Disclaimer: I don't own Harry Potter.


Rozdział 18

Przynęty i jaskinia


26 Października 1935 r.

Jesień nastała nagle w tym roku. Ranek pierwszego października szeleścił jak jabłonie*.

Idealny opis cudownego październikowego dnia – świecące mocno słońce, muskające delikatnie twarz, oraz przyjemnie chłodny wiatr pieszczący rozczochrane włosy; warunki idealne na wycieczkę.

Szkoła zabrała uczniów na plażę. Sceneria nie była bajkowa – gdy przybyli na miejsce, oczom dzieci ukazał się kawałek oceanu, wściekle uderzające o skały fale i biały piasek, co nijak przypominało złotą, wyimaginowaną plażę. Wiał zimny, przeszywający wiatr, ostrzegając przed nadejściem zimy.

Jak tylko fale zalały pusty piaszczysty brzeg, zarówno nauczyciele, jak i uczniowie spojrzeli na morze z pogardą. Miejsce piknikowe zostało wyznaczone w znacznej odległości od wody, tak, by dorośli mogli obserwować bawiące się dzieci z daleka, które to nie przejmowały się wyizolowaniem. Dla miastowych puste przestrzenie zawsze stanowiły niezbadaną dotąd nowość; rósł w nich odkrywczy głód.

Tom stał w piasku, obserwując krzyczących i piszczących rówieśników.

Nudni. Beznadziejni. Nieznośni.

Chłopiec pozwolił, by jego spojrzenie stwardniało.

Harry powinien mu tutaj towarzyszyć, ale… nie było go. Minął już prawie miesiąc, odkąd mężczyzna zniknął i – prawie okrągły miesiąc – Tom zaczął się zastanawiać, czy miał zamiar w ogóle wracać. Złożył mu przecież obietnicę…

Pięć miesięcy…

Tom nienawidził tych uczuć. Bezradności. Nienawidził takiego siebie – słabego i bezsilnego. Nie podobało mu się to, że tak kurczowo trzymał się Harry'ego; że uważał go za pewnik w kwestii swojego przetrwania. Uświadomienie sobie tego tylko spotęgowało uczucie bezradności. Nie potrafił powstrzymać Harry'ego przed odejściem, przez co pozostało mu tylko wegetować, z niepokojem czekając na powrót opiekuna. Niepewność była przerażająca.

Tom nigdy nie pragnął mocy jak tamtego dnia. Z całego serca pragnął mieć siłę wystarczającą do zatrzymania mężczyzny. Nigdy więcej. Już nigdy nie pozwoli mu, ot tak zniknąć. NIGDY.

Harry od zawsze do niego należał. I zawsze będzie należeć – nigdy nie da mu wolności.

Jeżeli kiedykolwiek zmieni zdanie i uzna, że już go nie chce… prędzej zniszczy go własnymi rękoma, niż pozwoli, by mu się wymknął.

By mieć Harry'ego w zasięgu ręki, chciał – potrzebował – więcej mocy. Musiał znaleźć sposób, żeby mężczyznę kontrolować. Musiał go zmienić tak, by zaczął na nim polegać – nie na odwrót. To Harry powinien być tym, który jest do niego desperacko przyczepiony. Powinni dzielić tę samą rozpaczliwą potrzebę.

Więcej mocy. O wiele więcej. Potęgi, wiedzy i wpływów.

Nie może stać w miejscu. Musi ruszyć do przodu.

– Tom! – Biegła do niego dziewczynka w kwiecistej sukience. Gdy się zatrzymała w połowie drogi, na jej ustach dostrzegł skrzywiony uśmieszek.

Nieważne, gdzie był, zawsze przyciągał uwagę. Odziedziczył urodę po biologicznym ojcu, Riddle'u seniorze. Przystojny siedmiolatek zawsze dbał, żeby być dobrze ubranym. Miał rzadko spotykane, wspaniałe oczy – czarne, błyszczące, urzekające – i czuprynę pięknych ciemnych, zadbanych włosów. Charyzmatyczna osobowość także robiła swoje. W przyszłości przekabacił na swoją korzyść całą śmietankę Slytherinu, więc mugolska klasa nie stanowiła większego problemu.

Tom wiedział, jak wykorzystać swój wygląd. Ładna twarz w połączeniu z przeświadczeniem o rycerskiej osobowości, ze szczyptą tajemniczości i tragiczną przeszłością, sprawiła, że szybko stał się najpopularniejszym chłopcem w szkole. Nawet nauczyciele nie potrafili mu się oprzeć.

