Disclaimer: I don't own Harry Potter.
Słowniczek: wężomowa
Rozdział 43
Prawdziwa iluzja
12 września 1942 r.
Podczas gry relacja pomiędzy Harrym a Tomem stawała się coraz to bardziej złożona, cała szkoła była oczarowana Turniejem. Nadszedł dzień wybrania uczestników i wszystkie oczy skierowane były na Czarę Ognia – siedzieli w Wielkiej Sali na ceremonii, z zapartym tchem oglądając niebieski płomień. Po dwóch tygodniach oczekiwania uczniowie byli bardziej niż gotowi, aby dowiedzieć się, kto spośród zgłoszonych będzie mógł zwać się wybrańcem.
Harry i Alphonse w towarzystwie kilku zagranicznych gości siedzieli na końcu krukońskiego stołu. Joan, jako przedstawiciel grupy, zajęła miejsce na podwyższeniu, u boku dyrektora i nauczycieli.
Podróżnik w czasie uważnie obserwował Czarę, zastanawiając się, co będzie dalej. Naturalnie, mimowolnie przypomniał sobie to wydarzenie z własnej przeszłości – wciąż słyszał, jak artefakt wykrzykuje jego imię.
– Czy myśli pan, że udało mi się zakwalifikować do Turnieju Trójmagicznego, panie Potter? – zapytała dziewczyna z Beauxbatons; jej oczy błyszczały, a twarz zdobił mały, nieśmiały uśmiech. Siedzący w pobliżu uczniowie odwrócili się, żeby usłyszeć odpowiedź.
Było coś znajomego w dziewczynie, ale Harry nie potrafił określić co konkretnie. Z całą pewnością nigdy wcześniej jej nie widział. Jedyną uczennicą Beauxbatons, którą kiedykolwiek poznał bliżej, była Fleur. Czy ta młoda kobieta mogła być jej babką? Mimo że uznał to mało prawdopodobne, uśmiechnął się na samą myśl.
– Obawiam się, że odpowiedzieć na to pytanie może tylko i wyłącznie Czara Ognia – stwierdził uprzejmym tonem.
Uczennica uśmiechnęła się szerzej, a Harry ponownie przeniósł wzrok na magiczny artefakt. W zielonych oczach mężczyzny odbijała się potęga i pewność siebie, co dziewczyna uznała za urocze – mógł jej nie kojarzyć, lecz nie zmieniało to faktu, iż ona doskonale go pamiętała.
Pewnego dnia przypadkiem zobaczyła w pełni uformowanego patronusa – efekt zaklęcia, którego nigdy nie zdołała opanować. W rzeczywistości nigdy wcześniej nie miała okazji zobaczyć cielesnego patronusa i była zaskoczona łagodną naturą oraz spokojem, którymi stworzenie promieniowało. Z ciekawością podążyła za srebrzystym jeleniem; przyglądała się, jak bez pośpiechu spaceruje i cieszyła z kojącej mocy, którą wokół roztaczał. Zawsze chciała rzucić tak potężne zaklęcie i radować się, że niewielu czarodziejów mogło się nim poszczycić. Zaczęła się zastanawiać, kto był tak silny.
I właśnie wtedy dostrzegła Harry'ego.
Widok tak mocarnego nieznajomego mężczyzny zaparł jej dech w piersi, a w sercu rozkwitło uczucie. Może gdyby mu udowodniła, że także jest wystarczająco silna magicznie bądź wyczarowała własnego patronusa, zobaczyłby w niej dojrzałą czarownicę, która w istocie była i odwzajemniłby romans.
Naiwna, pewna swoich umiejętności dziewczyna puściła wodze fantazji.
Na jej nieszczęście, Harry miał o wiele ważniejsze rzeczy na głowie.
Tom w pozornym spokoju skoncentrował się na Harrym, aniżeli na Czarze Ognia. Ciemne oczy chłopca sztyletowały niczego nieświadomego mężczyznę.
Artefakt wypluł pierwszy skrawek pergaminu.
– Reprezentantem Durmstrangu zostaje Dieter Charlov!
Wzrok Toma przesunął się wzdłuż puchońskiego stołu, przy którym usiedli uczniowie z Durmstrangu. Oczywiście, twarz, która najbardziej go interesowała, nie należała do wybrańca – ascetycznie wyglądający, ciemnowłosy chłopiec był wyraźnie wzburzony; wykrzywił się w urazie, złości i złowrogiej zazdrości.
