Disclaimer: I don't own Harry Potter.

Słowniczek: wężomowa


I znów. UWAGA - 18+


Rozdział 36

Co to mogło znaczyć?


Wrzesień 1941 r.

Ślizgoni lubowali się w braniu udziału w imprezach i różnego rodzaju spotkaniach towarzyskich. Dla czwartorocznego węża uczestnictwo w takich wydarzeniach było wręcz praktycznie obowiązkiem. W czystokrwistych kręgach czwartoroczni uczniowie byli zachęcani do obrania kierunku własnej przyszłości – odpowiedniego kierunku przyszłości – z odpowiednimi przyjaciółmi u boku oraz odpowiednią podległą sobie mniej szanowaną czystokrwistą rodziną.

Nie było więc nic dziwnego w tym, że Ślizgoni zawsze byli najlepszymi organizatorami zabaw – zawsze wykwintnych i okazałych, pełnych najdroższych napojów i żywiołowej muzyki; zawsze w towarzystwie odpowiednich ludzi.

W lochach mieściły się miejscówki i specjalne komnaty przeznaczone specjalnie na tego typu potrzeby. Ukryty za aksamitnymi zasłonami, kryształowymi witrażami, w nastrojowym świetle błyszczących żyrandoli, trwał tętniący życiem i ekskluzywny wieczorny bal.

Po drugiej stronie sali chłopcy i dziewczęta zbierali się w małe grupki, łatwo więc było wywnioskować, kto był czyim sojusznikiem. Tak się składa, że wszyscy podążali za co najmniej jednym z trzech najpotężniejszych czarodziejskich rodów: za Blackami, za Malfoyami bądź za Prince'ami.

Tom stanowił specjalny przypadek, wyjątek od reguły – postanowił nie opowiadać się po żadnej ze stron. Pomimo ich oczywistego wysiłku, celowo utrzymywał neutralne stosunki z każdą wielką rodziną. Chociaż Abraxas próbował go zrekrutować pierwszego dnia w Hogwarcie, nigdy mu nie dał jednoznacznych wskazówek co do swojej odpowiedzi, tak więc Malfoy ciągle był z tego powodu sfrustrowany.

Tom podniósł wzrok, kiedy podszedł do niego starszy współdomownik z kieliszkiem wina w dłoni.

– Tom Riddle – przedstawił się grzecznie i mocno uścisnął dłoń czarnowłosego młodzieńca. Następnie uniósł wyżej swoje szkliwo w geście uznania; ciemny niczym krew i bogaty w smaku trunek z wdziękiem zafalował.

– Cygnus Black – odpowiedział nowoprzybyły i opróżnił swój kielich. – Ach, słyszałem o tobie, Tom… Reputacja cię wyprzedza.

W istocie, reputacja go wyprzedzała. Wszyscy znali nazwisko Riddle'a, najbardziej obiecującego Ślizgona na roku; najlepszego ucznia Hogwartu: przystojnego, tajemniczego, błyskotliwego, kurtuazyjnego, wyrafinowanego i – owszem, wszyscy byli w temacie tych peanów zgodni – naprawdę, nieodparcie, niezaprzeczalnie doskonałego od małego palca stopy aż do czubka głowy.

A jednak… choć Tom stanowił chodzący ideał, nie posiadał odpowiedniego, godnego uwagi nazwiska. Ta nietypowa sprzeczność sprawiła, że wielki talent, który sobą reprezentował, stał się jeszcze bardziej pożądany. Tom Riddle był najbardziej cenionym sprzymierzeńcem, którego umiejętności niewątpliwie dodawałyby olbrzymiego atutu każdej powszechnie znanej czystokrwistej rodzinie.


