Disclaimer: I don't own Harry Potter.
Słowniczek: wężomowa
Rozdział 41
Ojciec
10 września 1942 r.
Głośny trzask wrócił Harry'ego do rzeczywistości. Lekko zdezorientowany, poprawił okulary. Wtem jego uwagę przykuła uśmiechnięta twarz kolegi sędziego, Alphonse'a.
– Przepraszam, że cię obudziłem. – Mężczyzna się zaśmiał i podrapał po głowie.
Harry mimowolnie się uśmiechnął. Tullson wręcz emanował radością, która była zaraźliwa.
– Co dziś porabiasz? – zapytał Alphonse. – Jeżeli nic sobie nie zaplanowałeś, to może stoczymy mały pojedynek?
– Jasne – zgodził się z przyjemnością Harry.
Na ten moment nie było w sali za dużo osób – najprawdopodobniej dlatego, że większość uczniów uczestniczyła w zajęciach. Harry nie był zbyt dobrze zaznajomiony z komnatą, w której się znajdowali, niemniej jednak to tu stoczył swój pojedynek z Malfoyem na drugim roku nauki w szkole. W tamtym czasie to starcie wydawało mu się szczególnie ważne, ale teraz, z perspektywy czasu, mógł się tylko śmiać ze swojej dawnej dziecięcej naiwności.
– Dobra robota! – dopingował pojedynkowiczów Alphonse, czym zwrócił uwagę Harry'ego na podwyższenie.
Walczyło dwóch starszych uczniów – różdżki odrzucili na bok. Nie minęła sekunda, nim jeden z nich przycisnął ramię do szyi przeciwnika, triumfalnie kończąc tym samym pojedynek.
– Pojedynkowali się bez różdżek? – Harry był zdumiony.
– Tak – odpowiedział podekscytowany Alphonse. – Walka w zwarciu jest bardzo ważną częścią edukacji młodych czarodziejów. – Uśmiechnął się szeroko. – Cóż, nasza kolej! – Praktycznie podskakiwał w miejscu. Ewidentnie nie mógł się doczekać, aż dwa poprzednie starcia się zakończą. Nie przedłużając, złapał Harry'ego za rękę i pociągnął w kierunku sceny.
Tom stał w pobliżu podwyższenia, a towarzyszył mu Cygnus Black. Z pozornym spokojem obserwował, jak dwaj mężczyźni przyjmują postawę bojową i się przygotowują.
Był to pierwszy raz, gdy widział, jak Harry w rzeczywistości walczy. To starcie w niczym nie przypominało tej sytuacji, kiedy uciekali przed bombardowaniem w Londynie; tu nie było realnego niebezpieczeństwa. Kontrolę trzymał Harry. Walka była piękna, wręcz olśniewająca.
Tom nigdy nie widział tak energicznego napastnika. Każdy pojedynczy ruch różdżki był w pełni przemyślany i wymierzony; nie marnował żadnej okazji. Jaskrawozielone oczy były rozżarzone i skoncentrowane. Wszyscy w komnacie nie mogli oderwać od niego wzroku. Harry bezwiednie zwracał na siebie uwagę dzięki emanującej wokół pewności siebie i poczuciu siły; nie musiał się wysilać, żeby zabłyszczeć.
Młodzieniec nieświadomie zmrużył oczy. Przyzwyczaił się do obserwowania Harry'ego. Szukanie słabości tego człowieka było uzależniające. Po dłuższej chwili przeniósł spojrzenie na drugiego pojedynkowicza. Alphonse Tullson, przypomniał sobie. Podobnie jak Harry był sędzią w Turnieju Trójmagicznym z ramienia Ministerstwa Magii.
Sprawiał wrażenie szkaradnego mężczyzny.
– Obydwaj są niesamowici! – Cygnus wydał z siebie zachwycone westchnięcie. Z błyszczącymi od podziwu oczami przyglądał się różnorodnej kolorowo gamie rzucanych zaklęć. Był zupełnie nieświadomy myśli współtowarzysza.
