Disclaimer: I don't own Harry Potter.
Słowniczek: wężomowa
Rozdział 7
Pan Potter
19 listopada 1932r.
Nadeszła zima. Bezdomni trzęśli się z chłodu i przerażenia, przeklinając niebiosa ile sił w płucach, podczas gdy bezpańskie psy i koty szukały schronienia w niezamieszkanych budynkach, żeby przeczekać najgorsze mrozy.
Śnieg, w tym roku dość wcześnie, pokrył drogi białym puchowym kocem. Temperatura spadała z dnia na dzień. Ceny warzyw poszły w górę, co najmniej dwukrotnie. Nawet brukselka była droga.
W sierocińcu Wool's sytuacja uległa pogorszeniu. Cotygodniowe „danie mięsne" zostało wykreślone z menu. Pieczywo straciło na zapachu i – o ile to możliwe – było jeszcze gorsze niż zazwyczaj, stare i spleśniałe. Dzieci jednak nie narzekały.
Wszystko było lepsze niż głód.
Za wysokimi nieprzyjaznymi murami domu dziecka bójki i niesprawiedliwość były na porządku dziennym. Wychowankowie tworzyli małe zorganizowane gangi i zachowywali się równie okrutnie co dorośli, zajmując się pobiciami, szantażami oraz włamaniami. Każda grupa miała „wyznaczone" terytorium. Radzili sobie całkiem dobrze. Nic nie stawało im na przeszkodzie. Opiekunki z sierocińca poddały się już dawno i nie panowały nad sytuacją. Dopóki walczono na zewnątrz, nikt się tym nie przejmował i wszystko było w porządku.
Worek cukierków był wystarczającym powodem do wybuchu wojny.
– Hej, ty! Ta kobieta znowu przyniosła ci cukierki, prawda? – zapytał krzepki chłopiec, odcinając Tomowi drogę ucieczki. Potem zachichotał okrutnie i dał znak czekającej nieopodal grupce zarówno chłopców, jak i dziewcząt. Ci ze śmiechem na ustach ruszyli naprzód i w końcu otoczyli Riddle'a.
– Och, Tom – powiedział piskliwie lider gangu, naśladując kobiecy głos. – Znowu dostałeś szlaban?
Tom stał w miejscu. Swoje ruchy ograniczył tylko i wyłącznie do przesuwania wzrokiem po każdym z napastników. Zachowywał się, jakby byli klaunami dającymi kiepski spektakl.
Obok krzepkiego chłopca pojawił się ten z królikiem. Nie było mowy, żeby stracił szansę na upokorzenie Toma. Pogłaskał łysiejące zwierzątko, po czym zadrwił:
– Przepraszam, skarbie. Jesteśmy zbyt biedni, żeby się tobą zająć.
Grupa wybuchnęła śmiechem, jakby była to najzabawniejsza rzecz na świecie.
I co z tego?! Co z tego, że był jedynym dzieckiem, któremu podarowano cukierki? To wcale nie zmieniało faktu, że mieszka w sierocińcu i wcale nie jest lepszy od innych wychowanków…
– ODDAJ NAM CUKIERKI! MOŻE WTEDY POZWOLIMY CI PRZEJŚĆ!
Stali przed nim z wysoko uniesionymi podbródkami i kpiącymi uśmiechami, pusząc się jak pawie. Na ich twarzach nie było nawet śladu dziecięcej niewinności. Społeczeństwo i otaczająca ich rzeczywistość sprawiły, że moralność rozpłynęła się na wietrze niczym chmura dymu. Pozostała już tylko fizjologiczna potrzeba przetrwania oraz zimna i przeszywająca na wskroś praktyczność, która nakazywała dbanie tylko o siebie.
Tom parsknął.
Nigdy nawet nie dotknął tego woreczka. I nigdy nie dotknie. Owszem, ta kobieta zawsze przynosiła mu cukierki, nie zważając na to, że robił się chory na samą myśl o tych lepkich, różnokolorowych landrynkach. Wypełniały one niemal po brzegi plastikową torbę, którą trzymał w kącie swojego pokoju.