Abraxas Malfoy wylegiwał się na kanapie, uważnie obserwując, jak chłopiec porusza się i tańczy z gracją, z łatwością wtapiając się w tłum młodej szlachty. Nagle poczuł presję kryjącą się za uprzejmym uśmiechem współdomownika. Przypomniał sobie, jak zaledwie cztery lata temu ten nieznany nikomu sierota z ponurym wyrazem twarzy i mugolskim pochodzeniem rozpoczął szkolenie na ślizgońskiego kundla; jak był zastraszany, poniewierany i odrzucany przez swoich rówieśników od momentu, w którym ściągnął z głowy Tiarę Przydziału. Mimo przeciwności losu… w ciągu zaledwie czterech krótkich lat – nie, nawet nie czterech – wyrósł na przywódcę Slytherinu, ucznia, którego można podziwiać oraz czarodzieja, o którego względy zabiegają nawet potomkowie trzech potężnych rodów.

Kiedyś Abraxas rzeczywiście chciał przyjąć Toma na służbę, ale teraz, po przekonaniu się, jak chłopiec szybko podporządkował sobie bawiących się w komnacie uczniów, poczuł się nieco zagrożony.

Malfoy potarł skroń i w pełni skoncentrowany, zmrużył oczy.

W ostateczności… kto okaże się panem, a kto sługą…?

Westchnął. Przez cały czas miał świętą rację. Od dnia, w którym przez szybę ekspresu do Hogwartu zobaczył Toma Riddle'a, wiedział że jest w nim coś wyjątkowego.

Młody panie Riddle… Muszę mieć na ciebie oko…


W bardzo uprzejmy sposób Tom pożegnał się z nowym przyjacielem, Cygnusem Blackiem. Nieco poluzował wiązanie krawata i oddalił się od grupy młodych czystokrwistych spadkobierczyń i dziedziców.

Och, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jakie myśli krążyły po ich głowach. Układy, knowanie posunięć; małe sprytne sztuczki, które stanowiły dla niego nic więcej jak dziecinną zabawę.

Poprawił szaty. Wargi chłopca rozciągnęły się w przepięknie serdeczny uśmiech, a oczy zwęziły się, upodabniając do półksiężyców – tak niewiele wystarczyło, aby ukryć chciwość i arogancję. Niech grają w swoje gryostatecznie i tak wszystko będzie należało do mnie. Tom był bowiem dziedzicem Slytherina. Pewnego dnia, gdy nadejdzie odpowiednia pora, sięgnie po swoje (z racji urodzenia) należności i zasiądzie na szczycie, stając się królem.

To tylko kwestia czasu. W pierwszej kolejności należy odzyskać Komnatę, którą pozostawił mu Salazar Slytherin.

– Tom…? Tom? Czy chciałbyś zatańczyć? – Tok myślowy młodzieńca został przerwany przez nerwowo wyglądającą dziewczynę.

Odwrócił się na pięcie i zatuszował wszelki mroczne rozważania, które były widoczne w jego spojrzeniu.

– Ach, oczywiście, piękna pani. Czy uczyniłabyś mi ten zaszczyt i zatańczyła ze mną? – Cofnął się o krok i ukłonił się; prawą rękę skrzyżował na piersi, a lewą wyciągnął w kierunku współdomowniczki. Na twarzy miał nienaganny uśmiech, posturę idealną, a etykieta nie budziła żadnych zastrzeżeń.

Bez cienia wątpienia Harry byłby bardzo zaskoczony, będąc świadkiem pewności siebie i płynności ruchów adopcyjnego syna; nie zadbał o jego taneczne wychowanie.

Podczas gdy pary kołysały się na parkiecie, zespół grał łagodną i spokojną muzykę.

W jasnym balowym świetle młodzieniec zachowywał się niczym prawdziwa gwiazda, kręcąc oszołomioną partnerką zarówno ze sprawnością sportowca, jak i delikatnością kochanka. Czarna, dopasowana do ciała odświętna szata dobrze na nim wyglądała oraz zwracała uwagę na szczupłość i wzrost Ślizgona. Kiedy Tom Riddle czegoś pragnął bądź chciał komuś zaimponować, był elegancki, pełen gracji oraz zniewalająco olśniewający; nigdy nie zawiódł. Kiedy zaszczycał wzrokiem towarzyszkę, ta miała wrażenie, że hałaśliwy świat dookoła znikał, pozostawiając parę samą sobie; atmosfera stawała się intymna i niecodziennie prawdziwa.

