Disclaimer: I don't own Harry Potter


Rozdział 17

Medalion Salazara Slytherina


13 Stycznia 2001 r.

Harry zdecydował, że najlepiej będzie odejść, kiedy Tom będzie jeszcze w szkole i jego myśli krążyć będą wokół tematów omawianych na lekcjach.

Powrót był koniecznością. Zanim tutaj przybył, złożył Hermionie obietnicę, że wróci za siedem dni. Musiał się z nią zobaczyć, ponieważ przyjaciółka chciała zbadać skutki długotrwałej podróży w czasie i jej wpływ na ludzkie ciało. Raz na siedem dni. Siedem dni w przeszłości, tzn… będzie rok 2001. Spędził tutaj dwa lata i dziewięć miesięcy.

Bez względu na to, ile razy skakał już w czasie, nigdy nie przyzwyczai się do tego dziwacznego uczucia.

Niekończące się stukanie metalu, kalejdoskopowe, szybko zmieniające się obrazy, dezorientujące uczucie nieważkości – wszystko to pomieszane razem sprawiało, że podróż w czasie była naprawdę okropna. Harry miał wrażenie, jakby jakiś szalony naukowiec rozbierał jego ciało na części pierwsze, a następnie składał je z powrotem w spójną całość. Konsekwencją przeciwstawienia się temu uczuciu był wszechogarniający ból, tak ostry, że żałował, że nie stracił przez niego przytomności.

Minęła wieczność, zanim Pomijacz Czasu przestał się kręcić.

Wciąż dzwoniło mu w uszach, a przed oczami miał czarne plamy. Bolały go skronie. Wnętrzności podeszły mu do gardła i opadł na kolana, żeby zwymiotować.

– HARRY!

Hermiona momentalnie do niego podbiegła. Wciąż miała na sobie laboratoryjny fartuch. Pomogła mu wstać i przyjrzała się jego twarzy. Mogąc jedynie przyglądać się jego zbolałej minie, sfrustrowana bezradnością, poklepała go uspokajająco po plecach. Była to jedyna rzecz, jaka przyszła jej do głowy.

– Kopę lat, Hermiono. – Wyszczerzył się Harry.

– Jest z tobą coraz gorzej, prawda? – spytała od razu, przechodząc do rzeczy. Potem zmarszczyła brwi.

Och, tak. Zdecydowanie nie było lepiej. Nudności minęły, pozostawiając po sobie niesamowitą migrenę. Miał wrażenie, jakby ktoś próbował rozłupać mu czaszkę na pół.

Uznał, że najlepiej będzie milczeć na ten temat, więc po prostu uśmiechnął się bardziej nonszalancko. Pozbierawszy się z podłogi, oparł się o ścianę i rzucił na siebie zaklęcie ogrzewające.

Hermiona westchnęła ciężko, ale nie skomentowała tego. Zamiast tego oparła dłonie na biodrach i patrzyła na niego z milczącą dezaprobatą. Nie mogła się jednak powstrzymać i z troską zapięła mu guzik kurtki. Musiał zamarzać mając na sobie tak niewiele w środku tak mroźnej zimy – pomyślała.

– Chodź. Musisz się położyć – powiedziała surowo. Pomogła przyjacielowi wstać i podtrzymała go ramieniem w pozycji stojącej.

Harry pokręcił przecząco głową. Stopy go nie słuchały.

– Nie. Powinniśmy działać szybko… – Wziął głęboki oddech. – Muszę wrócić w przeciągu dwudziestu czterech godzin.

Hermiona znowu zmarszczyła brwi. Spojrzała na niego tak badawczo, że przez moment przypominała mu Toma.

– Sama tak powiedziałaś, Hermiono: że muszę wracać raz na siedem dni i wtedy… – Ucichł. Obserwacja twarzy przyjaciółki sprawiła, że poczuł się winny, ale nie pozwolił, by jego wola się złamała. Musi tam wrócić, bo złożył chłopcu obietnicę. Pięć miesięcy… Dziecko będzie na niego czekać, to pewne.

Hermiona zmieniła taktykę: tym razem rzuciła mu spojrzenie, którego nie powstydziłaby się profesor McGonagall. Harry odpowiedział jej stanowczą miną.

– Okej, dobrze! – Uniosła do góry ręce i westchnęła. Przestała też zachowywać się apodyktycznie. – Musisz sobie zdawać sprawę z tego, że… wszystko, co robisz, niesie za sobą pewne konsekwencje. Jeśli zdecydujesz się przeżyć dwadzieścia lat w przeszłości, twoje życie tutaj skróci się o te dwadzieścia lat, a może nawet i więcej. A to nie wszystko! – Hermiona posadziła Harry'ego na kanapie. Gdy badała jego stan, w jej oczach widać było tylko i wyłącznie szczere zmartwienie. Po raz kolejny czuła się bezradna wobec uporu przyjaciela.

Gdy już rozeznała się w sytuacji, usiadła naprzeciwko niego.

