Disclaimer: I don't own Harry Potter.
Słowniczek: wężomowa
Rozdział 40
Kilka milimetrów od prawdy
9 września 1942 r.
Hogwart całkowicie utonął w emocjach związanych z Turniejem Trójmagicznym, a wyjątkowo piękna i słoneczna pogoda tylko zwiększała powszechny entuzjazm. Dający się ponieść tej fali uczniowie wesoło szczebiotali przed lekcją.
– Po zajęciach chcę się pojedynkować! – zakomunikował energicznie wszem wobec bliżej nieznajomy chłopiec, a zbliżające się zawody dodatkowo rozpaliły jego wojowniczą naturę. Po ogłoszeniu przez dyrektora nadchodzącego wielkiego wydarzenia klub pojedynków zyskał znacznie większą popularność. Żywa, choć jednocześnie spokojna szkoła, wypełniona inteligentnymi uczniami i uczennicami, również dała się ponieść szumowi i zabawowej atmosferze.
Wszystko wskazywało na to, że powszechny nastrój był tak jasny, niczym cudownie niebieskie bezchmurne niebo.
Mimo to zawsze istniała osoba, która nie chciała doświadczyć promieni słonecznych. Nawet bezpośrednie światło nie może rozwiać otaczającej człowieka i czającej się we wnętrzu ciemności. Co gorsza, służyło to jedynie rozrostowi pokręconej psychiki i przyspieszaniu prędkości niszczejącej duszy.
Tom nienawidził światła – zwłaszcza gdy był w szczególnie ponurym nastroju, a bezceremonialna z nim styczność sprawiała, że był na skraju utraty kontroli.
Wszystko wokół było takie promienne, jaskrawe i błyszczące, lecz oczy chłopca sprawiały wrażenie posępnych, pełnych złych myśli. W przeciwieństwie do innych wcale nie był szczęśliwy. Nie mógł nic poradzić na to, że rozpierała go ochota na unicestwienie wszelkich uśmiechniętych i wesołych ludzi; zamiany radości w strach.
W szkole uczniowie nie byli sami – towarzyszyli im inni.
Albus Dumbledore i… Harry Potter.
Tom zachichotał cicho, a dźwięk ten łagodnie zadźwięczał współdomownikom w uszach. Stojący obok Cygnus, przymrużył powieki i spojrzał na niego kątem oka. Wygląda na szczęśliwego, o ile nie skrzyżowało się z nim spojrzenia, podsumował Black. Choć oczy Riddle'a nie mogły stać się ciemniejsze, promieniował z nich mrożący krew w żyłach chłód.
Harry Potter. Tom znów się roześmiał. Myślał, że dobrze zna adopcyjnego ojca, ale najprawdopodobniej znał zaledwie jego nazwisko – jedyną prawdziwą rzecz w całej tej farsie. Mimo to mieszkali ze sobą przez ponad dekadę, a to z kolei sprawiało, że być może nadal był tym, który wiedział o nim najwięcej.
Uniósł dłoń i potarł oczy, na chwilę chroniąc swą duszę przed światłem wpadającym przez wielkie okno. Powoli zaczynał dochodzić do absurdalnych, bezpodstawnych wniosków.
Wydawało mu się, że zna Harry'ego, ale im bardziej się nad tym rozwodził, tym więcej odnajdywał niespójności. Miał taki mętlik w głowie, że zaczynało w niej kiełkować podejrzenie, iż nawet tożsamość opiekuna nie jest prawdziwa.
Nazwisko „Potter" nie jest niezwykłe ani w czarodziejskim świecie, ani w mugolskim. Niemniej jednak w drzewie genealogicznym rodu Potterów nie widnieje żaden Harry. Czy był to tylko zwyczajny zbieg okoliczności?
Tom Riddle w to nie wierzył.