Tom Riddle był rzadkiego rodzaju mężczyzną, któremu nie potrafiła się oprzeć żadna kobieta.

– Z przyjemnością spędziłem trochę czasu z tak piękną damą – oświadczył po tańcu z błyszczącymi psotnie oczami. Fałszywe komplementy spływały z jego ust niczym słodki miód.

Zanim Tom w końcu usiadł obok Abraxasa, przetańczył kilka kawałków z trzema dziewczętami.

– Hmm… Ktoś tu na pewno jest popularny – drażnił się blondyn.

Riddle wzruszył ramionami. Rozwiązał krawat i odrzucił go na bok. Potem jednym haustem wypił zimnego drinka i oparł się plecami o wygodną kanapę.

– Poczekaj, aż doświadczysz prawdziwej przyjemności płynącej z dotykania ciała dziewczyny – miękkich piersi, szczupłej talii, wrażliwych ud… – Abraxas wbił wzrok w sufit i uśmiechnął się głupio, zupełnie jakby na nowo przeżywał niektóre ze swoich… przyjemnych doświadczeń.

Tom przewrócił oczami. Cóż, wiele słyszał o dziedzicu Malfoyów i jego barwnych wybrykach.

Zauważając brak zainteresowania seksualnym tematem rozmówcy, Abraxas odwrócił się i ze znudzeniem wydął wargi. Wtem usiadł prosto i pomachał ręką do kulącego się w rogu sali nerwowego chłopaka.

– Podejdź tutaj, Ovi! – zawołał, z rozmysłem ignorując niechęć współdomownika.

Ovidius Parkinson nigdy nie lubił przyjęć. Zazwyczaj unikał ich tak bardzo, jak tylko mógł i zwykle nikt nie tęsknił za jego towarzystwem, ponieważ nie był nikim ważnym w ślizgońskiej hierarchii; co najwyżej nieistotnym członkiem rodu w pełni podległego Malfoyom.

Tom obserwował zbliżającego się Ovidiusa. Zamarł w miejscu, skupiając się na jego sylwetce.

Parkinson nie był szczególnie atrakcyjnym młodzieńcem. Co najwyżej, rysy twarzy miał miękkie i delikatne, ale z daleka było w nim coś wyjątkowego. Był szczupły i ciemnowłosy – głowę zdobiły mu niechlujne, nieokiełznane kosmki, przywodzące na myśl ptasie gniazdo.

– Cześć, Tom. – Powitanie chłopca było zwyczajnie słabe, a cera niezdrowo blada.

– Podejdź bliżej. – Abraxas odchylił się do tyłu. Rozłożył ręce na oparciu sofy i skinął głową na swego wasala, rzucając mu złośliwe, choć wymagające spojrzenie.

Z twarzy Ovidiusa odpłynęły wszystkie kolory. Chociaż był młodszy od Malfoya o zaledwie rok, wyraźnie się go obawiał.

– Ale… ale… Tom wciąż… tu jest… – zaprotestował słabo.

Tom był zdezorientowany, ale nie zamierzał się korzyć i oferować nikomu prywatności.

Abraxas spojrzał na Ovidiusa ostrzegawczo, na co ten zdenerwował się jeszcze bardziej. Usta Ślizgona zadrżały, a on sam po chwili wewnętrznej walki wbił wzrok w zdecydowanie odległy Tomowi punkt, po czym wdrapał się na kolana blondyna.

