich czteromiesięczne dziecko opierało się o klatkę piersiową ojca i chrząkało, najwyraźniej nudząc się jazdą samochodem.

Oliver kopnął lekko nogami, wijąc się w uścisku Mycrofta, zasługując sobie na surowe spojrzenie mężczyzny. Uśmiechając się, Greg sięgnął do torby na pieluchy, którą zabrali i wyciągnął wypchanego kota. Poddał go synowi, a Oliver uśmiechnął się promiennie, po czym chwycił maskotkę i mocno ją przytulił.

— Nie wiem, czy jestem całkiem gotowy, aby wystawić nasze dziecko na wszelkie niehigieniczne warunki panujące w murach 221B — prychnął Mycroft.

— Nic mu nie będzie — zaśmiał się Greg z błyszczącymi oczami. — Daj spokój, wiesz, że w końcu będziemy musieli ich skłonić do opieki nad dzieckiem. Równie dobrze możemy zacząć aklimatyzować go w tym miejscu.

— Sherlock nie będzie opiekować się dzieckiem — zauważył Mycroft, wyglądając na zszokowanego i rozbawionego tym absurdalnym pomysłem. Greg naprawdę musiał się z tym zgodzić.

— Zgadzam się, ale John będzie — stwierdził.

To wywołało pomruk od młodszego mężczyzny.

Wkrótce dotarli do Baker Street i zatrzymali się przy krawężniku przed mieszkaniem Sherlocka i Johna. Greg już od jakiegoś czasu chciał, żeby przyjechali tutaj z Oliverem, ale przez jakiś czas harmonogramy ich pracy nie układały się właściwie, aby to zrobić. Musiał również powiadomić Johna wystarczająco wcześnie, aby upewnić się, że mieszkanie będzie jak najbardziej zabezpieczone przed dziećmi.

Greg zarzucił torbę z pieluchami na ramię, a Mycroft niósł Olivera na ramionach. Weszli razem po schodach.

— Cześć ludzie! — John przywitał się radośnie, machając im od salonu.

Mieszkanie posprzątano całkiem ładnie, co było dobre. Greg postawił torbę na stole, podczas gdy Mycroft przykucnął na podłodze i posadził na niej Olivera. Dziecko stało się całkiem dobre w samodzielnym siedzeniu i właśnie to robił, rozglądając się szeroko otwartymi, brązowymi oczami po nowym miejscu, w którym się znajdowali.

Biorąc wszystko pod uwagę, wizyta przebiegała bardzo dobrze. Sherlock jak zwykle zachowywał się jak palant i irytował Mycrofta, tak jak zawsze. John znalazł w telewizji mecz piłki nożnej dla hałasu w tle i nawiązał normalną oraz swobodną rozmowę z Gregiem o zwykłych rzeczach. Obaj dołączyli do Olivera na podłodze, który paplał w swoim dziecięcym języku i najwyraźniej opowiadał Johnowi kilka bardzo ważnych rzeczy.

— Greg, on jest taki piękny — powiedział John, a jego oczy błyszczały z czułości, gdy delikatnie poruszał jedną z rąk Olivera. Ten akt przyniósł radosny chichot ze strony chłopca. Greg uśmiechnął się dumnie.

— Jest — zgodził się.

— Naprawdę cię przypomina — kontynuował John. — Chociaż na pewno ma nos Holmesa, właśnie tu.

Aby to podkreślić, postukał w koniec małego nosa Olivera. To spowodowało, że dziecko zamarło, najwyraźniej wcale się tego nie spodziewając. Zarówno John, jak i Greg zaśmiali się cicho.

Sherlock siedział na swoim krześle, podczas gdy Mycroft zajmował miejsce Johna, obserwując, jak przebiegała interakcja. Mycroft nie mógł powstrzymać czułego uśmiechu na ten widok. Jego rodzina.

— Mycroft, twoje dziecko jest idiotą — powiedział Sherlock, przewracając oczami.

Mycroft spojrzał na niego gniewnie, otwierając usta, żeby na niego warknąć, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, wypchany kot przeleciał przez salon i uderzył młodszego brata Holmesa w klatkę piersiowa. Wyraźnie zaskoczony Sherlock zamrugał i spojrzał szeroko otwartymi oczami. Oliver znów zaczął trajkotać na pełnych obrotach.

— Twierdzę, że się mylisz — sprzeciwił się Mycroft, śmiejąc się radośnie. — Nie wierzę również, że Oliver przyjął to życzliwie, mój bracie.

— W rzeczy samej.

Sherlock podniósł kota i przyjrzał się uważnie swojemu bratankowi. Potem, przez ułamek sekundy, sam się uśmiechnął. Mycroft jednak tego nie przegapił. Ciepło rozprzestrzeniło się po jego klatce piersiowej tak samo jak szok, że to widział.

— Przestań obrażać swojego bratanka — skarcił Sherlocka John, wpatrując się w swojego współlokatora, którym był jego kochanek.

Sherlock prychnął.

— W porządku. Przepraszam, Oliverze.

Oliver po prostu dalej trajkotał.