Harry nie pochodził z magicznego rodu i nigdy nie uczęszczał do Hogwartu – a przynajmniej tak powiedział Joan. W takim bądź razie, dlaczego Ślizgon pamiętał, że gdy miał jedenaście lat, opiekun z roziskrzonymi oczami i marzycielskim uśmiechem na rozanielonej twarzy opowiadał mu o pięknie i majestacie szkoły? Tego typu nastawienie nie mogło być wynikiem przeczytania „Historii Hogwartu".
Harry Potter.
Tom pragnął dotrzeć do serca pełnego fałszu mężczyzny, który go wychował oraz przejrzeć wszystkie jego kłamstwa i sekrety.
Profesor Binns wleciał do wnętrza klasy i gestem nakazał zająć miejsca siedzące. Z czystego nawyku uczniowie zaczęli siadać na ulubionych krzesłach, gdzie bez większego problemu mogli położyć głowy na ławce i zapaść w sen.
– Podczas ostatniego egzaminu część uczniów zdawała się mylić gobliny z elfami. – Głos nauczyciela był monotonny i nużący, a sam duch nawet nie zwracał uwagi na pierwszych śniących; nie było nawet pewne, czy w ogóle zauważył swą publikę. – To dwa różne gatunki. Elfy starzeją się znacznie wolniej i aby zobaczyć najmniejsze zmiany w wyglądzie zewnętrznym, trzeba czekać minimum dwie lub trzy dekady. Gobliny z kolei starzeją się szybciej od czarodziejów, przez co często mają pomarszczone, brzydkie twarze…
– Profesorze? – Ktoś przerwał monolog Binnsa. Po dziesięcioleciach braku interakcji w klasie duch zamrugał ze zdziwienia i natychmiast odwrócił się w kierunku źródła zakłócenia wykładu.
Ach, znał tego ucznia. Mimo że jego zadaniem jako nauczyciela było przekazywanie wiedzy z zakresu historii magii, szczycił się także tym, że rozróżniał ludzi, którzy przemierzali szkolne korytarze. Tom Riddle jest inteligentnym młodzieńcem.
– Proszę mi wybaczyć, jestem tylko ciekawy. – Ślizgon zamilkł, a jego obsydianowe oczy zamigotały w świetle słonecznym. – Czy czarodzieje są w stanie opóźnić proces swojego starzenia się? Tak, aby przeżyć dekadę bez żadnych widocznych zmian?
Binns sprawiał wrażenie oszołomionego.
– Od ponad tysiąca lat czarodzieje i czarownice próbują zachować lub odzyskać swą młodość. Sama Rowena Ravenclaw przy pomocy najróżniejszych mikstur kosmetycznych potrafiła lekko opóźnić proces starzenia się, ale nie dała rady osiągnąć więcej w tej sprawie. – Uśmiechnął się po chwili milczenia. – Może pan podpytać profesora Slughorna; jest bardziej rozeznany w takich rzeczach. Ach, wróćmy do tematu lekcji – porozmawiamy teraz o…
Tom opuścił wzrok, natychmiast się wyłączając. Wyczerpał swoje zainteresowanie. Za każdym razem, kiedy spróbował rozgryźć Harry'ego, żeby lepiej go zrozumieć, coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, iż opiekun jest nierealny; że stanowi zaledwie złudny zmaterializowany byt.
Zajęcia się skończyły i pozorne zaklęcie senności rozwiało się w powietrzu. Podczas gdy Binns wyleciał z klasy, uczniowie podnieśli z blatów głowy i przeciągali się, rozciągając zesztywniałe mięśnie.
Cygnus podszedł do Toma.
– Wybierasz się do klubu pojedynków?
Riddle uporządkował swoje notatki, po czym uśmiechnął się do współdomownika.
– Obawiam się, że nie. Mam następną lekcję.
– Jaką?
– Starożytne Runy – odpowiedział. Zapiął torbę, zawiesił ją na ramię i wyszedł z klasy.
