Disclaimer: I don't own Harry Potter.


NOTKA WSTĘPNA: Gwoli ścisłości: w poprzednim rozdziale Tom naprawdę nie zrobił nic złego, poza swoim późniejszym wybuchem złości. Królika nie tknął nawet palcem - to Billy skrzywdził swoje "ukochane" zwierzątko i pięknie zrzucił winę na naszego malucha. Billy chciał pokazać Harry'emu, jaki to Tom jest zły i okrutny, że nawet posunął się do czegoś tak okropnego, jak zmasakrowanie nóżek króliczka. Tom, owszem, chciał (i to nie raz) zadusić tego futrzaka, lub sprezentować go wężowi, ale nie wykonał w tym kierunku żadnego ruchu. Był całkowicie niewinny pod tym względem : )


Rozdział 13

Łzy i uściski


23 Grudnia 1932 r.

Czarodzieje rodzą się z magicznym rdzeniem, który pozostaje uśpiony do momentu, w którym dziecko najbardziej tej mocy potrzebuje. Gdy już się przebudzi, prawdziwie przebudzi, będzie już pełni do niego należeć. Istnieje na to zjawisko fachowe określenie – „przypadkowa magia". Oczywiście, magia ta może być nawet śmiertelnie niebezpieczna – jakby nie patrzeć, jest to eksplozja magicznej siły.

Tom nie był tego świadomy. Dla niego, była to tylko i wyłącznie zemsta.

Jego moc zniknęła, ukazując tym samym zdewastowany do cna pokój w pełnej jego krasie. Poniszczone meble i porozrywane na strzępy obiekty leżały porozrzucane na podłodze. Istny chaos. Bez wirujących w powietrzu rzeczy, pokój wydawał się niesamowicie cichy. Kompozycję, jak na złość, niszczył tylko przytłumiony szloch Billy'ego.

W samym centrum tego bałaganu stał blady Harry, nie do końca pewny, jak powinien na to wszystko zareagować. Był zauważalnie spięty – ciężko mu było uwierzyć, że za te zniszczenia odpowiada jedno dziecko.

Udało mu się powstrzymać dalszą destrukcję, ale co się stało, to się nieodstanie.

Zanim zdążył zrobić cokolwiek innego, Tom sam zrobił krok w jego stronę.

Przez dwadzieścia lat życia nie czuł się tak z kimś skonfliktowany, jak teraz z tym chłopcem. Z drugiej strony, Tom zawsze był… wyjątkowy. Na chwilę obecną Harrym targały bardzo sprzeczne emocje – czuł się zniechęcony naturalnymi, okrutnymi skłonnościami Toma i jednocześnie czuł przeogromną czułość względem niego. Jeszcze nigdy nie widział tak dumnie stojącego dziecka, niemal fizycznie rzucającego mu wyzwanie; jeszcze żadne znane mu dziecko nie sprawiało wrażenia tak osamotnionego. Żaden maluch nie powinien być aż tak nieufny wobec otaczającego go świata.

Tom stał teraz naprzeciwko niego. Ich oczy się spotkały. Z twarzy chłopca kapała krew, płynąca z rozciętego policzka. Rana biegła od powieki do czubka nosa – mały miał szczęście, że gałka oczna nie została naruszona. Wyglądał, jakby w ogóle mu to nie przeszkadzało. Jego twarz zastygła w niewzruszonej, nienaturalnie spokojnej masce, ukrywającej mroczne emocje.

Harry nie dał się zwieść tej fasadzie – wiedział, że pod tym fałszywym opanowaniem kryje się zdenerwowanie. Nawet jeżeli pewnego dnia Tom stanie się Lordem Voldemortem, teraz był tylko przestraszonym małym chłopcem, potrzebującym naprowadzenia, wskazówek.

Zanim zdołał go jakoś pocieszyć, zza jego pleców dobiegł ich gniewny głos.

– TRZYMAJ SIĘ OD NIEGO Z DALEKA, HARRY! TO DZIWAK!

Billy w końcu był w stanie się ruszać. Paraliżujący szok minął. Dopiero stając w obliczu śmierci, dotarło do niego, że niepotrzebnie prowokował moc, której siły nie znał. Ona była nienaturalna! Żaden normalny człowiek nie powinien dzierżyć aż takiej potęgi – tak nadprzyrodzonej, tak straszliwej i budzącej grozę, tak złej.

