Disclaimer: I don't own Harry Potter.
Słowniczek: wężomowa
Rozdział 26
Wojna
16 stycznia 2001 r.
Stwierdzenie, iż niektórzy Ślizgoni przejawiali skłonności do skrajnego egoizmu, było boleśnie prawdziwe. Czasem samolubna i paranoiczna natura młodego Czarnego Pana doprowadzała go do wydawania pochopnych osądów – oskarżenie Harry'ego o porzucenie było w pełni niesłuszne. Tkwiąc w bezpiecznej przeszłości, nie mógł wiedzieć, w jaką niebezpieczną sytuację mężczyzna został wplątany.
W przyszłości Harry Potter ponownie zaangażował się w ryzykowną bitwę. Nie po raz pierwszy stanął twarzą w twarz ze śmiercią, walcząc z potężną i liczebnie dużą czarnomagiczną siłą zwaną Tomem Riddle'em – nie, Lordem Voldemortem i wiernymi mu Śmierciożercami.
Chwilę po tym, jak przybył do swojego czasu, dygocząc i potykając się o własne nogi, dowiedział się, iż wróg przypuścił atak. Nadchodził Voldemort, a z nim mroczna armia i cień zbliżającej się dla wielu śmierci.
We wszystkich poprzednich bitwach, Voldemort rzadko był widywany w pierwszej linii. Zamiast tego dowodził swoimi ludźmi z cienia i niczym mistrz marionetek zawsze wiedział, za który sznurek powinien pociągnąć. Z przyjemnością obserwował rozpaczliwy wysiłek podejmowany przez Harry'ego i jego przyjaciół oraz rozbawiony przyglądał się ich zmaganiom. Wyglądał wtedy niczym kot drapieżnie uśmiechający się do spanikowanych, uwięzionych w labiryncie myszy. Chociaż nazwanie tej łaski wdzięcznością było co najmniej żałosne, Harry musiał przyznać, że cieszył się, że Voldemort nigdy nie uderzył z pełną siłą. Armii Dumbledore'a zawsze udawało się uciec poprzez szczeliny, które wypatrzyli w trakcie.
Wszystko wskazywało na to, że Czarny Pan stracił całą cierpliwość. Zbliżał się do końca. Ostatecznego i nieodwołalnego.
– HARRY! Nie ruszaj się z miejsca! – krzyknęła Hermiona, nawet się z nim nie witając, po czym wręcz wypadła z laboratorium, wciąż mając na sobie biały fartuch.
Wokół nerwowo krzątała się Armia Dumbledore'a. Każdy był wyraźnie zaniepokojony.
Siły Voldemorta zbliżały się od wschodniej strony; od kwatery głównej dzieliło je zaledwie kilka mil. Atak był niemałym zaskoczeniem. Młodzi żołnierze, nim ruszyli do boju, mieli czas tylko na wyciągnięcie różdżek, chwycenie najbliżej stojących eliksirów, mioteł oraz świstoklików. To będzie ich najtrudniejszy test – byli nie tylko niedoświadczeni, ale także nieprzygotowani.
Czarny Pan we własnej osobie! – wieść rozprzestrzeniła się niczym wirus, a towarzyszyło jej głośne pokrzykiwanie Śmierciożerców oraz jęki niezadowolenia członków Amii Dumbledore'a.
Voldemort uważnie obejrzał rozciągającą się przed sobą rozległą równinę, po czym pomyślał o stojących za nim, odzianych w czarne szaty, poplecznikach. Następnie rzucił okiem na odważnie wypinających klatki piersiowe świetlistych wojowników z naprzeciwka. Pomimo wyprostowanej postawy, ewidentnie się denerwowali.
Było oczywiste, która strona dzisiaj zwycięży.
Płaski teren nie zapewniał ewentualnego miejsca schronienia. To będzie prosta walka, opierająca się na sile fizycznej – ci, którzy zmęczą się pierwsi, polegną. Co za tym idzie, sukces odniesie liczebniejsza grupa.
Powietrze zgęstniało do powszechnego napięcia, ale nie zniechęciło to Czarnego Pana; wznosił się on ponad to, promieniował mocą i pewnością siebie. Mroczna armia z kolei syciła się strachem przeciwników; byli rozwścieczeni i żądni krwi. Czarnoksiężnik machnął dłonią i Śmierciożercy ruszyli do przodu – stanowili mrowie ciemnych szat i uniesionych różdżek.
Na przystojnej twarzy Czarnego Pana pojawił się okrutny uśmiech.