Chłopcy i dziewczęta maszerowali ramię w ramię, a Tom minął ich wszystkich. Po korytarzu niósł się śmiech – uczniowie kierowali się do głównego wyjścia, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Ślizgon miał ważniejsze od bawienia się rzeczy na głowie, tak więc niezrażony szedł na następne zajęcia. Nie zwracał uwagi na otaczające go rzeczywistość, a plecy miał dumnie wyprostowane.
– Witaj, Tom. – Stojący na podium profesor uśmiechnął się szeroko, gdy chłopiec wszedł do mało zaludnionej sali. – Byłem pewien, że ominiesz mój przedmiot, podobnie jak twoi koledzy. Jestem zaskoczony, że przyszedłeś. – W oczach nauczyciela dało się dostrzec nagły przypływ entuzjazmu. – Runy, które mi dałeś ostatnim razem, są naprawdę zdumiewające!
– Co oznaczają? – Spojrzenie młodzieńca nabrało ostrości, a kąciki czerwonych ust uniosły się w wyrazie uśmiechu.
Zamiast rozpocząć lekcję, profesor szybko otworzył leżącą na blacie biurka książkę i wyciągnął z niej kawałek pergaminu. Na papierze nakreślone zostały dwie lub trzy linie, poskręcane niczym starożytne hieroglify: runy.
Gdyby Harry tu przyszedł, czekałaby go niespodzianka. Te runy zdobiły wisior, który nosił na szyi.
– Ta runa jest najczęściej używana przy zmieniaczach czasu. – Nauczyciel wskazał jeden ze znaków.
Nastolatek zmarszczył brwi.
– Słyszałem o nich, ale żadnego nie widziałem.
– Przyjrzyj się tej części. Nie potrafię tego zrozumieć. – Profesor zwrócił uwagę Toma na pozostałe symbole. – Przekartkowałem wszystkie książki z mojej biblioteczki, ale nigdzie nie mogę znaleźć podobnego zapisu. Te runy, o ile wiem, są znacznie bardziej zaawansowane niż te, których nauczam. Powiedziałbym nawet, że pochodzą z o wiele lepiej rozwiniętej epoki. To zupełnie tak, jakby Merlin pojedynkował się przy pomocy różdżki, a nie swojego kostura*. Niestety, nie mogę ci pomóc w tej łamigłówce. Możesz skontaktować się z pracownikami Ministerstwa; być może pozwolą ci obejrzeć runy, które są używane przy podróżach w czasie. – Uśmiechnął się pokrzepiająco. – Ach, spóźniłem się z rozpoczęciem zajęć. – Mężczyzna pomachał dłonią, gestem nakazując Tomowi zajęcie miejsca.
Podróż w czasie?
Chłopiec usiadł w rogu klasy i z największą ostrożnością zaczął wymieniać w myślach wszystkie szczegóły związane z osobą adopcyjnego ojca, które wydały mu się niegdyś dziwne.
Dwie identyczne różdżki. Fakt, że Harry w ogóle się nie starzeje. Podobieństwo do Charlusa Pottera. Pozorny brak powiązania z rodem Potterów. Niezwykle powolne zasklepianie się ran. Armia Dumbledore'a. Dziwaczna srebrna klepsydra… Podróż w czasie…
W końcu uderzyło w Toma zrozumienie. Nadal nie miał jednoznacznego dowodu, ale wszystkie te pomniejsze jasno wskazywały na tylko jeden prosty wniosek.
Harry nie miał pojęcia, że podopieczny odkrył prawdę, ale wiedział, że chłopiec był blisko. Joan także zaczęła zachowywać się ostrożnie.
– Naprawdę nigdy wcześniej nie byłeś w Hogwarcie? – Kobieta zmarszczyła brwi, a w jej zazwyczaj obojętnych i spokojnych oczach, dało się dostrzec iskrzącą podejrzliwość.