Ostrzegł więc Harry'ego, będąc o krok od histerii. Oskarżycielsko wytknął też Toma palcem, trzęsąc się przy tym w niekontrolowany sposób. Nie wiedział, czy to z powodu bólu, czy też ze strachu. Choć raz kierowały nim szczere pobudki, nie chęć przypodobania się swojemu młodemu opiekunowi. Nie chciał, żeby coś mu się stało.

Reakcja Billy'ego zaskoczyła Harry'ego. Zamrugał, uświadomiwszy sobie, ze w sumie nie powinien był spodziewać się czegoś innego. Dzieci miały prawo być nieświadome i niewrażliwe, zwłaszcza w obliczu zjawisk, których nie pojmują. Nagle zrozumiał swój błąd. Prawda uderzyła w niego w momencie, w którym przyjrzał się twarzy Toma. Wargi dziecka niebezpiecznie zadrżały, gdy starszy chłopiec krzyknął „dziwak!". Serce Harry'ego zabiło boleśnie. Dotarło do niego, ile złego wyrządził jego jeden mały nieostrożny błąd.

Gdyby Billy był bardziej uważny, bez trudu zauważyłby żal przelatujący przez twarz mężczyzny. To było jego potknięcie, pomyłka niemożliwa już do naprawienia – po raz pierwszy konsekwencje tej szczerości nie będą dla niego przyjemne.

– DZIWAK! DZIWAK! DZIWAK! DZIWAK! GIŃ! ZDYCHAJ, DZIWAKU!

Billy wyrzucał siebie zniewagę za zniewagą, a jego słowa porównać można było do kamieniowania, którego doświadczali czarodzieje i czarownice w czasach, kiedy urządzane były na nich polowania. Z każdą kolejną obelgą twarz Toma stawała się coraz to bardziej pusta, a w ciemnych oczach dało się dostrzec przygnębiającą rezygnację.

Harry nie marzył o niczym innym jak o zakryciu mu uszu, oszczędzeniu mu tej nienawiści i urągania. Chciał mu pokazać, że go rozumie. Był taki sam. Doskonale wiedział, jak chłopiec się teraz czuje – w przeszłości nieraz został nazwany dziwakiem, nieraz został odrzucony, był sponiewierany, gnębiony i zastraszony… Spotkało go to, ponieważ był inny. Chciał móc objąć małego czarodzieja i zapewnić go, że nie jest dziwadłem.

Od czego zacząć?

– ZAMKNIJ SIĘ, BILLY!

Surowy głos Harry'ego ogłuszył Billy'ego. Chłopiec spojrzał na mężczyznę i zobaczył, że ten patrzy wprost na niego. Zamrugał zdziwiony – Harry jeszcze nigdy nie spojrzał na niego z tak chłodną miną, jak również nigdy wcześniej nie odezwał się do niego w ten sposób.

Dorosły przyglądał się, jak twarz Billy'ego wykrzywia złość i strach. Niespodziewanie dobrze wychowany chłopiec przemienił się w Dudleya i jego bandę tak zwanych przyjaciół. Dzięki temu zrozumiał – ta rodzina od samego początku była skazana na porażkę.

Billy nie był magicznym dzieckiem. Bez względu na to, jak bardzo Harry chciał przyjaznych stosunków, czarodzieje i mugole należeli do dwóch innych światów. Jak dwoje chłopców, którzy nigdy nie będą sobie równi, może dorastać pod jednym dachem? Jak mogą stać się dla siebie braćmi?

Zacisnął usta. Na chwiejnych nogach podszedł w stronę Billy'ego.

– Chodź ze mną. Opatrzymy ci te zadrapania – powiedział łagodnym tonem, oglądając go.


Tom ledwo mógł ustać, będąc samemu w zdemolowanej sypialni. Wybuch przypadkowej magii wyssał z niego całą energię. Nogi miał jak z waty i nie mógł powstrzymać drżenia swoich rąk. Moc była druzgocąca i w niewybaczalny sposób w mgnieniu oka doprowadziła nowo urządzony pokój do ruiny. Poprzez powybijane okna wpadło trochę światła, sprawiając, że to zwycięstwo stało się nijakie.

Wygrał.

