Disclaimer: I don't own Harry Potter.


No, to przechodzimy do mojej roboty. W tym rozdziale wykorzystane zostały fragmenty szóstego tomu sagi – „Harry Potter i Książę Półkrwi" tłumaczenia Andrzeja Polkowskiego.

Zapraszam serdecznie : )


Rozdział 3

Sierociniec


31 Maja 1927

Harry nie miał pojęcia, jakim cudem znalazł się w sierocińcu. Srogi, szary budynek wyglądał dokładnie tak, jak we wspomnieniu z myślodsiewni.

Minąwszy szereg żelaznych bram, wszedł na pusty dziedziniec prowadzący do dosyć ponurego, kwadratowego budynku zewsząd otoczonego wysokim nieprzyjemnym ogrodzeniem. Z powodu ewidentnego zaniedbania, od ścian odchodziła biała farba, odsłaniając szary, gdzieniegdzie nierówny kamień pod spodem. Wgłębienia w murze jedynie potęgowały nieprzyjemne odczucia względem tego miejsca.

Przytłaczające kraty przywodziły na myśl więzienne zabezpieczenia.

Harry przystanął przy drzwiach wejściowych, gdy do jego nozdrzy dobiegł silny i nieprzyjemny zapach detergentów. Coś gwałtownie przewróciło się w jego żołądku, przez co poczuł mdłości.

W jego umyśle znowu pojawiła się myślodsiewnia.

Pani Cole gapiła się na Dumbledore'a, trzymając w dłoni na wpół pustą butelkę ginu.

- TOMA?! Przez te wszystkie lata, odkąd tutaj jest, nikt go nigdy nie odwiedził…

Harry przypomniał sobie małego Toma.

Jedenastoletni szczupły, blady, dumnie stojący chłopiec z upartymi oczyma ciemniejącymi od ambicji, daleko wykraczającej poza jego wiek.

- Profesor? Ma pan na myśli „lekarza"? NIE JESTEM SZALONY!

Jakie dzieciństwo miał Czarny Pan?

Nie mógł o tym myśleć w tej chwili, nawet jeśli teoria, którą wysnuł, sprawiała, że w jego żołądku zaciskał się bolesny supeł. Z napięciem zapukał w drzwi i zauważył przy tym, że jego kłykcie były bardzo blade.

- Czy… jest pan tutaj, żeby kogoś adoptować? – Czknęła głośno pani Cole, kręcąc w dłoni szklanką ginu.

Harry zmarszczył brwi na widok jej manier. Stał właśnie przy drzwiach jej biura i dosłownie przed momentem odmówił jej ofercie alkoholu.

- Nie. Przyszedłem odwiedzić pewnego chłopca. Toma. Toma Riddle'a.

- Tom Riddle? Kto to…?

- Tom jest w żłob… - wtrąciła się młoda, zaniedbana dziewczyna stojąca za panią Cole.

Kobieta machnęła lekceważąco dłonią, po czym ponownie skupiła się na swoim drinku.

- Idź. Zaprowadź go tam – wydała polecenie.

- Przepraszam za zwłokę, proszę pana – powiedziała dziewczyna, wycierając brudne ręce w swój fartuch, gdy szli jednym z korytarzy. – Mamy tutaj dużo dzieci… rozumie pan… a pani Cole… - przerwała, najwyraźniej się rozmyślając, po czym zmieniła temat. – Tom jest zabawnym dzieckiem. Nie lubi ludzi. Płacze za każdym razem, gdy ktoś chce go wziąć na ręce. Podczas karmienia woli wszystko robić sam – nawet próbuje trzymać sobie butelkę! Jak nikt się do niego nie zbliża, nie płacze za często. Tak naprawdę, to bardzo łatwo się nim zajmować…

- Rozumiem – odpowiedział uprzejmie Harry, kiwając przy tym głową. Doskonale wiedział, że Tom zawsze był ostrożny. Zawsze cenił sobie przestrzeń osobistą… W rzeczywistości mógł podać mu w tej sprawie rękę.

Gdy tak szli, coś zaskoczyło w jego głowie. Cel misji.

- Przepraszam – odezwał się, przerywając jej podekscytowany bełkot. – Jaki mamy dziś dzień?

Dziewczyna rzuciła mu zdziwione spojrzenie.

- 31 maj.