Dziewczynka ponowiła swój bieg. Po raz kolejny wykrzyczała imię chłopca. Chciała pokazać mu nową sukienkę. Najfajniejszy uczeń w szkole nie powinien bawić się sam. Uśmiechnęła się szeroko, po czym pokiwała sobie głową. Pomogę mu!

Wyraz twarzy Toma zmienił się w przeciągu jednej sekundy. Różowe usta wygięły się w uprzejmym, niezobowiązującym uśmiechu, a spojrzenie złagodniało. Zniknęły wszystkie ślady mrocznych myśli, jakie kotłowały się w jego głowie.

– Tak? O co chodzi?

Dziewczynka zamrugała, zaskoczona. Czy Tom naprawdę przed chwilą uśmiechał się tak okrutnie? Przełknęła ślinę i pozwoliła sobie na słodkie zapomnienie. Zabłysła radośnie zębami i z ufnością pociągła go za rękaw.

– Chodź! Pobawimy się razem!

Tom ukrył rozdrażnienie, po czym dyskretnie wyciągnął kawałek materiału z uścisku koleżanki. Drugą dłonią pieścił ukrytego pod płaszczem węża – zwierzę było zaniepokojone z powodu nagłego naruszenia jego przestrzeni osobistej.

– Nie, dzięki. Spasuję – odpowiedział. Czuł tylko i wyłącznie zniesmaczenie na myśl o bezmyślnym skakaniu po skałach. Obawiając się o swoją mimikę, uśmiechnął się nieśmiało. Sprawianie wrażenia zawstydzonego powinno wystarczyć.

– W porządku, Tom! Jesteś moim przyjacielem! Wszystkim cię przedstawię. Nie musisz się o to martwić – zapiszczała, najwyraźniej dostrzegając jego wahanie. Uznała, że czas pospieszyć mu na pomoc.

Przytaknął posłusznie, wciąż udając słodkiego chłopczyka. Nie mógł uwierzyć, że granie idioty tak może się opłacać. Tak czy inaczej – nie miał najmniejszego zamiaru wdawać się w żadne zabawy z innymi dziećmi. Jedyną rozrywką tej wycieczki była satysfakcja z zachowania innych, reagujących na jego grę aktorską w przewidywalny sposób. To znaczyło, że był dobry. Uwielbiał manipulować ludźmi z cienia.

– ALLIE! Dlaczego z nim gadasz?

Jedynym minusem tak wielkiej popularności była zazdrość innych chłopców.

– To zwykła sierota! Brudna i biedna! Ma zwykłe szczęście, że adoptował go bogaty tata! – Przywódca gangu podszedł do nich bliżej, całą swoją postawą rzucając Tomowi wyzwanie.

Nie zareagował. Chłopiec powiedział prawdę: był szczęśliwą sierotą.

Dziewczynka spojrzała na niego nerwowo.

– Przestańcie! – krzyknęła, widząc, że za dręczycielem podąża większa grupa.

– Niby czemu? Nie skłamałem!

– Prawda – wtrącił się Tom. – Owszem, Harry jest bardzo dobrym… ojcem. – Zmrużył oczy. Wypowiedział słowo „ojciec", choć nie był zadowolony z tego określenia.

Bierność tylko rozwścieczyła chłopców. Zaczęli wyrzucać z siebie informacje, które w domach usłyszeli od swoich rodziców.

– Hej! Słyszałem, że twój ojciec cię już nie chce!

– No! Podobno nie ma go już cały miesiąc! Założę się, że nigdy nie wróci!

Twarz Toma nawet nie drgnęła, a uśmiech pozostał niewzruszony. Dłonią ścisnął ukrytego węża. Żmija owinęła się wokół jego ramienia, przygotowując do ataku.

Zawahał się. Dyskretnie spojrzał w kierunku dorosłych i zauważył, że choć wcale nie stali tak blisko, nadal mogli ich zauważyć. Szkoda. Zamrugawszy, zwrócił uwagę na położoną dalej jaskinię – jej ciemne, stojące otworem wejście przypominało wygłodniałe usta.

Puścił węża. Nagrodził wrzeszczących chłopców nieczytelnym uśmiechem i zmrużył oczy, wciąż wyczuwając koncentrację wrogo nastawionego pupila. Czaił się.

– Jesteście w błędzie – powiedział spokojnym tonem. – Nie zniknął miesiąc temu. Nie ma go dopiero dwadzieścia sześć dni.


Lunch miał się odbyć na kocu piknikowym.

Opiekunka zapakowała Tomowi same smakołyki. Wziął bułeczkę z marmoladą i pomachał nią innym dzieciom przed oczami. Potem postarał się, żeby wyglądać na szczerego i z uśmiechem na ustach zaoferował im trochę.