Przestraszył Billy'ego (prawie) na śmierć i sprawił, że Harry aż zbladł z przerażenia. Dokonał swojej zemsty, więc dlaczego… czuł się taki pusty? Żal i smutek uderzyły w niego z niespodziewaną siłą, a rozczarowanie przybiło i wryło w ziemię.

Z zewnątrz dało się słyszeć odgłos parkującego powozu. Potem rozległ się donośny męski głos.

– Czy ktoś zamawiał transport pod ten adres?

Tom uśmiechnął się zimno. Mimo tego, że nikt go nie obserwował, starał się powstrzymać rosnącą panikę i rozgoryczenie, odbijające się na jego twarzy. Wiedział, oczywiście, co się zaraz wydarzy – czas wrócić do sierocińca.

Jakby nie patrzeć, taki miał właśnie plan, prawda? Uwolnił swoją moc, przeraził i pokonał wrogów. Naturalną tego konsekwencją będzie chęć pozbycia się go, żeby opędzić od siebie niebezpieczną bestię, którą niezaprzeczalnie był… Wróci więc do domu dziecka; do miejsca, w którym nie musi nikogo udawać, nie musi się niczym przejmować. W sierocińcu mógł podjąć walkę oraz miał możliwość obnażenia czyjegoś serca tylko po to, żeby je zniszczyć.

Niespodziewanie poczuł, jak jego oczy wilgotnieją i coś spływa mu po twarzy. Nic go tak nie denerwowało, jak płacz. Chciał być silny, nawet nie będąc w niczyim towarzystwie, ale łzy się go nie słuchały – skapywały jedna po drugiej. Drżał tak bardzo, że nie był w stanie unieść rąk, żeby otrzeć twarz.

Żmija była zrozpaczona. Nie będąc fizycznie wstanie okazać swojemu panu wsparcia, w geście pocieszenia owinęła się mocniej wokół jego nadgarstka.

Niespodziewanie drzwi do pokoju otworzyły się i Harry wszedł do środka. Był sam, a w dłoniach trzymał apteczkę pierwszej pomocy. Tom szybko przetarł oczy i zacisnął zęby. Przybrał postawę nieufnego i agresywnego wilka, warczącego na intruza, będąc świadomym swoich podpuchniętych i zaczerwienionych oczu.

– Przy… przyniosłem ci lekarstwa. – Uśmiechnął się Harry. Miał nadzieję, że wygląda uspokajająco. Żeby potwierdzić swoje słowa, pomachał apteczką.

Rana na twarzy chłopca zaogniła się – spurpurowiała i nabrała nieprzyjemnego wyglądu, choć krew zdążyła już zaschnąć. Dla Toma liczyło się coś więcej, niż to. Wyprostował się i wbił nieodgadnione spojrzenie w zbliżającego się do niego mężczyznę.

– Dlaczego się mnie nie boisz? – Ton jego głosu był nonszalancki i tylko on wiedział, ile wysiłku kosztowało go wypowiedzenie tego pytania w tak lekki sposób.

Harry ponownie się uśmiechnął, choć wiedział, że nie wyszło mu to najlepiej. Jego serce ścisnęło się boleśnie. W oczach Toma dostrzegł zarówno nieufność, jak i nadzieję. Pragnienie przytulenia tego dziecka było niewyobrażalnie silne.

Odłożył apteczkę na szczątkach komody i podszedł do swojego podopiecznego, ignorując jego ciche gniewne sapnięcie. Uklęknąwszy, przysunął się do niego tak blisko, że ich nosy niemal się stykały. Zanim się odezwał, upewnił się, że patrzą sobie w oczy.

– Dlaczego miałbym się ciebie bać? – westchnął cicho, z ciepłem.

– Bo jestem dziwakiem – odpowiedział chłopiec, brzydko wykrzywiając twarz. Rana na jego policzku otwarła się ponownie, ale nie to uderzyło w Harry'ego najmocniej – Tom oznajmił to, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Owszem, Riddle zdawał sobie sprawę, że nie jest taki jak inne dzieci – był inny, pokręcony, nienormalny. Lepszy od nich wszystkich – tak, wiedział o tym, ale nigdy też nie wątpił w to, że coś jest z nim nie tak. Skrzywił się. Ciężko mu było oddychać, gdy te zielone oczy patrzyły na niego w ten sposób. Co gorsza, wciąż były niesamowicie piękne.