Harry w końcu dostrzegł lukę w obronie Alphonse'a i nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, rzucił Expelliarmusa. Przeciwnik zareagował zbyt późno. W ostatnim wysiłku, tuż przed tym, jak uderzyło w niego zaklęcie, spróbował się odwrócić. Urok trafił go prosto w rękę. Różdżka wyślizgnęła mu się z dłoni i odleciała hen daleko w kierunku widowni, poza podwyższenie sceny. Harry zwyciężył.
– Wygrał! – Cygnus nie mógł się powstrzymać od rzucenia Potterowi żarliwego spojrzenia – po części z ciekawości, którą poczuł, mogąc przestudiować twarz mężczyzny z bliska. Podobnie jak przed nim Abraxas Malfoy, zapytał współdomownika: – Merlinie, czy on naprawdę jest twoim ojcem? Wygląda tak młodo.
Harry nie spodziewał się, że Tom będzie pośród widowni. Nie przyglądał się szczególnie otaczającym go uczniom, tak więc nie dostrzegł stojącego w pobliżu Ślizgona. Z platformy zszedł trochę zdyszany. Wtem nieoczekiwanie objęło go mocne ramię.
– Świetnie się spisałeś, chłopcze! – Alphonse nie mógł już chyba się mniej przejmować wilgotną szyją, bądź włosami kolegi, ponieważ ochoczo sięgnął ku ciemnym kosmykom i potargał i tak roztrzepaną czuprynę młodego mężczyzny. Gdy był zadowolony z efektu tarcia, wypuścił współpracownika z uścisku.
Alphonse oraz Ron byli do siebie bardzo podobni, zarówno pod względem uśmiechu, jak i mowy ciała; dzielili tę samą prostolinijną naturę. Z powodu tych wszystkich podobieństw Potter nie czuł obrzydzenia, kiedy dotykał go spocony Tullson.
W odpowiedzi wyszczerzył się radośnie.
Był to pierwszy raz, gdy Tom uznał uśmiech Harry'ego za brzydki.
Z wyjątkiem ogłoszenia o Turnieju Trójmagicznym, Riddle nie widywał swego opiekuna na terenie szkoły. Zamek nie był zatrważająco przeogromny, a jednak mężczyzna pozostał niezauważony przez tak podejrzanie długi okres czasu. Nawet Ovidius, który próbował się ukryć przed Tomem, nie wytrwał tyle i parokrotnie nieuważnie skrzyżował z nim ścieżki. Mimo to Ślizgon nigdy nie spotkał się z Harrym na korytarzu. Jakim cudem? Im bardziej czarodziej uciekał się do sprytnych sztuczek, tym bardziej się odsłaniał.
Wrześniowa pogoda sprawiała, że ludziom było ciepło i się pocili. Po zakończonym starciu obaj pojedynkowicze byli cali mokrzy, a mimo to wciąż stali bardzo blisko siebie. Harry unikał Toma, ale nieprzyjemnego, rozgrzanego i spoconego mężczyzny, z którym stanął na scenie już nie?
Riddle wbił twardy wzrok w swojego opiekuna i znów zmrużył oczy. Skupił się na ramieniu zaciśniętym wokół jego szyi. Wtem przez myśl Tomowi przeszło, aby oprzeć głowę na ramieniu Harry'ego, gryźć i lizać najbardziej wrażliwe na pieszczoty miejsca. Nie pominąłby nawet cala nieodsłoniętej, gładkiej i delikatnej skóry; oznaczyłby ją całą.
Alphonse Tullson miał czelność dotknąć tak niedostępnego dla Toma terytorium. Stał na tyle blisko, że z pewnością czuł ciepło ciała towarzysza! Tom wziął głęboki, uspokajający oddech. Sama myśl, że ktoś śmiał dotknąć jego mężczyzny sprawiła, że poczuł się wyjątkowo zaborczy.
Alphonse wyszczerzył się i raz jeszcze przytulił do siebie Harry'ego, co ten znów skomentował uśmiechem.
Tom natychmiast znienawidził tę ich bliskość.
W odczuciu Ślizgona nikt wokół nie powinien być szczęśliwy, gdy on jest w złym nastroju – kiedy Harry stroni od jego towarzystwa, nikt nie powinien mu towarzyszyć. Skoro istniały między nimi takie bariery, kiedy stąpali po cienkim lodzie, to niby jak mógłby tolerować osobę trzecią?