– Jejku! Sam tego wszystkiego nie zjem. Kto chce co nieco?

– Ja!

– Nie, ja!

Dzieci krzyczały, rozpychając się łokciami. Nie mogły się doczekać skosztowania pysznie wyglądających i pachnących bułeczek. Kusiło ich zwłaszcza słodkie nadzienie.

– Ale… – Tom niespodziewanie przysunął pudełko do siebie. Spuścił wzrok i zadbał, by sprawiać wrażenie smutnego. – Wielka szkoda, że nie starczy dla wszystkich... – Uniósł głowę.

Gdyby mógł, przewróciłby oczami.

Co za nuda, pomyślał. Nie są dla mnie żadnym wyzwaniem. Co za łatwowierni głupcy.

– Chciałbym sobie potem zwiedzić pobliską jaskinię. Podzielę się z lunchem z każdym, kto ze mną pójdzie – powiedział.

Dzieci spojrzały na ciemną grotę, którą wskazał palcem. Nie były w stanie zajrzeć do środka, ale wyczuły niewyjaśnioną i nieuzasadnioną grozę, wiszącą w powietrzu. Odwróciły się nagle, przestraszone.

– Tchórze. – Uśmiechnął się szyderczo, patrząc wprost na bandę dręczących go wcześniej chłopców.

Prowokacja – bezpośrednie wyzwanie, proste i skuteczne, szczególnie w przypadku porywczych idiotów.

– Pójdę tam z tobą! I on** też! – Lider grupy złapał przynętę. Co więcej, wplątał w to także jednego ze swoich przyjaciół. – Jak wrócimy… obiecujesz, że oddasz nam cały swój lunch?

– Jasne. – Skinął głową, uśmiechając się niczym zadowolony kot.

Cały posiłek? Jasne. Upewnię się tylko, że nie będziecie mieli czym go zjeść. Wszyscy stracie zęby.


– Ri… Riddle! Wracajmy – powiedział lękliwie jeden z chłopców, idąc za nim w głąb jaskini. Oczywiście, nawet nie zamierzał zwalniać.

Otaczała ich czerń, a nozdrza wypełniało słone, mokre powietrze. Chłopcy szli przed siebie, widząc tylko i wyłącznie sylwetkę prowadzącego.

– Dopiero co tutaj przyszliśmy – odpowiedział słodko Tom.

Szedł szybkim krokiem, a jego oczy zaczęły błyszczeć. Było coś niesamowitego w maszerowaniu po niebezpiecznej, niezbadanej dotąd jaskini. Czuł, że to miejsce kryje w sobie niezwykłą moc. Wśród poszarpanego wapienia czaiła się mroczna i śmiercionośna siła nawołująca Toma niczym syrenia pieśń. Mieściła się w głębi jaskini. Aura tajemniczości hipnotyzowała chłopca, który wyciągał ku mocy rękę, wyglądając przy tym prawie że jak niewolnik.

Chciał dać niesympatycznym kolegom nauczkę, ale… odkrył coś znacznie lepszego. Wszystko wskazuje na to, że będzie musiał się im odwdzięczyć czymś wspanialszym niż pudełkiem z lunchem. Prawda? Będzie musiał im podziękować za towarzystwo.

Uśmiechnął się mrocznie. Gniew wykrzywił jego przystojną twarz, sprawiając, że wyglądała o wiele bardziej przerażająco niż otaczające go ostre skały.

Wszyscy, którzy mi się sprzeciwiają, muszą zostać ukarani!

Maska Toma była nie do przejrzenia, więc chłopcy nie mogli rozczytać jego prawdziwych intencji. Nie wiedzieli też, jak bardzo ich wcześniejsze słowa wyprowadziły go z równowagi.

Harry… już go nie chce…

Tak szybko, jak ta myśl pojawiła się w jego głowie, krew mu zawrzała. Mrok i wściekłość rozsadzały go od środka. Wystarczy jeden niewłaściwy ruch i wybuchnie. Tylko jedno mogło go uspokoić – zemsta. Skrzywdzi ich. Upewni się, że już nie będą bezmyślnie paplać; że już nigdy nie wymówią imienia Harry'ego, stojąc z nim twarzą w twarz.

Absolutnym przypadkiem, nieświadomie uderzyli w jego czuły punkt. Zniknięcie Harry'ego było tematem, którego nie powinno się poruszać w jego obecności. Sami wydali na siebie wyrok, a teraz jeszcze posłusznie szli za swoim katem w nieznane.

W końcu dotarli do końca tunelu. Wciąż otaczała ich ciemność, a mimo to dało się dostrzec, że przed nimi rozciągało się spore podziemne jezioro, którego spokojna tafla, odbijała nikłe sylwetki niczym lustro.