– Grzeczny chłopiec. – Abraxas gwałtownie chwycił młodszego kolegę za tył głowy i przyciągnął do siebie, łącząc ich usta. Potem, wciąż przyciskając go kurczowo do piersi, odwrócił się w stronę Riddle'a i wyjaśnił sedno sprawy. – Ojciec sprezentował mi go latem… jako dar dobrej woli – mam nadzieję, że rozumiesz…

Tom spojrzał na nich z zaciekawieniem, a po chwili obserwacji zmrużył oczy. Coś w tej scenie sprawiło, że jego krew zawrzała. Wtem w głowie zaświeciła mu się odkrywcza żarówka, niosąc za sobą ciche zadowolenie. A więc dwóch mężczyzn… także może robić takie rzeczy…? Nowy pomysł sprawił, że serce chłopca przyspieszyło swój rytm, a w gardle zaschło.

Oblizał wargi.

– Myślałem, że… gustujesz w delikatnych i szczupłych dziewczętach. – Spojrzał wprost na rozmówcę i zadbał, aby jego głos był nienatarczywy i nonszalancki.

– Owszem, ale… delikatni i szczupli chłopcy również dostarczają sporo rozrywki. – Abraxas wzruszył ramionami i przyciągnął Ovidiusa jeszcze bliżej. W dość sugestywny i dokuczliwy sposób, przeczesał palcami niechlujne loki swojej maskotki.

Z jakiegoś niezrozumiałego powodu ten gest piekielnie rozdrażnił Toma. Przez dłuższą chwilę po prostu siedział na kanapie i wpatrywał się w ten obraz: było coś niepokojącego w tych palcach wplątanych w znajome kruczoczarne gniazdo.

W pewnym momencie Abraxas tak mocno pociągnął Ovidiusa za włosy, że głowa chłopca odchyliła się do tyłu; w konsekwencji odsłonięte zostało blade, wrażliwe gardło. Chociaż Parkinson nie był wybitnie piękny, młodość była darem, który mógł usunąć wszelkie skazy. Kropla potu spłynęła po jego bladej skórze, po odstającym jabłku Adama i po wgłębieniach linii obojczyka. Oddech Ślizgona był krótki i ciężki – najprawdopodobniej ze strachu i zawstydzenia – ale sprawił też, że drobne linie nierówności na gardle drżały w zupełnie niekontrolowany sposób. Tom się gapił. Widok był… dziwnie uwodzicielski.

– Tak się zastanawiam… – Nagle przerwał i chwycił Ovidiusa za ramiona; w międzyczasie w jego wzrok zmienił się – przywodził na myśl okrutne, mroczne spojrzenie wygłodniałego wilka. – Miałbyś coś przeciwko… oddaniu mi go?

Prośba wydawała się zaskoczyć Abraxasa. Podczas bezsłownego oceniania Toma, uniósł zaintrygowany brew. Ostatecznie uśmiechnął się złośliwie.

– Och? I tu mnie masz. Odniosłem wrażenie, że w ogóle nie jesteś zainteresowany seksem... Oczywiście, mogłem być w błędzie… Może podszedłem do tego temat od niewłaściwej strony…?

Nie było wątpliwości, że Abraxas, który chciał zrekrutować Toma, nie odrzuciłby tak banalnej prośby. Uśmiechnął się otwarcie, a potem zrzucił Ovidiusa z kolan i popchnął go w stronę Riddle'a.


Ovidius podążył za Tomem z powrotem do dormitorium, chociaż wyściubił z niego nos dopiero piętnaście minut temu.

– Dziękuję za pomoc, Tom… – Przystanął przy łóżku współlokatora i przyjął skruszoną postawę. – Bardzo cię przepraszam, naprawdę. Za to, że szpiegowałem cię na polecenie Malfoya… Naprawdę, bardzo mi…

Tom się odwrócił. W międzyczasie zdążył już zdjąć z siebie szatę wyjściową i był w trakcie rozpinania guzików koszuli, którą miał pod spodem. Sprawnym ruchem poluzował kołnierzyk, czym odsłonił bladą, lecz umięśnioną klatkę piersiową.