Aż go skręcało w środku, więc przeszedł do ataku. Uśmiechnął się niedbale i wszedł w pole widzenia swego adopcyjnego ojca.
Cygnus nie miał czasu zapytać, co robi współdomownik i jedyne, co mógł zrobić, to pospieszyć za nim.
– Harry – przywitał się uprzejmie Tom.
Potter spojrzał na młodzieńca i coś dostrzegł w jego radosnej twarzy – w obsydianowych oczach można było zauważyć złośliwe ogniki. Przestał się śmiać, gdyż widok podopiecznego spowodował, iż gardło zacisnęło mu się boleśnie.
– Tom – odpowiedział słabo. Nie było tak, że był niezadowolony, widząc swoje dziecko, ale czuł, że to o wiele za wcześnie, żeby stawić mu czoła. Na widok Toma nie mógł powstrzymać obciążającego sumienia poczucia winy i wszechogarniającej bezradności. Radość, którą uprzednio odczuwał, odeszła bezpowrotnie.
Miał świadomość tego, iż w pewnym momencie będzie musiał stanąć na wprost tej trudnej sytuacji. Nadzieje Harry'ego spełzły na niczym – temperament dziecka z biegiem czasu się nie uspokoił. Mężczyzna nie był dobrym oratorem i nie potrafił szybko rozpogodzić niezręcznej atmosfery; mógł zaledwie przełamać napięcie.
– Myślałem, że jesteś na zajęciach – stwierdził niezręcznie.
– Wybacz. Chyba ci nie przeszkadzam, prawda? – Tom wciąż się uśmiechał, ale jego słowa kuły niczym wbijające się w ciało ciernie.
– Nie. – Harry gwałtownie potrząsnął głową.
– Naprawdę? – Chłopiec spojrzał na Alphonse'a, który wciąż stał w pobliżu. – Dzień dobry, panie Tullson.
Alphonse był zaskoczony, że uczeń odezwał się do niego w tak poważnym tonie. Z szoku zareagował dopiero po kilku dłużących się sekundach.
– Dzień dobry. Kim jesteś? – Tullson podrapał się niezręcznie po głowie.
– Nazywam się Tom Riddle. Harry jest moim… – Tom specjalnie zrobił pauzę, a jego oczy zamigotały – …ojcem. – Podczas wypowiadania tych słów, miał wrażenie, że język próbuje mu przebić zaciśnięte zęby. Razem ze słowem „matka", „ojciec" jest słowem powszechnie stosowanym. Ta zasada nie dotyczyła Toma – jego ojciec wcale nie był podobny do innych. Nawet spoglądając na wzrost, Harry był zaledwie pół głowy wyższy od swojego syna.
Ojciec? Nikt nie rozumiał bardziej niż Harry obojętności Toma Riddle'a dotyczącej rodziny. Ślizgon uważał, że jego matka była tchórzem, a mugolski ojciec go odrzucił. Gdy dorósł, zdystansował się od swojego imienia. To, co odziedziczył po ojcu, pewnego dnia zastąpi czymś nowym.
Harry nigdy nie pomyślał, że naprawdę zastąpił Tomowi tatę – od samego początku dążył do jednego celu motywowany ukrytymi pobudkami. Wziął na swe barki wszystko, prócz tej najważniejszej odpowiedzialności. To, że dziecko widziało go w ten sposób, zważywszy na wszystko, nie było żadnym zaskoczeniem, ale i tak poczuł się mile połechtany. Uśmiechnął się, nagle wzruszony.
W przeciwieństwie do Harry'ego Alphonse był bardzo zaskoczony.
– Wyglądasz, jakbyś miał dwudziestkę na karku. Jakim cudem możesz być ojcem? – Oczy czarodzieja były okrągłe niczym spodki.
– W tym roku skończyłem trzydzieści sześć lat – powiedział Potter, wciąż się lekko uśmiechając i patrząc łagodnie na Toma.
Ślizgon odwzajemnił uśmiech.
– Może pozwolimy sobie na pojedynek, ojcze? Ot tak, dla zabawy?