– Absolutnie nie – stwierdził z uporem Harry.

Nie? – zdziwił się chłopiec, rzucając swojemu opiekunowi zaintrygowane spojrzenie. Harry wyglądał, jakby chciał za wszelką cenę nie chciał po sobie pokazać, co tak naprawdę myśli i czuje. Chciał to ukryć przed Tomem.

Zamrugał.

Gniew, rozczarowanie i przemożny smutek zalały go ze zdwojoną siłą. Emocje oszołomiły go do tego stopnia, że z oczu ponownie poleciały mu łzy.

– Wiem, że chcesz mnie odesłać – powiedział butnie. Atmosfera stała się tak gęsta, że można było ją kroić nożem. Tom zrzucił swoją maskę. Drżał wyprostowany, zaciskając dłonie w małe piąstki – był to pierwszy raz, gdy zachował się jak dziecko w jego wieku. – Nie udawaj, że się o mnie troszczysz. Nie okłamuj mnie… Po prostu powiedz, że chcesz się mnie pozbyć. Odejdę… PRZECIEŻ WIEM, ŻE MNIE NIENAWIDZISZ!

Harry odczuł to jak mocne uderzenie w brzuch. Nigdy wcześniej nie widział Toma w takim stanie. Jego oczy mimowolnie rozszerzyły się w nieukrywanym szoku.

– Wiem, że mnie nienawidzisz… Dlaczego… dlaczego w ogóle mnie adoptowałeś? – kontynuował chłopiec, krztusząc się własnymi słowami. Łzy moczyły jego twarz, ale starał się zachować spokój. Nie chciał, żeby ktokolwiek zbliżył się do niego bardziej.

Harry nie spodziewał się zobaczyć takiego wybuchu w wykonaniu swojego młodszego podopiecznego. W porównaniu do innych dzieci Tom nawet płakał z charakterystyczną dla siebie dumą – nie garbił się, gdy krokodyle łzy spływały z jego zaczerwienionych oczu; patrzył wprost na niego z gniewnym wyrazem twarzy. Nie wyglądał tak żałośnie, jak większość zawodzących maluchów.

Chłopiec przetarł oczy z niepotrzebną dla tej czynności siłą, rozdrapując ranę na policzku. Z wysiłkiem tłumił jawny szloch, przez co z jego ust wydarł się zdławiony jęk mogący przypominać ciche wilcze skomlenie.

Wytarł cieknący nos.

Płacz jest słabością! Jest bezużyteczny! Nie potrzebuję dziecinnych łez, żeby zyskać czyjąś sympatię! Nie potrzebuję… – Tom nie zdążył dokończyć myśli, gdy w okolicach swojego ucha usłyszał głębokie westchnięcie i został przyciągnięty do mocnego uścisku.

Otoczył go znajomy zapach i przyjemny w dotyku materiał – tak miły i tak znajomy. Silne ramiona obejmowały go w pasie, a duże dłonie masowały uspokajająco po plecach. Ciepły oddech owiewał mu szyję – to wydychane powietrze niemal wdmuchiwało w niego nowe życie. Dzięki temu uściskowi przez jedną sekundę miał wrażenie, że został zbawiony. Czuł się jak wyciągnięty z lodowatej wody topielec.

Niedoświadczenie w pocieszaniu tulącego go do siebie mężczyzny było widoczne gołym okiem – zdradzały go nieumiejętne ruchy sunącej po plecach dłoni.

– Nie płacz. Wszystko będzie dobrze…

Harry zrobił jedyną rzecz, jaka przyszła do mu głowy w takiej sytuacji. Miał oczy – widział, że Toma był bliski kompletnego załamania i nie wiedział, co powinien powiedzieć. Zadziałał instynktownie. Przyciągnął do siebie chłopca i wypowiedział pierwsze, co mu przyszło do głowy.

– Już nie płacz – poprosił.

Ludzie posiadający własne dzieci zapewne o wiele lepiej sobie z tym radzili. Co więcej, wiedzieliby, że uspokajanie płaczącego dziecka powoduje odwrotny do zamierzonego skutek – dziecko mazgai się bardziej.

Harry zwyczajnie spanikował – kierowała nim chęć ochrony tego małego czarodzieja przed całym światem. W swoich rękach widział potężny mur obronny.