Te potworne emocje otwierały na oścież bramę dla czarnej magii.
Dla Toma nie było nic bardziej fascynującego niż obserwowanie szybkiego upadku innych oraz utraty możliwości ucieczki od wewnętrznej ciemności. W końcu jakby na to nie spojrzeć sam jest jednym z upadłych.
Jak nazywał się ten chłopiec z krzywym nosem? Karkarow?
Gdy Czara Ognia wypluła z siebie kolejny skrawek pergaminu, okrzyki uczniów ucichły. Armando Dippet poprawił okulary i krzyknął:
– Reprezentantką Beauxbatons zostaje Mylene Lance!
Harry pochylił się i pogratulował uczennicy, a jej szkolni koledzy westchnęli z zazdrością. Na Sali panował nadzwyczajny spokój, mimo że wybranką okazała się młoda dziewczyna.
Tom zlustrował uczestniczę Turnieju – od dołu do góry. Mdła i nijaka, podsumował pogardliwie.
Po ogłoszeniu reprezentantów z innych szkół, uczniowie Hogwartu praktycznie nie mogli już usiedzieć na miejscach. Ci, którzy wrzucili do Czary swe nazwiska, mieli nadzieję, że zostaną publicznie odczytane, a okoliczne grupki wsparcia robiły wszystko, co tylko mogły, aby podtrzymać te złudzenia. Artefakt wyrzucił z ognia ostatni skrawek pergaminu i Gryfoni oszaleli. Cała Sala obserwowała, jak ostatni reprezentant opuszcza komnatę, by dołączyć do pozostałych.
Harry nie znał gryfońskiego wybrańca, a jego nazwisko nie wywarło na nim wrażenia. W czerwono-złotym tłumie wypatrzył za to siódmoroczną Minerwę McGonagall próbującą ukryć podniecenie za swoją zwyczajną, powściągliwą fasadą; zdradzało ją lekkie drżenie ust. Dostrzegł również Hagrida, który w tym wieku był już na tyle potężny, że wybijał się wzrostem ponad tłum – tańczył z radości.
Po przedstawieniu reprezentantów i ich późniejszym opuszczeniu Wielkiej Sali wieczorne emocje opadły.
Harry zapytał Alphonse'a czy chciałby wrócić do ich komnaty, ale mężczyzna zdecydowanie potrząsnął głową – umierał z głodu i chciał cieszyć się ucztą oraz powszechnym podekscytowaniem. Potter wzruszył ramionami, ale i tak wstał od stołu z zamiarem opuszczenia hałaśliwej sali.
Gdy myśliwy dostrzegł ruch ofiary, uśmiechnął się złośliwie i postanowił zastawić pułapkę.
Ku niezadowoleniu zazdrosnego łowczego, na drodze ku zdobyczy pojawiało się wiele przeszkód. Czas został zmarnowany, ale przynajmniej największy problem był już z głowy.
Tom wiedział, że powodem, dla którego Harry tak często przebywał w grupie, był fakt, że uciekał przed swoim wychowankiem, który pragnął tylko porozmawiać z nim na osobności.
– Harry – przywitał się grzecznie.
Mężczyzna zamarł na moment, kiedy wysoki, przystojny chłopiec wyszedł nagle zza rogu.
– Chciałem życzyć ci dobrej nocy. Mam nadzieję, że nie obraziłeś się, gdy nazwałem cię ojcem – powiedział delikatnie Tom, przygotowując sobie grunt pod pułapkę.
Kiedy Harry usłyszał ostatnie słowo, natychmiast się odprężył, a co za tym idzie, część dyskomfortu, który odczuwał, odeszła w niepamięć.
– Myślałem, że to było tylko… – Czarodziej zamarł wpół zdania i przygryzł wargę. Po tym, jak minęło pierwsze podekscytowanie, zdał sobie sprawę, iż chłopiec celowo nazwał go w ten sposób i to jeszcze przed Ślizgonami – sprytnie zamaskował swoje pochodzenie, a ta myśl wywoływała duży ból.
– Ojcze? – Dziecko zawołało go ponownie, tym razem z pytaniem w głosie. Harry poczuł rozchodzące się po klatce piersiowej ciepło. Słuchanie, jak ktoś nazywa go „tatą", było niewiarygodnie satysfakcjonujące i być może nie był to tylko trik, który Tom umiejętnie wykorzystywał.