- A… rok? – zapytał z przepraszającym uśmiechem. Zauważył jednocześnie, że mugolka stała się ostrożniejsza.

- 1927 – odpowiedziała, zwalniając kroku. To spowodowało, że odległość między nimi się zwiększyła – stało się jasne, że nie ufa tajemniczemu mężczyźnie, który nie wiem, w jakim roku żyje.

Harry wzruszył ramionami.

31 maja 1927 roku. Minęło pięć miesięcy od jego ostatniej wizyty tutaj. W 2000 roku z kolei minął zaledwie jeden dzień…

Jeden dzień w teraźniejszości równał się pięciu miesiącom w przeszłości.

Dziewczyna zaprowadziła go do drzwi, na których namalowane były złote słoneczniki.

- Jesteśmy – zakomunikowała. – Tom leży w pierwszym łóżku od prawej. Jeśli będzie pan czegoś potrzebował, proszę mnie zawołać. Będę tuż obok.

Harry kiwnął głową, po czym wszedł do środka.

Pokój był całkiem przestronny i o dziwo, czysty. Duże okna pozwalały wpadać do niego promieniom słonecznym. Na ścianach namalowane zostały kwiaty, mające nadać temu szaremu miejscu choć trochę życia. Niestety, były już wyblakłe. Wzdłuż jednej z nich stało sześć małych łóżek w złym stanie. Przed przewróceniem się powstrzymywała je tylko i wyłącznie sklejka u dołu.

Dzieci spały spokojnie. Były chude a na ich policzkach nie było, tak charakterystycznego dla zdrowych niemowlaków, różu.

Adoptowanie dzieci – zwłaszcza w czasach powojennych, kiedy było ich tak dużo – nie było szczególnie atrakcyjne, a sierocińce nie mogły sobie pozwolić na zapewnienie im odpowiedniego wyżywienia. Na posiłek składała się zazwyczaj owsianka a puree z marchewki było tylko rzadkim dodatkiem.

Harry od razu rozpoznał Toma. Był jedynym dzieckiem, które nie drzemało.

Zamiast tego chłopczyk przyglądał mu się z ciekawością. Do ust włożył sobie zaciśniętą piąstkę, ośliniając ją całą. Najprawdopodobniej zaczął ząbkować i nie podobało mu się uczucie wyżynanych zębów.

Pięć miesięcy wystarczyło, żeby wygląd dziecka się zmienił. Jego skóra nie była już taka pomarszczona a głowa łysa - teraz twarz okalała mu mała czupryna czarnych włosów. Było tak niepodobne do tej małej małpki, która przylgnęła do Harry'ego w dniu swoich narodzin.

Czarne niczym heban oczy chłopca błyszczały niespotykanym blaskiem. Nie miały w sobie żadnej czerwonej skazy.

Kontakt wzrokowy został nawiązany – czarne oczy spotkały się ze szmaragdowymi.

Harry uświadomił sobie, że widział je już wcześniej – w myślodsiewni…

Chłopiec był ładny i dość szczupły jak na swój wiek. Miał zgrabny przedziałek i był ubrany w szary mundurek, który wyglądem upodabniał go do innych chłopców z sierocińca. Sprawiał wrażenie cichego i spokojnego, choć pod tą fasadą kryła się podstępna moc. Jego czarne, pozbawione głębi oczy, momentalnie ją zdradziły. Odbijała się w nich złość tak potężna, jak niewidzialna burza w ciemną noc.

- Nie jest pan doktorem, prawda?

- Nie… Jestem nauczycielem. Przyszedłem, żeby opowiedzieć ci o Hogwarcie – odpowiedział Dumbledore.

Tom miał jedenaście lat. Był w wieku, w którym dzieci myślały o zabawie, krzyczeniu, skakaniu, śmianiu się. Był w wieku rozmyślania nad marzeniami, brania udziału w przygodach oraz wierze w świetlaną przyszłość.

Nie był jednak taki. Był poważny i zły.

- NIE WIERZĘ panu!

Harry przyglądał się tej scenie w milczeniu. Chłopiec właśnie odmówił uwierzeniu w jedyną rzecz na świecie, jaka kiedykolwiek go uszczęśliwi. Wyglądał na wycofanego, gotowego do ofensywy – sprawiał wrażenie żółwia gotowego do ukrycia się w swojej samozachowawczej skorupie.

- To… to magia? To, co mogę zrobić?

