Disclaimer: I don't own Harry Potter.
Słowniczek: wężomowa
Rozdział 15
Magia i wężomowa
30 Grudnia 1932 r.
Chłopiec opanował sztukę manipulacji. Kiedy zrozumiał już, jak wielkie korzyści przynosi kłamstwo, stworzył fałszywy obraz siebie samego; wtopił się w oczekiwaną od ludzi rolę, dla kogoś takiego jak on – stał się zwykłym dzieckiem, bez żadnych niepohamowanych, mrocznych ambicji, niezłośliwym i bez nadzwyczajnych skłonności. Jeśli Harry rzeczywiście polubił właśnie takiego chłopca, Tom nie miał nic przeciwko graniu idioty.
Jak mężczyzna sam przyznał, geniuszem nie był, zwłaszcza w sprawach kontaktów międzyludzkich, co zostało potwierdzone, gdy nie zwrócił większej uwagi na nagłą zmianę charakteru swojego podopiecznego. Harry był zadowolony z postępów Toma i wierzył, że ten w końcu zaczął się przed nim otwierać… Nawet jeśli reakcje chłopca nie były do końca wiarygodne. Riddle nie wiedział, że to właśnie on był jedynym powodem, dla którego Harry zdecydował się na pozostanie w tych czasach. Teraz gdy nie było już z nimi Billy'ego, mógł w pełni skupić się na młodym Lordzie Voldemorcie; mógł dać mu wszystko, co miał do zaoferowania i modlić się, żeby to wystarczyło do zmiany przyszłości.
Płomienie w kominku tańczyły radośnie, wypełniając cały pokój ciepłem i przyjemnym dla oka światłem. Sroga zima za oknem nie była dzięki temu taka straszna.
Harry siedział ze skrzyżowanymi nogami na łóżku, opatulając się kołdrą.
– Orchidaceae fioriress. – Machnął różdżką i z jej końca niespodziewanie wyskoczył beżowy storczyk. Jego płatki zakołysały się lekko, roztaczając wokół miły zapach.
Tom siedział naprzeciwko i przyglądał się temu z wielką fascynacją. Nawet jeśli potajemnie myślał, że to zaklęcie było całkowicie bezużyteczne, trzymał buzię na kłódkę i uprzejmie kiwał głową.
Zielone oczy mężczyzny błyszczały dziecinną radością. Potem uśmiechnął się łobuzersko i wcisnął swoją różdżkę w ręce chłopca.
– Spróbuj – powiedział, wiercąc się w miejscu.
Tom naprawdę nie miał pojęcia, jak powinien opisać towarzyszące temu doznaniu uczucia. Kiedy patyk dotknął jego palców, przez jego ciało przeszedł elektryzujący prąd, niemal przecinając mu ciało aż do kości. Zadrżał z powodu darowanej mu mocy. Drewno było ciepłe, zwłaszcza w miejscu, gdzie wcześniej dotykał go Harry. Tom miał wrażenie, że różdżka „pochłania" część ciepła swojego właściciela. Zacisnął mocniej dłoń. Nagłe, do cna szalone pragnienie odbiło się w jego oczach. Miał świadomość tego, że jego źrenice rozszerzyły się i pociemniały.
Magia była cudowniejsza, niż sobie wyobrażał.
Bazując na odpryskach i niedoskonałościach różdżki, można było wywnioskować, iż najpewniej używana była w celach bitewnych. Rdzeń tego potężnego artefaktu wydawał się twardy niczym skała i tak opatulony kłębiącą się w środku magią, że aż niemożliwe było, żeby używający go czarodziej miał spokojne, ułożone i nieskomplikowane życie. Z całą pewnością było one usłane tragediami i nieprzyjemnymi doświadczeniami.
Ta cała moc – och, jakże jej pragnął! Nie potrafił skupić się dłużej na innej myśli niż ta. Musiał być jednak ostrożny; nie był dopuścić do tego, żeby Harry coś zauważył. Nie mógł dowiedzieć się o czającym się w nim głodzie. Jakby na to nie patrzeć, pragnął czegoś więcej, niż tylko samej różdżki.