Słowo „ojciec" zgrzytało mu między zębami, ale jednocześnie sprawiało trochę dziwacznej satysfakcji. Obydwoje zdawali sobie sprawę z faktu, iż nie są prawdziwą rodziną, nawet z nazwiska, lecz używanie tego słowa sugerowało pokrewieństwo. Ten rodzaj relacji jest zarówno potężny, jak i niejasno podatny na zranienia. Silne połączenie pomiędzy członkami familii jest trudniejsze do zerwania.
Ta właściwość wystarczała, aby nadać temu fascynującego smaczku oraz poczucia głębokiej więzi krwi. Myśl o tym, że Harry się z nim splatał, sprawiała Tomowi dziką, zaborczą przyjemność.
Niestety, w rzeczywistości nie są ze sobą spokrewnieni. Naprawdę szkoda.
W książkach opisano metody, które w rezultacie dają podobne efekty. Młody Czarny Pan mógł sobie pozwolić na trochę oczekiwania.
Nastolatek starannie ukrył swe myśli i spojrzał wyczekująco na Harry'ego. Postanowił przełamać pierwsze lody i podjąwszy inicjatywę, wszedł na podwyższenie.
Większość umiejętności bitewnych Harry'ego pochodziła z tego, czego nauczył się z walk z Voldemortem; teraz w formie pojedynku twarzą w twarz brunet miał użyć swego arsenału zaklęć przeciwko Tomowi.
Przeszłość i przyszłość przybrały nagle dziwną formę. Harry, wykorzystując umiejętności, których nauczył się dzięki starciom z Voldemortem, przekazałby wiedzę wstecz, ucząc uroków Toma Riddle'a.
Nie było żadnych wątpliwości co do wyniku pojedynku – Potter wojował od trzech lat. Ślizgon nie miał dużej szansy na wygraną. Mimo to wszedł na podium, gdyż praktycznie urodził się do walki, a ściślej: do siania spustoszenia i rozprzestrzeniania śmierci.
Za straszliwymi atakami nastolatka krył się niewprawiony jeszcze talent. Tom był w stanie dokładnie przewidzieć zasięg uroku oraz mocy różdżki przeciwnika, a także w odpowiednim momencie rzucić właściwe zaklęcie. Atakował precyzyjnie, zarówno arogancko, jak i odważnie, chociaż jego ruchy podyktowane były ostrożnością. Biorąc to wszystko pod uwagę, Harry uświadomił sobie, że pojedynek z Tomem będzie o wiele trudniejszy, niż ten z Alphonse'em.
Chłopiec poruszał się szybko. Używając zarówno swego ciała, jak i magicznych zdolności, walczył wytrwale. Podczas gdy Harry musiał się coraz to mocniej koncentrować na walce, Tom sprawiał wrażenie bardziej zachwyconego. To było tak, jakby z minuty na minutę bardziej podziwiał widok najcenniejszego kwiatu, rozkwitającego na jego oczach.
I w rzeczywistości tak właśnie było. Harry naprawdę rósł w siłę!
Za każdym razem, gdy Potter rzucał Expelliarmusa, Tom unikał go, bądź odbijał. W zaskakującym ruchu mężczyzna rzucił się do przodu, szybki i zwinny niczym pantera, aby użyć innego rodzaju ataku, aby rozbroić przeciwnika. Wykorzystał małą odległość i wagę własnego ciała, żeby powalić chłopca na ziemię. Gdy ten przewrócił się na plecy, Harry przycisnął mu ramię do bladej smukłej szyi. Zdyszany, zakończył bitwę.
– Jesteś niezwykle potężny, ojcze – stwierdził z uczuciem Tom. Czuł moc w ciele opiekuna, ciepło jego oddechu oraz gwałtownie bijące serce.
Harry uśmiechnął się szeroko, a zmęczony Riddle odwzajemnił gest.
Byli tak blisko siebie. W tych rzadkich chwilach harmonijnie oddychali jednym powietrzem.
Z jednej strony było pod nim ukryte podejrzenie, gniew i pragnienie kontroli, a z drugiej poczucie winy, bezradność i rozpacz, chwilowo zapomniane.
Harry nie potrafił sobie wyobrazić, że dziecko, które nazwało go ojcem, będzie gotowe na spokojnie przespacerować się do biura Horacego Slughorna, a tam otworzyć księgę ich życia na stronie, której treści nigdy nie chciał ujawniać.