Nikt nie odważył się tam wchodzić – od momentu, kiedy prawie udusił tego głupiego kretyna i nie zmiażdżył jego obrzydliwego królika.
Tom nie dbał o słodycze, ale nie znaczyło to, że był chętny do rozdawania ich. Zostały mu podarowane, więc były jego własnością.
A co jest jego… pozostaje jego już na zawsze. Zabawnie byłoby patrzeć, jak bezskutecznie próbują mu je odebrać.
– DAJ JE NAM… ALBO CIĘ SPIERZEMY NA KWAŚNE JABŁKO!
Na bladej twarzy małego czterolatka pojawił się szyderczy uśmiech. Mimo tego, że ledwo mógł dosięgnąć blatu stołu, stał się czymś więcej niż zwyczajnym człowiekiem. Był niewyobrażalnie silnym i potężnym władcą piekła. Stał się czymś mistycznym…
– AŁAAAAAA! – wrzasnął ktoś.
Cała grupa odwróciła się z przerażeniem w oczach. Rudowłosy chłopiec krzyczał z bólu, przyciskając dłoń do twarzy, próbując tamować płynącą krew, która u jego stóp zabarwiła śnieg na różowo. Na czole miał długą ranę. W pobliżu zaś leżała poplamiona czerwieniom cegła.
Kto mógł to zrobić?
Wszyscy patrzyli po sobie z zakłopotaniem. Cegła wydawała się wyczarowana z powietrza.
Ta sytuacja dobitnie pokazała, że wciąż byli dziećmi. Nie byli przygotowani na tego typu zdarzenia. Na widok krwi spanikowali.
– KTO TO ZROBIŁ…? POKAŻ SIĘ! – krzyknął jeden z chłopców.
Billy, jak dotąd zachwycony możliwością podręczenia kogoś, stał teraz jak słup soli, mocniej przyciskając swojego królika do piersi. Był zbyt przerażony, żeby kiwnąć choć palcem.
Każde z dzieci wykręcało szyję, próbując dostrzec winowajcę, tym samym całkowicie zapominając o Tomie, który przyglądał się z kolei im z rosnącym zainteresowaniem.
Zraniony chłopiec powoli opadał z sił. Tom patrzył, jak śnieg różowieje coraz to bardziej, jako jedyny nie trzęsąc kolanami ze strachu. Nie mogąc się powstrzymać, wygiął usta w uśmiechu. Był to dziecięcy, niewinny i uroczy uśmiech. Wszechwiedzący.
– ON TO ZROBIŁ! – krzyknął nagle lider grupy, palcem wskazując na czterolatka. – ON TO ZROBIŁ! CZUJĘ, ŻE TO ON!
Tom uśmiechnął się szerzej.
– Ale… ale kiedy… – wyjąkała jedna z dziewcząt, wzdrygając się. – Przecież wszyscy go obserwowaliśmy! A on… on nawet się nie ruszył!
Zgadza się. Tom nawet nie drgnął. Nie mógł cisnąć tą cegłą, ponieważ wszyscy mu się przypatrywali.
– DZIWAK! – ryknął Billy, patrząc na Riddle'a z przerażeniem. Potem cofnął się o krok, odwrócił się i uciekł.
Dotychczas unoszące się w powietrzu napięcie znalazło dla siebie ujście. Dzieci wrzasnęły, po czym przewracając się po drodze, zaczęły oddalać się od Toma najszybciej, jak tylko potrafiły. Coś – niewytłumaczalne, kryjące się w małym chłopcu coś – sprawiło, że drapieżniki stały się ofiarami i uciekały z podkulonymi ogonami. Czuli coś tajemniczego, pierwotnego, potężnego…
– TRZYMAJ SIĘ OD NAS Z DALA, DZIWAKU!