– Nie – odpowiedział z roztargnieniem czarodziej i natychmiast wszedł w cień.
Joan trzymała język za zębami, nie ufając samej sobie; bała się odpowiedzi, której mogłaby udzielić.
Harry był kłamcą.
Skoro nigdy wcześniej nie odwiedził Hogwartu, to jakim cudem zawsze znajdował doskonałą kryjówkę za każdym razem, gdy na horyzoncie pojawiał się Tom?
Teraz było podobnie. Bez słowa patrzyła, jak Harry się ukrywa, wiedząc, że Tom Riddle był gdzieś w pobliżu. Czy był także świadom silnego pragnienia chłopca do posiadania go i kontrolowania? Joan była poza ich interakcjami i mogła swobodnie przyglądać się tej dwójce; wcieliła się w rolę bezstronnego obserwatora.
Po jednej stronie usytuował się agresywny Tom Riddle, wywierając coraz to mocniejszy nacisk i odbierającą dech w piersiach presję, posługując się jednostronną furią. Po drugiej stronie zaś w pogotowiu stał Harry Potter, ostrożnie narzucając odpowiednią odległość na polu bitwy.
– Chowasz się przed nim już od tygodnia – powiedziała Joan, chcąc złagodzić rosnące między ojcem a synem napięcie. – Chcesz dalej kontynuować tę zabawę?
Harry nie odpowiedział.
Nie wiedział. Najzwyczajniej w świecie chciał dać Tomowi czas na uspokojenie się i ochłonięcie.
Nie mógł nic poradzić na to, że zaczął się martwić, iż młodzieniec już zrobił pierwszy krok w stronę stworzenia horkruksów. Nie był pewien, w jaki sposób mógłby odciągnąć od tego chłopca. Na ten moment pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że rzeczy potoczą się inaczej.
– Profesor Slughorn urządza jutro jedną ze swoich imprez. Idziesz, Tom? – zapytał Abraxas Malfoy, wchodząc do Pokoju Wspólnego Slytherinu.
Riddle zamknął czytaną przez siebie książkę, po czym spojrzał na współdomownika.
– A kto się wybiera?
– Ludzie, którzy mają według niego szansę na świetlaną przyszłość. – Malfoy założył platynowy kosmyk włosów za ucho.
Tom przymrużył powieki.
– Mrużysz oczy. – Abraxas uważnie przestudiował mimikę twarzy młodszego kolegi. – Wiem, że coś planujesz.
– Pójdę z tobą. – Chłopiec przybrał mroczny wyraz. Potrzebował czegoś, a Slughorn mógłby udzielić mu zadowalającej odpowiedzi. Nagle przyszedł mu go głowy pewien pomysł. – Czy masz możliwość zdobycia dla mnie Felix Felicis?
– Owszem, dlaczego?
Tom ponownie otworzył książkę. Spojrzenie miał zimne niczym lód.
– Intuicja podpowiada mi, że bez niego mój plan byłby trudniejszy do zrealizowania.
Czas mijał w uporządkowany sposób. Nie można było dowolnie manipulować historią i, co ważniejsze, nie można przewidzieć przyszłości.
* Wg informacji z Pottermore, Merlin nie posługiwał się kosturem, a różdżką. Została stworzona najprawdopodobniej w Średniowieczu (w epoce, w której się urodził) i wykonano ją z angielskiego dębu, który jest idealnym materiałem na różdżkę „na dobre i na złe" oraz wyposaża właściciela w siłę, odwagę i wierność. Co więcej, dębowa różdżka charakteryzowała się świetną intuicją, a jej posiadacz dobrze się czuł w obecności magicznej flory i fauny. W tekście użyłam słowa „kostur", bo wg niektórych mitów Merlin był Druidem bądź wychował się wśród nich – moim zdaniem lepiej to brzmi aniżeli „pojedynkował się przy pomocy laski"