– Powtórz za mną, Tom. Orchidaceae fioriress. – Harry zademonstrował raz jeszcze ruch nadgarstka i wyjaśnił, jak się rzuca zaklęcie. – Unieś wyżej łokieć. O, tak jest idealnie.
Mężczyzna nie mógł się powstrzymać przed szerokim uśmiechem wpływającym na jego twarz. Dopiero teraz zrozumiał, jak wielką radość może dawać nauczanie. To było naprawdę niesamowite. Z rosnącą w klatce piersiowej dumą obserwował, jak małe dziecko robi pierwszy krok w czarodziejskim świecie. Niesłychane.
Tom przygryzł wargę i uniósł sztywno ręce. Czy wszystkie zaklęcia rzuca się przy użyciu tak głupich ruchów…? Nie mógł nic poradzić na te nieme narzekania. To było bez sensu. Mimo to zrobił tak, jak mu kazano.
– Orchidaceae fioriress. – Machnął różdżką. Z jej czubka wyleciały kolorowe iskry, a potem… zgasły. Nic się nie stało. Kwiatka jak nie było, tak nie ma.
Tom wydął usta i spuścił wzrok. Niespodziewana porażka przy pierwszej próbie czarowania sprawiła, że jego temperament dał o sobie znać.
– Nie bój żaby, Tom. Nie martw się tym. No dalej, spróbuj jeszcze raz.
Słowom zachęty towarzyszyło drżenie ściskanej różdżki. Magia w jakiś dziwny, niezrozumiały sposób, docierając do jego układu nerwowego, uspokoiła go. Znowu miał wrażenie, że był to impuls elektryczny. Uświadomiwszy to sobie, zamarł w miejscu.
Głowę miał pełną pytań. Co to było? Czy to Harry? Czy to on jest za to odpowiedzialny? W dużej mierze przypominało to przyjacielskiego kuksańca w bok. Ale przecież… różdżka nie potrafi myśleć. Prawda…? A może potrafi wyczuć intencje swojego pana…?
Chłopiec rzucił Harry'emu zaciekawione spojrzenie. Jego serce fiknęło koziołka, gdy mężczyzna nawiązał z nim kontakt wzrokowy i uśmiechnął się zachęcająco.
Tom nigdy wcześniej nie widział takiego wyrazu twarzy. Życzliwość i miłość były ekstrawagancją, na którą nigdy nie liczył, bo wiedział, że nie miało to sensu. Nawet młoda niania, która opiekowała się nim, gdy był niemowlęciem, nigdy nie patrzyła na niego w ten sposób; głównie ciężko wzdychała i kazała mu trzymać się z daleka od kłopotów. To był pierwszy raz, kiedy ktoś spojrzał na niego z oczekiwaniami, mając pełne nadziei, wspierające i ufne oczy. Harry nigdy wcześniej nie był tak olśniewający, jak właśnie teraz.
Ramiona chłopca poruszyły się same. Zanim zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje, już rzucał zaklęcie.
– Orchidaceae fioriress. – Z końca różdżki wyrósł mały pączek. Obaj wbili w niego wzrok i z zapartym tchem obserwowali, jak pąk rozkwita, w milczeniu demonstrując swoje niezrównane piękno. Tom nigdy nie zwracał większej uwagi na kwiaty, ale ta mała kremowa orchidea była wyjątkowa; przyciągała spojrzenia do tego stopnia, że nie był w stanie skupić się na czymkolwiek innym.
– Wspaniale! – pochwalił go Harry.
Tom wziął głęboki oddech. Wciąż czuł mrowienie tam, gdzie jego palce miały styczność z różdżką. Czuł się o wiele lepiej niż wtedy, kiedy koncentrował się na tym, żeby magia z niego „wypływała". Różdżka była w stanie zmaksymalizować moce swojego użytkownika – to było niesamowite. Poczucie kontroli i nowe doświadczenie siły niemal przytłoczyły chłopca.