Nie minęła chwila, gdy na dziedzińcu zostało tylko jedno dziecko. Teraz otaczały je tylko i wyłącznie ślady butów.
Dziwak? I co z tego?
Tom nie ma nic przeciwko takiemu określeniu, dopóki ta nazwa wywoływała w strach w sercu, dopóki dzięki temu mógł wziąć to, czego pragnie. Dziwak, potwór, czy cokolwiek innego… to tylko określenia, niosące samym swoim brzmieniem moc, o której inni mogli tylko pomarzyć.
Z uśmiechem na twarzy obejrzał swoje dłonie. Takie małe, takie niepozorne, takie kościste, a jednak… tak potężne.
Machnął ręką – cegła poderwała się z ziemi i poleciała do niego, zgrabnie lądując na jego otwartej, przygotowanej na to dłoni. Z zadowoleniem przejechał opuszkami palców po krwi, a następnie uniósł dłoń ku górze, ku światłu dnia. Ciemna, szkarłatna ciecz wyglądała naprawdę pięknie na tle jego bladej skóry.
– Myślałam, że nienawidzisz tego królika. Dlaczego nie uderzyłeś właśnie jego? – rozległ się miękki, gadzi syk. Był to syk przeznaczony tylko i wyłącznie dla uszu Toma – dla innych był on kompletnie niezrozumiały.
– Ten królik zasługuje na coś więcej… niż uderzenie cegłą w głowę… – odpowiedział chłopiec, śmiejąc się z własnego żartu. Oczy spowił mu mrok. Jego syczenie było przecudną kołysanką dla uszu żmii oplatającej mu kostkę. Zwierzę drgnęło, choć nie wiedziało, czy to z powodu zimna, czy złowieszczej aury swojego młodego pana.
Ludzkie pisklęta są przerażające, pomyślała.
Los patrzył na to wszystko z góry, zadowolony z postępu chłopca. Każda historia miała odgórnie wyznaczony początek, środek i koniec – czterolatek przebudził swoją magię, otworzył na nią swój umysł i tak właśnie przeznaczona mu historia posunęła się naprzód.
Bez względu na starania – bez względu na to, ile razy cofnie się czas – wszystkie wysiłki pójdą na marne.
Kiedy Tom wrócił do swojego pokoju, dowiedział się, że ma się ubrać i zejść do hollu. Sierociniec odwiedzał gość.
To znaczyło tylko jedno – potencjalną rodzinę adopcyjną. Lepiej się wystroić i wyglądać porządnie.
Na takie właśnie szczególne okazje dom dziecka zagwarantował swoim wychowankom specjalny strój – ładny, czarny mundurek, o wiele za cienki na taką porę roku. Nie chodziło jednak o to, by było w nim ciepło. Jego projektem nie kierowała praktyczność. Liczył się wizerunek.
Tom trzykrotnie owinął sobie stary, ciemny szalik wokół szyi, żeby upewnić się, że za bardzo nie zmarznie.
– Słyszałam, że jest młody!
Wszystkie dzieci, wystrojone w identyczne mundurki, szeptały z podekscytowaniem, kierując się w wyznaczone im miejsce. Tom szedł za nimi – ich twarze były nijakie, niegodne, żeby zwracać na nie uwagę.
Przed nim maszerowały trzy dziewczyny, chichocząc z myślą o nowym, lepszym życiu.
– Słyszałam też, że ma duży dom! I nie jest żonaty…
Nieżonaty. Niewiarygodne. Brak małżonki oznaczał brak konkurencji ze strony potencjalnego rodzeństwa lub kobiety, która może być niezadowolona z pojawienia się w rodzinie niechcianego dziecka. A to z kolei zmniejszało prawdopodobieństwo odesłania wybranego wychowanka z powrotem do sierocińca.
Tom nie odezwał się nawet słowem. Wmieszał się w tłum.