Tom nie ruszył się nawet o minimetr i przestał panować nad swoimi reakcjami. Poprzez sweter Harry'ego, czuł jak bicie serca mężczyzny zrównuje się z jego własnym. To i oplatające go ręce dawały mu poczucie bezpieczeństwa, jakiego wcześniej nigdy nie zaznał. Nie zastanawiając się już wcale, złapał koszulę swojego opiekuna i zakopał w niej twarz. Gdy do jego nozdrzy dotarł znajomy zapach, naprawdę wybuchnął płaczem.

Towarzysząca dotąd Tomowi wściekłość, zniknęła w mgnieniu oka.

A więc taki właśnie jest, ten Harry Potter, pomyślał, opierając głowę na jego ramieniu. Dorosły co rusz powtarzał te głupie, mające go uspokoić słowa, i to dodawało mu otuchy. Jego głos był melodią dla uszu chłopca.

– Nie jesteś dziwakiem – powiedział twardo mężczyzna.

Dziecko przylgnęło do Harry'ego mocniej. Łzy zmoczyły mu ubrania, ale nie zwrócił na to większej uwagi. Poczochrał włosy czterolatka i w końcu mały zareagował, podnosząc do góry głowę. Oczy miał przekrwione a policzki zaczerwienione. Tom patrzył na niego ze wciąż lśniącymi rzęsami i trudnym do zidentyfikowania (zafascynowanym?) wyrazem twarzy. Graniczyło to poniekąd z obsesją.

Wyglądał przeuroczo. Kiedy dorośnie, będzie łamaczem niewieścich serc, pomyślał czule.

– Spójrz. – Machnął dłonią. – Reparo.

Niespodziewanie wszystko, począwszy od porozrzucanych wszędzie zabawek, przez połamane meble, a skończywszy na poniszczonych ramach, naprawiło się w magiczny sposób. Najpierw uniosło się w powietrze a potem poleciało na swoje miejsce. Nawet roztrzaskana szyba samoistnie złożyła się w gładką taflę i wprawiła w okiennice. Po wcześniejszych zniszczeniach nie było widać na niej nawet jednej rysy.

W przeciągu mniej niż minuty cała sypialnia wyglądała jak gdyby nigdy nic.

Tom był zszokowany tą sceną. Wszystko, na co robił sobie nadzieję – przelotny, pozornie niemożliwy sen, którego Los odmawiał mu przez tak długi okres czasu – nagle się spełniło. Płomienne szczęście zalało go niczym fala tsunami, sprowadzając go do małej papki, która była w stanie tylko bezmyślnie się gapić.

– Tom – powiedział poważnie Harry, wytrzymawszy oszołomione spojrzenie Toma. – Żaden z nas nie jest dziwakiem. Ani ja, ani ty.

Dorosłego ogarnął ogromny smutek, gdy zobaczył radosną minę dziecka. Być może wszystko, czego potrzebował to usłyszeć prawdę – że i on ma swoje miejsce w świecie. I być może powinien był uświadomić mu to w dzień, w którym go adoptował.

Niestety, Harry nie wiedział, że po raz kolejny źle odczytał emocje wypisane na twarzy dziecka. Owszem, Tom był przeszczęśliwy, ale to dlatego, że w końcu było coś między nim a jego opiekunem; w końcu mieli coś ze sobą wspólnego. Jeśli obaj byli wyjątkowi, na pewno byli sobie równi. To z kolei znaczy, że Harry nie był zwyczajnym, słabym człowiekiem – był kimś ponad to! Był przeznaczony do czynienia wielkich rzeczy; obaj byli! Najważniejsze z tego wszystkiego było jednak to, że skoro obaj władają tą mocą, to wręcz obowiązkiem Harry'ego było opowiedzieć się po jego stronie. Tak było mu przeznaczone!

To było cudowne – Harry należał tylko i wyłącznie do niego!

– Jest nas tylko dwoje? – zapytał.

– Nie. Czarodziejów jest o wiele, wiele więcej – odpowiedział mężczyzna.

Tom zacisnął usta i odwrócił wzrok, żeby ukryć rozczarowanie.

Wielka szkoda, pomyślał, po czym uśmiechnął się, uświadomiwszy sobie coś niesłychanie ważnego. Tym, który będzie musiał spędzić święta w sierocińcu… nie będę ja…