Drogi Zbawicielu czarodziejskiego świata… Harry Potterze… Powiedz mi, jak zamierzasz uratować swoich godnych pożałowania przyjaciół…?
– Do wygranej dążymy bez względu na poświęcenia i koszta. Zwycięstwo jest naszym przywilejem. – Zimny wiatr poniósł słowa Lorda Voldemorta w hen daleko. Śmierciożercy ryknęli z aprobatą; słowa przywódcy podsycały pragnienie mordu, krwi i chwały.
Ruszyli naprzód, zalewając Armię Dumbledore'a niczym głodne mrówki.
Wygrywali z łatwością. Podczas gdy wokół słychać było okrzyki bólu, eksplozje i miotanie śmiertelnych zaklęć, wrogowie konsekwentnie tracili ludzi. Wojownicy Światła, mimo że była ich garstka, radzili sobie wspaniale. Dzięki mądremu wykorzystaniu mioteł, byli w stanie walczyć w doskonałych zarówno defensywnych, jak i ofensywnych formacjach, które dodatkowo wzajemnie się ochraniały. Walczyli przy użyciu wszystkiego, co tylko posiadali.
W ten właśnie sposób byli w stanie powstrzymywać coraz to nowsze ataki. Przynajmniej na ten moment.
Liczby nadal były po stronie wrogów: na jednego jasnego czarodzieja przypadało dziesięciu Śmierciożerców.
Na skraju pola bitwy Czarny Pan razem ze swoim wewnętrznym kręgiem obserwował przebieg starcia.
– Pozwól się nam przyłączyć, mój panie. – Bellatriks Lestrange z ledwością powstrzymywała swoją żądzę krwi. W oczach miała szaleńczy błysk.
Wyglądający na mniej więcej dwadzieścia lat czarnoksiężnik zmrużył szkarłatne oczy i poklepał Nagini po łbie. Sprawiał wrażenie tak zrelaksowanego i normalnego, jakby oglądał teatralną sztukę, a nie rzeczywistą krwawą walkę.
– Za wcześnie. Poczekamy. Wierzę jednak, że nadszedł czas na… zmniejszenie liczebności moich sił.
Lord Voldemort nie potrzebował słabych popleczników. Wojna stanowiła doskonałą wymówkę i okazję do reorganizacji – śmierć skutecznie wyeliminuje niekompetentnych.
Wróg był znacznie liczebniejszy. Nierównowaga działała przeciwko nim. Tragiczna sytuacja nie oszczędzała ich nawet na sekundę, żeby choćby zaczerpnąć oddechu. Nie było nawet chwili, by się pomodlić.
– Zrób sobie przerwę, Harry. Przejmę dowodzenie. – Hermiona, która zarządzała ludźmi, nie miała innego wyjścia, jak przyłączyć się do bitwy.
Harry akurat zsiadł z miotły. Gdy go mijała, złapał ją za ramię. W zielonych oczach widać było zaniepokojenie. Zawahał się, ale po chwili skinął głową i uśmiechnął się słabo.
– Bądź ostrożna, Hermiono.
Dziewczyna odwzajemniła gest, a potem odeszła.
Harry zaczerpnął powietrza, próbując stłumić rosnący ból w piersi. Miał wrażenie, że jego wnętrzności zostały zmiażdżone; ciało tak spazmatycznie drżało, że złapał się stołu dowodzenia. Gdyby nie wsparcie twardej powierzchni, czuł, że nie utrzymałby się na nogach i przewróciłby na ziemię.
Skoki w czasie zbierały swe żniwa szybciej, niż przypuszczał.
Uderzył pięściami w stół, a potem zrobił to jeszcze raz, i jeszcze raz – w ten sposób okazywał bezradność i cierpienie. Bardziej niż ktokolwiek inny wiedział, że był w najgorszym z możliwych położeniu. Z tak osłabioną i okaleczoną kondycją, praktycznie rzecz biorąc, był bezużyteczny, ale… i tak potrzebny.
Spróbował wstać.
W szmaragdowych oczach błysnęła gorączka, gdy wrócił myślami do niezbyt odległej mu przeszłości. Przywódcą Śmierciożerców – tym, który tak bardzo chciał się ich pozbyć – był także mały chłopiec, który zaledwie wczoraj zapytał się go „nie możesz jechać ze mną?".
A teraz…? Wydawało się, że wszystkie wysiłki poszły na marne. Nic się nie zmieniło. Jeśli już, to było coraz gorzej.