Spuścił głowę, będąc znużony myślami. Nie był zainteresowany byciem adoptowanym. Dopiero co zorientował się, w jaki sposób należy sprawować władzę nad innymi dziećmi. Teraz wystarczyło tylko trzymać się tej dziury – nie ograniczały go żadne obowiązki, a kontrola dorosłych nie była duża. Może chodzić, gdzie mu się tylko podoba i brać siłą wszystko to, co będzie miało jakąś wartość. Warunki idealne.
Czując podekscytowanie, pociągnął szalik wyżej, żeby ukryć twarz.
– Tom. – Żmija w jego kieszeni poruszyła się. – Tylko głupiec by cię nie wybrał… Wystarczy, że trochę się uśmiechniesz i gość zobaczy, że to ty – z nich wszystkich – jesteś tutaj najładniejszy…
– Nie bądź głupia. Nie chcę stąd odchodzić.
Wąż wydał z siebie zmieszany syk. Jego mały umysł nie był w stanie pojąć, dlaczego Tom jest taki uparty. Dlaczego jest taki ponury? Dlaczego nalega na to, żeby o niego nie dbać, choć tak naprawdę chciałby mieć rodzinę?
Gdy już wszyscy zajęli miejsca, pani Cole – dość wstawiona, o czym świadczył jej chwiejny chód – przyprowadziła gościa.
– Proszę pani, szukam tylko…
– Tak, tak – przerwała odwiedzającemu, czkając przy tym głośno. – Dobre dzieciaki… Same dobre dzieciaki… Dobre kociaki… Czekają, o tutaj.
Przełożona w końcu przeszła przez próg, wyglądając niczym olbrzymi mors z butelką ginu. Kilka kroków za nią szedł młody mężczyzna ze zmarszczonymi brwiami.
Stojący na szarym końcu Tom rzucił mu lekceważące spojrzenie.
Mężczyzna był bardzo szczupły i dość blady, co potęgowało tylko wrażenie, że dopiero dochodzi do zdrowia po przebyciu ciężkiej choroby. Pomimo tego, że wyglądał krucho, sprawiał miłe i przyjazne wrażenie. Najbardziej zadziwiające były jednak jego oczy – niesamowicie zielone, tak piękne, że aż ciężko było znaleźć odpowiednie słowa, żeby je trafniej opisać. Wyglądają ładniej niż ulubiona, jadeitowa* szklana kulka Toma.
Miał czarne włosy, odrobinę przydługie i niechlujne, uczesane w taki sposób, żeby zasłaniały czoło. Tom miał wrażenie, że udało mu się dostrzec na nim niewielką bliznę, ale stał zbyt daleko, żeby zweryfikować tę myśl.
W chwili, gdy nieznajomy przekroczył próg, w środku chłopca coś drgnęło. Czuł, jakby jego dusza, wbrew jego woli – niepowstrzymanie – ciągnęła do tego człowieka.
– Coś nie w porządku, Tom? – Żmija wysunęła się z kieszeni, zauważając niepokój swojego pana. Jego serce biło tak szybko, że obawiała się zawału. Musi się uspokoić, pomyślała, kąsając go w nadgarstek. Ból był wystarczający, żeby wyrwać chłopca z transu.
– Nic mi nie jest – odsyknął powoli.
Odetchnął głęboko. Ból – nagły i tępy – spowodował, że wrócił do rzeczywistości, choć przed momentem myślał jeszcze, że się udusi. Po kilku chwilach nie było po nim nawet widać, że w jakikolwiek sposób zareagował na pojawienie się tego mężczyzny.
Zanim jednak zastanowił się dłużej nad swoją reakcją, pani Cole postanowiła się odezwać.
– Uwaga, wszyscy. To jest pan Potter.
Pan Potter.
Znajome nazwisko sprawiło, że serce Toma mimowolnie fiknęło koziołka. Niemal podskoczył w miejscu, oczy zaś wlepił w twarz gościa, próbując zapamiętać ją już na zawsze.
* Dla niewtajemniczonych: kolor jadeitowy to coś pomiędzy zielenią a miętą