– Riddle! Wra… wracam! – wyjęczał wyższy z towarzyszy. Nawet bez oglądania się za siebie, Tom wiedział, że chłopiec drży jak osika.

Po dłużej chwili, gdy uświadomił sobie, że zazdrosny dręczyciel jednak nie zawrócił, rzucił mu leniwe spojrzenie. Nie było potrzeby, żeby dalej ciągnąć tę farsę. Nie trzeba już udawać. Uśmiechnął się w ciemności i w tym momencie niewidzialna siła wyrzuciła obu niespodziewających się ataku siedmiolatków wysoko w powietrze, a potem skręciła wprost do lodowatej wody.

– AAAAA! – krzyknęli, gdy zorientowali się w sytuacji. W końcu zrozumieli, że to, co ich teraz spotkało, było zemstą Toma. Zaczęli wymachiwać rękami, chcąc utrzymać się na powierzchni. W końcu zaczęli także szczękać zębami. Z pewnością było im bardzo zimno.– NIECH CIĘ, RIDDLE!

Oblizał usta. Nie. Więcej. Potrzeba czegoś więcej, żeby odpokutowali za swoją bezczelność…

Więcej.

Więcej.

WIĘCEJ.

Niespodziewanie mugolscy chłopcy zamarli, zmrożeni przerażeniem. Z dna coś miękkiego splątało im nogi. Było to coś dziwnego – w dotyku przypominało ludzką skórę. Jednocześnie spojrzeli w dół i zmrużyli oczy, żeby lepiej widzieć.

Z wody wynurzyło się wiele bladych twarzy – twarzy z niewidzącymi, zasnutymi mgiełką nieświadomości oczami; twarzy z pustymi oczodołami. Wszystkie były zwrócone w ich stronę.


– Nadzwyczajne… – sapnął Tom. Ledwo co mógł powstrzymać podniecenie. Oczy błyszczały mu niczym piękny obsydian.

Czuł się niemalże tak samo, jak wtedy, kiedy dowiedział się, że też jest czarodziejem – rozsadzała go nieokiełznana rozkosz bliskości z Harrym. Uświadomiwszy sobie coś ważnego, doświadczył wielkiej radości. Magia nie ograniczała się do tego, co pokazał mu opiekun. Harry był szlachetny – nigdy nie pokazałby Tomowi skali zniszczenia, jakiego może dokonać magiczna moc. Dobrze, że zobaczył to na własne oczy – czarną magię i wspaniałe, niemożliwe do zapomnienia jej konsekwencje. Dogłębnie nim to wstrząsnęło.

– POMOCY! – wrzeszczeli chłopcy. Próbowali uciekać, ale nogi mieli jak z waty. Żywe trupy wspinały się po nich, ściągając na dno. W powietrzu unosił się zapach rozkładu, a płyny ustrojowe zostawiały ślady na ich przemoczonych ubraniach. Strach dawał im siłę do czołgania się i krzyczenia wniebogłosy.

Nie wytrzymali. Nie mogli tego znieść. Po wyjściu na brzeg obaj zemdleli. Opadli głucho na ziemię, wprost na kreatury, którym także udało się wydostać z wody. Przypominali trupy.

Tom przyglądał im się, czując wielką satysfakcję. Wygiął wargi w uśmiechu i powstrzymał swoją magię.

Jeśli tu umrą, będę miał kłopoty. Jaskinię też warto zachować w tajemnicy…


Nauczyciele znaleźli trzech zaginionych chłopców po drugiej stronie plaży.

Dwójka z nich była ranna i śmierdząca. Zapachu nie dało się dokładniej zidentyfikować. Ramię wyższego z nich zdobiło paskudne rozcięcie. Sprawiał wrażenie rozgorączkowanego – co chwilę odzyskiwał i tracił przytomność. Kiedy dzieci zostały zapytane o to, co się wydarzyło, nie potrafiły dać jednoznacznej odpowiedzi. Na okrągło mamrotały pod nosem jakieś bzdury, bez składu i ładu. Były przerażone.

Chłopcy mruczeli coś o martwych ludziach wychodzących z morza…

Czyżby mieli halucynacje…?


* Z ang: „Autumn seemed to arrive suddenly that year. The morning of the first October was crisp and golden as an apple." – Cytat z książki „Harry Potter i Insygnia Śmierci" autorstwa J. K. Rowling w tłumaczeniu Andrzeja Polkowskiego

** W oryginalnej sadze Tom do jaskini zaciągnął chłopca (Denisa Bishopa) i dziewczynkę (Amy Benson); tutaj zabiera ze sobą dwóch chłopców