– Jak śmiesz UKRYWAĆ SIĘ w takim momencie?! – Ostry głos odciągnął Harry'ego od krawędzi rozpaczy i bólu. Z bladą i zdezorientowaną twarzą odwrócił się do intruza, żeby ponownie wejść w tryb bitewny.
Intruz był młodym i porywczym młodzieńcem, którego szaty pokrywała krew sącząca się z rozcięć na buzi i ramionach. Gniewne oczy płonęły godnym podziwu, choć jednocześnie naiwnym, obłudnym poczuciem sprawiedliwości. Gryfońska wrażliwość bez wątpienia nauczyła go, że tylko tchórze pozostają w tyle, podczas gdy prawdziwi wojownicy walczą ze wszystkich sił. Intruz wbił w Harry'ego oskarżycielskie spojrzenie, nie szczędząc przy tym przekleństw.
– Jak śmiesz ukrywać się jak jakaś trzęsidupa, kiedy panna Granger i pan Weasley walczą na polu bitwy?! TY powinieneś być naszym liderem!
Ciężko jest mieć pretensje do uczciwych pasji i młodzieńczej odwagi.
Harry skinął głową i z niemałym trudem wyprostował się.
– Weź miotły. Zbierz ludzi. Wyruszamy natychmiast. – Kiedy się poruszył, przeszła przez niego fala bólu. Zbladł, ale bez względu na to, co działo się z jego ciałem, wiedział, że nie może się poddać.
Wrócił do boju.
Obiektywnie na to patrząc, był lekkomyślnym Gryfonem.
Czarny Pan obracał różdżkę pomiędzy długimi, bladymi palcami. Zawczasu nagrodził się skarbem z grobowca Dumbledore'a. Nie miał żadnych skrupułów, by okradać zmarłych. W rzeczywistości planował przezwyciężyć wszystkie przeciwności – śmierć czy przepowiednię, czy cokolwiek ten stary głupiec myślał, że stanie mu na drodze.
W końcu miał dość oglądania poczynań publiczności. Nadszedł czas, by główny aktor wszedł na scenę i odegrał własną rolę – pierwszy cios wymierzy bezpośrednio w chłopca.
Skierował różdżkę ku gardłu. Zaklęcie sprawiło, że siła jego głosu zwiększyła się do tego stopnia, iż słyszeli go wszyscy na polu bitwy; dudniący śmiech był tak wyraźny i huczny, jak nieoczekiwany grzmot w cichą, spokojną noc.
– Witajcie, Armio Dumbledore'a. Stop. Zróbmy sobie małą przerwę…
Czarodzieje zatrzymali się w miejscu albo z przerażenia, albo z oszołomienia. Nikt nie był głuchy – do każdego uszu dotarł czysty i chłodny głos Lorda Voldemorta; nawet do Harry'ego, który był na granicy świadomości.
– Po pierwsze, przyswójcie ten nieskomplikowany fakt: przegrywacie. – Stwierdzenie to miało przyjemny, rozbawiony wydźwięk. Mężczyzna zaśmiał się cicho. – Jestem dziś w hojnym nastroju. Pozwólcie, że zaoferuję wam umowę – umowę, która jest korzystna tylko dla was i waszych przyjaciół.
Pod wpływem odpowiedniego zaklęcia cała równina została wyciszona. Głośny głos był jedynym źródłem jakiegokolwiek dźwięku na równinie. Oferta braku dalszego rozlewu krwi zdecydowanie była kusząca.
– Jednakże, jak w przypadku każdego układu, musicie zapłacić równowartościowość ceny. Wydajcie mi Harry'ego Pottera a zostaniecie nagrodzeni. Jeżeli to zrobicie, wycofam swe wojska i odejdę; nikt nie zostanie skrzywdzony.
Stojący obok niego Śmierciożercy zmarszczyli brwi na tę decyzję, ale tylko Bellatriks była na tyle szalona, by głośno ją kwestionować.
– Nie, mój panie. To doskonała okazja, by ich wykończyć…
– Nie przejmuj się tym, Bello – odpowiedział nonszalancko Czarny Pan. – Czy to nie zabawna gra? Pozwólmy im wybrać – zdecydują się na zachowanie życia, czy pójdą za swoim drogim Wybrańcem na pewną śmierć? Czy Gryfoni dowiodą swej lojalności? Czy Zbawiciel zdecyduje się poświęcić dla tak zwanych przyjaciół, którzy i tak wkrótce go opuszczą? – Uśmiechnął się okrutnie. – Ach, będę się wspaniale bawił, udając wielkiego złoczyńcę. Wspaniałe show, prawda? Starcie dobra ze złem, odwieczna bitwa… Och, moja cierpliwość jest już na skraju. – W szkarłatnych oczach można było dostrzec szyderczą rozkosz. Miękki, świadczący o radości wyraz twarzy sprawił, iż po plecach Śmierciożerców przebiegł dreszcz podniecenia.