– Hm, czy jesteś Gryfonem…? – Spojrzał na Ovidiusa szyderczo. – Powinieneś już wiedzieć, dlaczego ci pomogłem. – Pomimo faktu, iż obaj mieli dopiero po czternaście lat, Tom, który miał metr siedemdziesiąt wzrostu, był wyższy od kolegi o głowę.

Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, Riddle pochylił się i wpił się w usta Ovidiusa. Pocałunek był niezdarny i nie cechowała go jakakolwiek delikatność; był za to brutalny i nosił ślady zębów. Nie przypominał pocałunku z prawdziwego zdarzenia, a agresywne, gniewne ugryzienie zwierzęcia…

Na siłę przeciskając język poprzez zęby chłopca, nie starał się być łagodny bądź kochający. Naśladował Malfoya. Pocałunek był namiętny – niegrzeczny, bezpruderyjny i kąśliwy, ale pozbawiony przyjemności i dreszczyku emocji.

Zanim Ovidius zdążył zareagować, Tom pospiesznie się odsunął. Zmarszczył brwi i wytarł kciukiem usta. Nie podobało mu się śliskie uczucie śliny drugiego chłopca na własnych wargach.

Czuł się… źle. Czegoś w tym brakowało.

Riddle zastanowił się nad bladym, zapłakanym Ślizgonem, zmrożonym naprzeciwko niego. Wydał z siebie niezadowolone mruknięcie, a potem się odwrócił.

Ovidius był niewystarczający; niewystarczająco dobry, silny, uparty i ciepły.

Co za nuda… Jakież to rozczarowujące…

Zupełnie straciwszy zainteresowanie, młodzieniec odwrócił się na pięcie i opuścił dormitorium.


Umysł Toma wypełniała dziwna przyjemność i pulsujące ciepło.

Bardziej zatopił się w sennych marzeniach, a potem – powoli – zaczął widzieć ciało rozciągnięte pod nim ciało: nagie, perfekcyjne, piękne i zapierające dech w piersiach. Skóra była jakby z kości słoniowej, lśniąca tajemniczym urokiem, który sprawiał, że po brzuchu rozchodziło się przyjemne ciepło. Krzywizna pleców, ramienia…

Tom nie mógł się powstrzymać od wyciągnięcia ręki i pogłaskania tej miękkiej, jędrnej skóry. Kiedy z niecierpliwością zwiększył nacisk, dobiegł go niski, przytłumiony jęk – inny od wszystkich. Kusicielski. Ochrypły. Półgłośny. Zupełnie niepodobny do tych uwodzicielskich odgłosów, które celowo wydawały z siebie dziewczyny Abraxasa. Ten jęk był niski i dudniący – przypominał zdziwiony cichy okrzyk bólu, stłumione sapnięcie zwierzęcia, które długo znosiło cierpienie.

Ten dźwięk sprawiał, że krew chłopca gotowała się z pragnienia.

Członek Toma był twardy, pulsujący i owinięty w coś miękkiego, wilgotnego i niewiarygodnie gorącego. Bardziej instynktownie niż racjonalnie młodzieniec zaczął kołysać biodrami w przód i w tył; z początku delikatnie, a potem niczym szaleniec.

– Tom... – wyjęczał chrapliwy głos; z całą pewnością nie należał on do dojrzewającego chłopca.

Zanim Riddle zdążył cokolwiek powiedzieć, poczuł, że jego ciało porusza się samo. Pochylił się i przycisnął usta do karku, a nim minęła chwila, gryzł i ssał miękką skórę niczym bawiący się zdobyczą wampir. Wtem usłyszał własne mamrotanie…

– Harry. Harry. Harry…

Tom się obudził. Obrazy z wyobraźni rozproszyły się w białe chmury, a następnie w sufit dormitorium.

Wszystko było snem.

Usiadł i sięgnął do bokserek – były zabrudzone.

Młodzieniec wbił wzrok w mleczną, osiadłą na dłoni substancję. Niespodziewanie, jego serce zabiło mocniej, a oczy niebezpiecznie pociemniały.

Co to mogło znaczyć…?