Wziął storczyka w dłoń i obrócił go, żeby bliżej mu się przyjrzeć. Potem uśmiechnął się chciwie. Pragnął tej mocy.
– Tom! – zawołał nagle Harry, wyrywając go z zamyślenia. Twarz mężczyzny wyrażała duże zadowolenie a szmaragdowe oczy błyszczały jaśniej niż kiedykolwiek wcześniej. Dało się z nich wyczytać tyle emocji. Było to poniekąd przerażające.
Zanim maluch zdążył uprzyjemnić swój uśmiech, Harry poklepał go delikatnie po policzku.
– Niezły z ciebie przystojniak, gdy się tak uśmiechasz – dodał psotnie. Włosy miał w nieładzie i na dobrą sprawę przypominały ptasie gniazdo. Były całkiem długie, ale dzięki temu całkiem dobrze ukrywały bliznę na czole.
Pierwszy raz widział prawdziwą, szczerą radość wypisaną na twarzy Toma.
A może dopiero teraz ją dostrzegł? Do tej pory nie potrafił sobie nawet wyobrazić szczęśliwego Voldemorta. Tom z całą pewnością był… inny.
Co więcej, uśmiech wcale nie zaszkodził urodzie chłopca. Tom wyglądał uroczo, gdy promieniował szczęściem. Nie będąc kpiącym lub ponurym, w końcu wyglądał tak jak inne dzieci w jego wieku – one wszystkie uśmiechały się z niezachwianą pewnością siebie i bezgranicznym entuzjazmem. W połączeniu z jego naturalnym wyglądem i nieskazitelnym stylem, Tom Riddle nie wyglądał już na sierotę, która potrzebowała pomocy Harry'ego; zamiast tego przypominał wyćwiczonego młodego arystokratę.
Harry cieszył się z tego powodu. Jego podopieczny był bardziej otwarty i nie zamykał się już w sobie.
Tom uważnie studiował twarz swojego opiekuna. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak uwielbia on jego uśmiech. Co było w nim nadzwyczajnego?
Harry bardzo się stara, żebym był szczęśliwy, uświadomił sobie nagle. Ich szczęście było od siebie współzależne; jeden wpływał na drugiego. Dziwne. Dziwne i… głupie.
A jednak…
Uśmiech na twarzy mężczyzny był hipnotyzujący. Tom gapił się na niego, niezdolny do mrugania. Jedyne co mógł to szczerze odwzajemnić go. Niepohamowana radość dorosłego była jak choroba – zaraźliwa i konsekwentnie niszcząca wypracowany system obronny.
To niesłychane, że Harry wyglądał na tak wniebowziętego z jego powodu. Tylko i wyłącznie z jego powodu. Zrozumienie tego sprawiło, że poczuł się potężny i wszechmocny, zupełnie jak wtedy, kiedy trzymał w ręku różdżkę.
To było odurzające.
Tom zadbał o to, żeby ten uśmiech zapadł mu w pamięć. Harry zostanie ze mną już na zawsze! – złożył sobie obietnicę. – Na zawsze! Nawet śmierć nas nie rozłączy! Jeśli Harry odważy się umrzeć przed nim, zamieni jego ciało w lalkę, żeby dalej mogli być razem.
Zanim dziecko nauczyło się kochać, jego zaborczość przeinaczyła to uczucie w coś zupełne innego, mrocznego. Tak zostało mu przeznaczone. Los nie ma zamiaru zmieniać swoich planów.
W ciągu następnych kilku miesięcy w ich życiu nie nastąpiły żadne drastyczne zmiany, a Tom dorósł do rozpoczęcia szkoły podstawowej. Harry zmienił jednak swoją decyzję – postanowił, że chłopiec najpierw powinien nauczyć się kontrolować swoją magię, a dopiero potem brać się za dalszą edukację. Dnie spędzali więc we dwoje, poznając sekrety zaklęć i grając w różne gry.
Lekcje odbywały się w pokoju Harry'ego. Mimo że nie było w nim za dużo książek, to miejsce zajmowały przede wszystkim najróżniejsze dokumenty, rozwalone niemal po całym biurku mężczyzny.