Harry przełknął nerwowo ślinę i mocniej ścisnął trzonek miotły. Zadrżał, choć nie wiedział, czy to z powodu zimna, czy bólu, którego do tej pory nie poznał.
– HARRY! – zawołał tamten porywczy Gryfon. – Harry, nie możesz… nie możesz do niego iść. To musi być jedna ze sztuczek Sam-Wiesz-Kogo!
Ach, młodość i naiwność.
Błysnął uśmiechem, po czym wypruł do przodu, robiąc przy tym kilka ostrych zakrętów.
Walczył z Voldemortem od dziewięciu długich lat. Znał wroga lepiej niż ktokolwiek inny. Natychmiast przejrzał cel mężczyzny.
Młodzieniec miał rację – była to tylko sztuczka. Niestety, nie mógł odmówić złapania się w tę pułapkę; musiał przystać na tę umowę.
Jeżeli nie poszedłby dobrowolnie, a Armia Dumbledore'a nie byłaby zbyt chętna do wydania go, Voldemort nie okaże litości. Ten trzy znaczące elementy łączyły się w idealną klauzurę dla umowy, która jest korzystna dla Czarnego Pana i jednocześnie skuwała Harry'ego ciężkim łańcuchem, tak, by podjął nierealną wręcz decyzję.
Nie było nawet szansy na wygranie tego starcia, więc ugoda jest koniecznością. Należy działać: dobrowolnie, odważnie, zaskakująco.
Musiał stanąć twarzą w twarz z Voldemortem, a następnie uderzyć w najmniej oczekiwanym momencie. Potrzebna była okazja, by dokonać niemożliwego.
Harry musiał zwyciężyć!
Podczas gdy Tom samotnie czekał w domu pod numerem piętnaście, coraz bardziej zawzięty Harry, mierzył się z jego starszym odpowiednikiem. Śmiertelnie blady, stał przed przystojnym, boleśnie znajomym obliczem Czarnego Pana.
Siedemdziesiąt lat wcześniej chłopiec troszczył się o zielonookiego mężczyznę; miał prawdziwą obsesję na jego punkcie. W obecnej chwili darzył go tylko i wyłącznie gorącą nienawiścią, pałał morderczą złośliwością. Nie przypominał chłopca, którym niegdyś był. Nie przypominał dziecka, którego Harry samotnie wychował. Nieczuły Los odebrał Lordowi Voldemortowi wszystkie wspomnienia dotyczące tajemniczego podróżnika w czasie.
– Harry Potter – syknął czarnoksiężnik, rozkoszując się nazwiskiem odwiecznego nemezis. – Witaj, witaj.
Harry wzdrygnął się na dźwięk głosu mężczyzny, choć źródłem dreszczy nie był strach. Klatka piersiowa bolała go przy każdym oddechu – stojący przed nim czarodziej aż za bardzo przypominał adoptowanego syna; ciężko było ich od siebie odróżnić. Szybko uniósł więc różdżkę.
– Sectumsempra! – Zaatakował pierwszy. Nie miał siły na długi pojedynek.
Voldemort nie zamierzał być bierny. Ku Harry'emu poleciał strumień czerwonego światła. Młodszy czarodziej odskoczył w lewo, a zaklęcie minęło go o cal, prawie że ocierając się o ramię. Nagły ruch wywołał kolejną falę bólu, a to że był powolny, nie miało większego wpływu na jej intensywność.
Cholerne Przeznaczenie i przeklęte skoki w czasie!
Nim zdążył złapać oddech, czerwona klątwa uderzyła go prosto w pierś.
– Crucio!
Oczywiście, ulubione zaklęcie torturujące Czarnego Pana.
– No cóż, najwidoczniej muszę nauczyć cię dobrych manier. Czarnomagiczny urok na przywitanie? Zniszczenie mojego drogocennego pamiętnika? – Voldemort potrząsnął głową, po czym zbliżył się do trzęsącego się na ziemi i skamlącego cicho chłopaka. Przez ułamek sekundy blada, udręczona twarz Wybrańca wzbudziła w nim nieznane emocje. Zawahał się i przerwał zaklęcie. Potem z trudem postawił go na nogach. – Oddaj mi medalion Slytherina.