– Czas spędzony w przeszłości, objawia się u ciebie chronicznym stresem. To niebezpieczne dla zdrowia! Nawet jeśli samo Przeznaczenie nie może wymazać twojej obecności w tamtych czasach, wciąż może zmusić cię do zapłacenia za to niesamowicie wielkiej ceny; karać cię za bycie buntownikiem!

Harry położył się na kanapie. Nie odpowiedział, ponieważ… Hermiona miała całkowitą rację.

– Posłuchaj mnie, Harry. Proszę cię. Wiemy już, że twój plan się nie powiódł, bo Voldemort wciąż jest Voldemortem. Właśnie tutaj – właśnie teraz! – wciąż jest taki sam. Twoja dobroć w ogóle go nie zmieniła! – wyrzuciła z siebie przez zaciśnięte zęby. Jej głos był prawie że współczujący.

Gdy Harry zbladł, dopadły ją wyrzuty sumienia, ale… trzeba było to powiedzieć głośno i wyraźnie; uświadomić mu prawdę.

Wypowiedź Hermiony przeszyła serce Harry'ego niczym strzała.

A więc tak to wygląda. Marzył, że gdy wróci do 2001 r., świat się zmieni; nie będzie taki sam. Rzeczywistość jest jednak okrutna, a los niezmienny. Przymknął oczy i pozwolił, by słowa przyjaciółki znowu do niego wróciły, tym razem ze zdwojoną siłą.

Prawda pozbawiła go wszelkich nadziei.

Tom nic się nie zmienił.

Im większe oczekiwania, tym twardszy upadek. Za nadzieją zawsze podąża rozpacz.

– Czy gra jest warta świeczki, Harry? – spytała cicho Hermiona.

Do oczu napłynęły mu łzy. Otworzył usta, a potem, po chwili, je zamknął.

– Ja… nie wiem… – przyznał, dygocząc.

Taka była prawda – naprawdę nie miał pojęcia. Czy warto poświęcić dwadzieścia lat życia, narażając się na nieustanny ból i nieznane nikomu innemu niebezpieczeństwo dla tylko nikłej szansy na zmianę Czarnego Pana, który – jak się wydawało – nie może się zmienić? Przyszłość stanowiła jedną wielką niewiadomą a koniec był niejednoznaczny. Nikt nigdy nie zmienił przeszłości, ale z drugiej strony… nikt nigdy nawet nie próbował. Czy była to gra warta świeczki...? Warto było podejmować takie ryzyko…?

Głowa Harry'ego opadła na kanapę. Zmrużył oczy. Światło było zbyt oślepiające.

– Nie wiem, czy warto… Ale czuję, że muszę się tego podjąć… – odpowiedział, siląc się na spokojny ton.

Tak. Był to winny Tomowi. Powinien chociaż spróbować dać mu lepsze dzieciństwo, podrzucić mu wskazówki, zasiać w głowie odpowiednie ziarno i spróbować go zmienić.

Hermiona przyglądała się przyjacielowi z widocznym na twarzy zaniepokojeniem. Trzy lata w przeszłości nie wpłynęły na jego wygląd. Wciąż był młody, śmiertelnie blady i niewiarygodnie chudy – przypominał kościotrupa. W porównaniu do ich wcześniejszego spotkania teraz wyglądał na szczęśliwszego. Jego uśmiech przypominał uśmiech z czasów szkolnych i przez moment sprawił, że jej serce zabiło szybciej. Oczywiście, myślała o nim, jak o bracie, ale musiała przyznać, że jakby na to nie patrzeć, jest przystojnym mężczyzną.

– W porządku. – Skinęła z rezygnacją głową. – Ale proszę cię. Unikaj nadmiernego wtrącania się – może wtedy Los nie skrzywdzi cię bardziej, niż i tak by to zrobił. Dbaj o siebie, dobrze?

Przez chwilę obydwoje milczeli, a potem równocześnie się wyszczerzyli. W końcu osiągnęli porozumienie. Oczywiście, Hermiona wciąż była zdecydowana pomóc przyjacielowi – niezależnie od głupot, jakie planuje wprowadzić w życie. Przysięgła sobie, że dopóki żyje, nie pozwoli, by doznał jeszcze większej krzywdy.

Napięte mięśnie Harry'ego rozluźniły się z powodu odczuwanej ulgi. Wyjął z kieszeni plik zminiaturyzowanych dokumentów, po czym zdjął z nich zaklęcie zmniejszające.

– Skończyłem nasze plany rekrutacyjne, Hermiono.

Kobieta odebrała od niego gruby plik. Ewidentnie była pod wrażeniem.

Harry przez chwilę napawał się tym widokiem, po czym z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął medalion Salazara Slytherina. Trzymał go na łańcuszku, tuż przed podejrzliwą twarzą przyjaciółki.

– Otwórz go – ponaglił ją.

Hermiona zacisnęła usta i rzuciła mu przeszywające spojrzenie. Zawahała się a potem drżącą dłonią otworzyła go.