- A co takiego potrafisz?

- Wszystko… Mogę coś podnieść, nie dotykając tego. Zwierzęta robią to, co chcę, choć ich nie tresuję. Mogę sprawić, że coś się stanie temu, kto mi się narazi. Może cierpieć, jeśli zechcę.

Policzki chłopca pokryły się delikatnym rumieńcem podekscytowania.

Harry przetwarzał w głowie to wspomnienie, nie wiedząc, co ma zamiar począć z tym dzieckiem.

- Jestem taki sam jak ty. Jestem inny – powiedział Dumbledore.

- UDOWODNIJ! – zażądał Tom.

Podniszczona szafa stojąca z tyłu, stanęła w płomieniach. Chłopiec skoczył na równe nogi a pomarańczowy blask ognia odbił się w jego oczach, nadając im osobliwego blasku.

Wyraz jego twarzy zmienił się – jedenastolatek był teraz rozpromieniony. Uśmiech ozdobił jego dłutem rzeźbione oblicze. W końcu znalazł człowieka, który był taki sam jak on.

Do tej pory, przez ten cały czas… był kompletnie sam.

- W Hogwarcie nie tolerujemy kradzieży – powiedział spokojnie Dumbledore, wskazując na przedmioty porozrzucane na łóżku Toma. – Uczymy w tej szkole nie tylko jak należy korzystać z magii, ale jak nad nią panować.

Chłopiec stał nieruchomo, przyglądając się nauczycielowi. Rzucał mu nieme wyzwanie i jednocześnie odmawiał przeprosin.

Dumbledore wstał i złapał swój szalik. Potem ruszył do wyjścia.

- Rozumiem też mowę węży – dodał Tom. – Przychodzą tu. Szepczą coś… Czy to wszystko jest normalne? - zapytał, a w jego oczach pojawił się cień niepewności. Arogancja zniknęła, przez co bliżej mu było do zwyczajnego, upartego jedenastolatka.

Chłopiec spojrzał wyczekująco na Dumbledore'a.

Był pełen nadziei… na co?

Tom Riddle był dumnym dzieckiem. Swojej dumy nie uważał za wadę i co więcej, nie dbał o to, co myślą na jego temat inni. Było jednak jedno pytanie, które jego dziecięcy umysł przetwarzał raz za razem. Jedno pytanie rzutujące na całe jego życie. Jedno pytanie, które duma tłumiła, nie chcąc, by zostało wypowiedziane na głos…

- Czy jestem normalny?

- Proszę pana…? PROSZĘ PANA! – zapytała młoda pracowniczka sierocińca, wyrywając Harry'ego tym samym ze swoich wspomnień. W rękach niosła koszyk z butelkami dla maluchów.

Tom wciąż na niego patrzył. Najwidoczniej nie miał nic przeciwko temu, żeby wisiał nad nim jakiś nieznajomy mężczyzna. Gdy zobaczył butelki, podekscytowany zamachał radośnie rękoma.

- W porządku, w porządku. Proszę – powiedziała dziewczyna, podając mu jedną z nich, półpełną.

Tom zdecydowanie musiał odziedziczyć słynną upartość i zaborczość Salazara Slytherina. Gdy tylko owinął ręce wokół plastikowej butelki, nie oddał jej do momentu, aż nie wypił całego mleka. Gorliwie strzegł jej z zazdrością godną kochanka. Ssał smoczek, co kilka chwil robiąc przerwę, żeby trochę go pogryźć – w ten sposób dawał świadectwo swojej wojowniczej natury.

Mugolka potrzebowała dobrej chwili, żeby wyrwać z jego uchwytu pustą butelkę. Była cała obśliniona, zaś gumowy smoczek nadawał się tylko i wyłącznie do wymiany – był przegryziony w kilku miejscach.

Chłopiec zagulgotał gniewnie. Potem z wściekłością wrzasnął głośno, gdy dziewczyna napełniła butelkę ponownie mlekiem, po czym podeszła z nią do następnego dziecka.

- Proszę pani… Tom... – powiedział zaniepokojony Harry, dalej przyglądając się młodemu Voldemortowi. W tym momencie wyglądał na bardzo strapionego tym, że musi się dzielić swoją butelką z innymi.