Czasami Tom w nie zerkał. Nie rozumiał wszystkich tych złożonych wykresów i diagramów, nie znał też fachowej terminologii, ale były dwa słowa, które szczególnie zapadły mu w pamięć: „Armia Dumbledore'a".
Kim jest Dumbledore?
Chłopiec zmarszczył brwi i odłożył kartkę tam, skąd ją podniósł. Potem upewnił się, że wszystko leży we właściwym dla siebie miejscu i niczego przez przypadek nie przestawił. Ostrożności nigdy nie za wiele.
Z pokoju wyszedł z nieczytelnym wyrazem twarzy i ciemniejącymi oczami.
Wrócił do swojej sypialni. Żmija leżała leniwie zwinięta w kłębek na poduszce, ale kiedy go zobaczyła wpełzła na jego dłoń i zaczęła przesuwać się ku górze.
– Jak poszło? – Tom uniósł jedną brew, a potem uśmiechnął się zachwycająco, choć okrutnie. – Czy smakowała ci się… potrawka z królika?
Wąż wysunął język, wyglądając na zadowolonego.
– Dlaczego nie pozwoliłeś zjeść mi tego głupiego futrzaka? Już go przełknęłam a potem musiałam go wypluć… Na wpół strawiony królik już nie jest taki dobry… – jęknął nieszczęśliwie, a potem owinął się wokół ramienia swojego pana.
Tom nie odpowiedział na zadane mu pytanie, obserwując błyszczącą skórę żmii. Był zadowolony. Gdy wyobraził sobie przerażoną twarz Billy'ego, kiedy ten zobaczył swój prezent – na wpół zjedzonego ukochanego króliczka – uśmiechnął się szyderczo.
– A potem… a potem… Tom! – skarcił go wąż, zsuwając się na jego kolana i przyglądając mu się. – Kazałam moim towarzyszom powiesić go na drewnianej belce, więc Billy na pewno go zobaczy! Kiedy tylko będzie przechodził obok…
– Dobra robota… – powiedział chłopiec, a następnie zmrużył z przyjemności oczy.
– Czas na obiad, Tom! – krzyknął Harry, przerywając mu w połowie zdania i zaglądając do jego pokoju. Przez moment gapił się na niego a potem zamrugał jak gdyby nigdy nic.
W międzyczasie żmija najszybciej jak tylko potrafiła, wsunęła się do rękawa swojego pana.
– Chodź na dół. Och, nie! Piecyk… – Mężczyzna odwrócił się i zbiegł po schodach, zanim Tom bliżej przyjrzał się jego twarzy. Patrzył za nim w milczeniu, czując się co najmniej dziwnie, a po głowie chodziła mu jedna niepokojąca myśl. Czy Harry przypadkiem nie uciekał… przed nim…?
– Jesteś pewien, że Harry nas nie rozumie? – spytała żmija, wysuwając łeb z rękawa.
Dobry nastrój Toma prysnął jak mydlana bańka. Zacisnął usta a jego oczy pociemniały. Ze zmarszczonymi brwiami przypominał sobie kawałek po kawałeczku rozmowę z wężem. Czy Harry mógł podsłuchać coś niepokojącego…?
Gdy uświadomił sobie, na jaki temat dyskutowali, wstrzymał oddech. Spanikował i przeraził się.
Nie otrzymawszy odpowiedzi, żmija pokręciła głową.
– Nie wszyscy czarodzieje potrafią rozmawiać z wężami… – syknęła uspokajająco, po czym nieszczęśliwa owinęła się wokół nadgarstka chłopca. Nie trzeba silić się na lepsze wytłumaczenie. Czy Tomowi wydawało się, że ta rzadka umiejętność rośnie na drzewach? Czy jej pan naprawdę uważa, że ten szlachetny język jest powszechnie rozumiany; że zna go każdy lepszy przechodzień z ulicy?
Żmija miała rację. Wężomowa nie jest byle jakim językiem. To wspaniała mowa wielkiego Slytherina, przekazywana potomstwu z pokolenia na pokolenie.