Nic się nie wydarzyło.

Sapnęła. Czy to możliwe, że…?

– Zgadza się. Medalion nie jest już horkruksem. Nic z nim nie kombinowałem – żadnego miecza Gryffindora, żadnego kła bazyliszka. Nic. Tylko go ze sobą nosiłem, naprawdę. Horkruks zniknął sam z siebie – wytłumaczył spokojnie Harry. – Hm… Wydaje mi się, że stało się to, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Toma… Voldemorta, znaczy się – poprawił się szybko.

Hermiona przygryzła dolną wargę i starannie rozważyła nowe informacje. Miała pewną teorię, choć…

Zmrużyła oczy, gdy coś sobie przypomniała.

– Z tego, co wiem… to dwa takie same fragmenty duszy nie mogą istnieć w tym samym czasie – zaczęła powoli, ostrożnie dobierając słowa. – Ten horkruks musiał zawierać w sobie fragment duszy Voldemorta, gdy ten był jeszcze dzieckiem. A ponieważ nie może być dwóch Voldemortów… Kiedy doszło do takiej sytuacji, Przeznaczenie pozbyło się dodatkowego. Los musi utrzymywać historię na swoim torze… Myślę, że to najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie.

– Hm, hej, czyli uważasz, że Przeznaczenie zniszczy też moją różdżkę? – zapytał Harry, przypominając sobie pierwszą wizytę u Ollivandera. Bliźniacze różdżki…

Hermiona wzruszyła ramionami.

– Nienawidzę Losu – mruknął mężczyzna, głębiej zapadając się w miękkiej kanapie.

– Tak, ale przynajmniej pomógł nam pozbyć się jednego horkruksa – zauważyła czarownica.

Przez chwilę panowała między nimi cisza, aż w końcu Harry zmarszczył brwi.

– Jest jeszcze coś, Hermiono. Nie mogę… nie rozumiem już mowy węży. – Zacisnął usta, przypomniawszy sobie dzień, kiedy zamiast wężomowy do jego uszu dobiegło niezrozumiałe syczenie. Był to pierwszy raz, kiedy przydarzyło mu się coś takiego. Nie potrafił zrozumieć, co mówi w swoim pokoju Tom, ale brzmiało to dość niepokojąco – wystarczająco, żeby włoski na karku stanęły mu dęba.

Hermiona także zmarszczyła brwi.

Nikt nie wiedział, dlaczego Harry w ogóle zna ten język. Kiedy był na drugim roku, Dumbledore mglisto przypuszczał, że Voldemort tej nocy, w Dolinie Godryka, przypadkowo przekazał mu część swoich mocy.

Nie było innego wytłumaczenia, a i tej teorii nie dało się poprzeć.

Wiadomość o nieoczekiwanym zniknięciu tej niespotykanej zdolności mocno zdenerwowała Hermionę. Nienawidziła niewiedzy. Ludzie obawiali się namacalnych gróźb lub błędów, ale nieznane, skradanie się z niewidzialnej ciemności, zawsze było tym, co najbardziej ich przerażało.

– Nie bój się – powiedział Harry, wyrywając ją z myśli. Jakby wyczuwając jej cierpienie, wyciągnął ku niej rękę i złapał ją za dłoń.

Hermiona uspokoiła się, patrząc na ufny, tak bardzo znajomy uśmiech czarodzieja. Dał jej nie tylko ukojenie, ale też i nadzieję na lepszą przyszłość. Po jej klatce piersiowej rozlało się ciepło.

– Czy nie ty powinieneś być tym, który się boi? – spytała lekko drżącym głosem.

Harry uśmiechnął się szerzej. Nie podobało mu się to, że przyjaciółka tak się nim martwi, ale, w pewnym sensie, była to miła odmiana. Jej troska była wzruszająca. Dobrze było wiedzieć, że na świecie jest jeszcze ktoś, komu na nim zależy.

Po kilku długich minutach i Hermiona się uśmiechnęła. Jej spojrzenie zmiękło.

Harry jest ostatnią nadzieją Armii Dumbledore'a. Jeśli kiedykolwiek się podda, będzie to oznaczało koniec wojny…

Powodzenia, przyjacielu – pomyślała. – Będziesz go potrzebował.


– Do zobaczenia za siedem dni, Harry. – Hermiona pomachała mu na pożegnanie. Na jej twarzy widniał delikatny, choć zmartwiony uśmiech.

– Tak właściwie to chciałem zostać tam trochę dłużej – wyznał czarodziej. – Pozdrów ode mnie Rona i Ginny – dodał szybko, po czym skoczył w czasie. Pomimo że czuł się naprawdę okropnie, był szczęśliwy.

Szczęśliwy…

Dobrze było wiedzieć, że przyjaciele z przyszłości będą z nim na dobre i na złe, że dbają o niego ze wszystkich sił i wspierają go. Co więcej, w przeszłości także miał kogoś takiego – małego chłopca, który czekał, aż wróci do domu.