Z nieznanego powodu Czarnemu Panu wyostrzył się umysł – coraz bardziej koncentrował się na tak zwanej słabości. Miał wrażenie, że zapomniał o czymś niesamowicie istotnym. Zaabsorbowanie tego horkruksa było koniecznością; dzięki niemu odzyska to, co utracił – odzyska wszystkie zapieczętowane w nim emocje i wspomnienia.
Niespodziewanie, młodzieniec usłuchał.
Z przeogromnym trudem Harry wyswobodził się z żelaznego uścisku czarnoksiężnika i z wewnętrznej kieszeni wyciągnął srebrny łańcuszek. Na końcu lśniło coś złotego – medalion!
– Dotrzymaj danego słowa, TOM! Wycofaj wojska! – krzyknął, zanim dobrze pomyślał, mocniej ściskając srebro. Błąd uświadomił sobie zbyt późno. Pierś zabolała jak nigdy dotąd – to imię zajmowało w jego sercu specyficzne miejsce.
Z jakiegoś powodu Czarny Pan był zaskoczony wspomnieniem starej, od dawna nieużywanej godności. Serce zaczęło bić mu tak szybko, że był pewien, iż zaraz niespodziewanie się zatrzyma – dzika, rozemocjonowana istota próbowała wyrwać mu się z ciała. W bezruchu wpatrywał się w młodego, bezbronnego Zbawiciela, który wyglądał, jakby najmniejszy powiew wiatru mógł go przewrócić.
Zacisnął usta, zakłopotany nagłą, trudną do wyjaśnienia tęsknotą. Czy… horkruks wyczuwa jego obecność i daje o sobie znać…?
Dusza wrzasnęła, gdy dotknął medalionu. Musiał poznać prawdę. Do działania pchały go chciwość i arogancja. Kierowany podświadomym głodem, zakorzenionym aż w kościach, chętnie wyciągnął srebro z dłoni pokonanego przeciwnika.
Oczywiście, nikt nie spodziewał się, że Wybraniec znajdzie w sobie siłę, by wyprostować się i zaatakować ponownie; by zaszkodzić Czarnemu Panu w jego własnym obozie; by wykorzystać siebie horkruksa jako przynęty. Przystąpił do ataku w momencie, kiedy czarnoksiężnik dotknął łańcuszka.
– Avada… Sectumsempra! – Zacisnął dłoń na różdżce tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie. Instynktownie zmienił zdanie, zwyczajnie nie mogąc użyć… klątwy uśmiercającej. Kierowały nim egoistyczne pobudki, gdyż przed oczami stanął mu obraz ciemnowłosego chłopca sprzed siedemdziesięciu lat.
Urok uderzył Lorda Voldemorta w żołądek; tak bliska odległość zmaksymalizowała szkody. Rozcięcie biegło od dolnego odcinka brzucha, aż do końca lewego ramienia – z ciemnej, ziejącej rany buchnęła, niczym woda z gejzeru, krwistoczerwona krew. Mężczyzna zatoczył się do tyłu. Nawet on nie mógł zignorować otrzymania tak poważnego, niebezpiecznie zagrażającemu życiu, obrażenia.
Tylko Snape znał przeciwzaklęcie – czarnoksiężnik miał pecha, iż nie brał udziału w tej eskapadzie.
Na twarzy Harry'ego pojawił się mały, zwycięski uśmiech. Zanim Śmierciożercy zdążyli jakkolwiek zareagować, zebrał ostatni magicznej mocy, po czym deportował się.
– MÓJ PANIE! – Mrożący krew w żyłach wrzask Bellatriks otrząsnął z osłupienia pozostałych.
Lucjusz podbiegł do Czarnego Pana i spróbował kilku czarów uzdrawiających. Żaden z nich nie zadziałał, krew wciąż płynęła. Malfoy spanikował, bo wiedział, że nawet Lord Voldemort może umrzeć, gdy straci jej wystarczająco dużo.
Czarnoksiężnik doszedł do takiego samego wniosku.
– Odwrót. TERAZ! I przyprowadzić do mnie Severusa! – ogłosił, zaciskając dłoń na medalionie. Nieszczególnie przejmował się niewielkim zwycięstwem przeklętego Harry'ego Pottera. Dzisiejsza porażka tylko wszystko trochę opóźni. Wiedział, że nie podda się i umrze tak łatwo.
Pomimo bólu, skoncentrował się na horkruksie. Tajemnica słabość, o której zapomniał wiele lat temu, znowu znalazła się w jego rękach. Nareszcie mógł poznać prawdę. Instynkt podpowiadał mu, że będzie ona o wiele bardziej istotna, niż początkowo przypuszczał.