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

- Nic na to nie poradzę. Tom jest bardzo zazdrosny. A nie mamy za dużo pieniędzy, więc…

Harry ponownie spojrzał na dziecko i odkrył, że chłopczyk znowu wcisnął piątkę do ust, po czym wierzgnął się w łóżeczku, próbując się przewrócić. Wyglądał naprawdę uroczo. W jego głowie pojawiło się niepewne spojrzenie Toma ze wspomnień.

- Czy jestem normalny?

Niespodziewanie, Harry poczuł przemożną potrzebę wzięcia go na ręce.

Niezdarnie więc podniósł go, jedną dłonią przytrzymując mu delikatnie głową. Ciało chłopca było miękkie, ciepłe i pachniało słodyczą.

- Proszę pana! Tom nie lubi być dotykany… - zawołała dziewczyna.

Ku jej przeogromnemu zaskoczeniu, chłopczyk nie zaczął płakać. Zamiast tego zaczął paplać radośnie, brzmiąc podobnie do małego szczeniaczka.

Tom wyglądał nieswojo w ramionach Harry'ego, więc ten szybko położył go z powrotem do łóżka. Szczęśliwa paplanina dziecka natychmiast przemieniła się w zezłoszczony krzyk. Najprawdopodobniej słyszał go cały sierociniec – taki był głośny.

Harry spanikował. Czego on od niego chce?

- Hm… - mruknęła dziewczyna, przyglądając się temu zaciekawiona. – Myślę… że źle go trzymałeś. Spróbuj inaczej… Ułóż sobie jego głowę na swoim ramieniu….

Czarodziej zastosował się do jej instrukcji.

Zadziałało.

Tom leżał potulnie w jego ramionach. Swoją głowę wcisnął pod jego głowę. Jego skóra była gładka i miękka. Był taki… kruchy… Płacz też ustał. Co więcej – mały kręcił co chwilę głową, zakopując się w koszuli Harry'ego, próbując zbliżyć się do niego jeszcze bardziej. Zbliżyć się do źródła zapachu, który odciśnie piętno na jego świeżym umyśle.

To niemożliwe, żeby w jakikolwiek sposób go pamiętał.

A jednak byli tutaj razem…

Tom bawił się jego włosami, tkwiąc w jego ramionach tak, jakby była to najbardziej naturalna rzecz na świecie.

- Goo, goo, gaa, gaa – wybełkotał mały, łaskocząc Harry'ego w nos.

Chłopiec nie był ciężki, a wręcz przeciwnie – był lekki jak piórko. Niezauważalny. To było takie… prawdziwe. O wiele prawdziwsze niż wyblakłe wspomnienie przeszłości…

Stali w ten sposób przez dłuższą chwilę. Harry był zachwycony ciepłem malucha i co chwilę dotykał jego skóry.

A potem uświadomił sobie, że powinien już odejść.

Czas płynął nieubłaganie do przodu, nie czekając na nikogo.

Poklepał pulchne policzki Toma tak samo, jak pięć miesięcy temu i ostrożnie przekazał go dziewczynie.

- No, kochanie. Powiedz teraz ładnie pa-pa panu Potterowi – powiedziała cicho, kołysząc maluchem.

Tom przeniósł spojrzenie z niej na Harry'ego, desperacko próbując się przysunąć bliżej niego. Obserwował każdy jego ruch, a gdy zrozumiał co się dzieje, zamrugał szybko. Jego ciemne, wypełnione niepokojem oczy momentalnie wypełniły się łzami. Zaczął wrzeszczeć jak opętany, wymachując dziko rączkami. Chciał złapać koszulę Harry'ego.

- Niech pani się nim zajmie… proszę… - wyszeptał. Być może jego słowa nie znaczyły wiele ale tylko tyle mógł zrobić.

- Proszę pana… - powiedziała, próbując utrzymać w ramionach wyrywające się dziecko. – Tom naprawdę pana lubi. Czy może… myślał pan o adopcji?

Harry po raz ostatni spojrzał na chłopca i w jego czarnych oczach dostrzegł swoje własne odbicie.

- Pewnego dnia… pewnego dnia wrócę po niego – obiecał zdeterminowany. Przeznaczenie czy nie – stanie z nim twarzą w twarz.


Oczywiście, koło przeznaczenia nie zboczy z obranego przez siebie kursu. To bardzo skomplikowany, zawiły system, przędący nici czasu oraz narrację życia – przeszłości, przyszłości i tego, co pomiędzy…