Potter był zaskoczony tym, jak bardzo chciał, aby była to prawda.
Wtem zapragnął wyciągnąć przed siebie dłoń i poczochrać włosy syna, ale koniec końców doszedł do wniosku, że wyszłoby to dość niezręcznie, bo Tom był zaledwie o głowę od niego niższy. Nie wiedział też, jak inaczej mógłby wyrazić swoje uczucia.
– Cieszę się, że tak mnie nazywasz. – Tym stwierdzeniem Harry spróbował przekazać wiadomość.
Tom przybrał delikatniejszy wyraz twarzy i uśmiechnął się łagodnie, aby jeszcze bardziej zmiękczyć obronę opiekuna.
Harry'emu wydawało się dziwne to, że Voldemort nic się nie zmienił, mimo że czuwał nad dzieckiem, które się nim stanie. Widział w nim dużo dobrego i ani śladu cienia tyrana, na którego mogło wyrosnąć. Powoli zaczął nawet kwestionować precyzję historii.
– Nawiasem mówiąc, Harry, zostałem przeniesiony do nowego dormitorium, do którego tylko ja mam dostęp – oświadczył lekko Ślizgon.
Potter był zupełnie zaskoczony tym błędem formalnym*. Dlaczego Tom w ogóle o tym wspominał?
– Przydzielono mi sypialnię prefekta, a tam moglibyśmy porozmawiać na osobności – kontynuował młodzieniec, kiedy rozmówca nie wyłapał ukrytego przesłania. Wydął wargi, czego publicznie nie robił, odkąd skończył pięć lat, a kiedy Harry wciąż się wahał, ponownie zaczął drążyć temat. – Czuję, że ostatnio spędzamy razem naprawdę mało czasu.
– Cóż, chyba mogę obejrzeć twój nowy pokój. – Uśmiechnął się Harry.
Nastolatek skinął głową, po czym odwrócił się, żeby poprowadzić towarzysza. Mężczyzna szedł trochę z tyłu. W międzyczasie nie rozmawiali, ale atmosfera między nimi była tak spokojna, jakby towarzyszył im patronus.
Tom wyrósł z dziecka na młodzieńca. Harry wpatrywał się w tył jego głowy. Był z chłopcem blisko już od ponad dekady i z łatwością mógł porównać Riddle'a z przyszłości, z tym obecnym. Spróbował dłużej się nad tym zastanowić.
Niestety, z racji tego, iż myślał, że zna syna, w afekcie nagiął trochę rzeczywistość, przez co stworzył złudzenie charakteru.
Ofiara ślepo zbliżała się do klatki.
Tom sprawiał wrażenie szczęśliwego podczas spaceru, a Harry nie zorientował się, że to tylko jedna z jego wyćwiczonych masek, ukrywająca prawdziwy nastrój. Dziesięć lat spędzonych na wychowywaniu Ślizgona zdecydowanie uśpiło czujność dorosłego czarodzieja.
Sypialnia prefekta była większa od normalnego dormitorium, mimo że była przeznaczona dla użytku tylko jednej osoby. Harry rozejrzał się z ciekawością, ale Tom był niecierpliwy.
– Unikałeś mnie, Harry? – W trakcie zadawania tego pytania młodzieniec usiadł na łóżku i nawet mu powieka nie drgnęła. Przypominał porcelanową, zastygłą w bezruchu lalkę. Nawet jego głos brzmiał jakby z oddali.
Serce mężczyzny drgnęło. Zbyt dobrze rozumiał, że postępował niewłaściwie.
Chciał wszystkiemu zaprzeczyć, powiedzieć, że nie miał ku temu żadnego dobrego powodu, ale zwyczajnie nie potrafił się na to zdobyć.
Cisza była wystarczającą odpowiedzią i Tom bez słowa wbił wzrok w podłogę. Siedząc ze zwieszoną głową, wyglądał na przygnębionego i odrzuconego.
Dla Harry'ego Voldemort był arogancki, Riddle z myślodsiewni przebiegły i obłudny, a chłopiec z sierocińca zgorzkniały i wrogo nastawiony. Obecny, boleśnie rzeczywisty Tom, nie przypominał żadnego ze swoich wcieleń – był tylko samotny.
Mężczyzna podszedł bliżej. W tym momencie różnica wzrostu nie stanowiła większej przeszkody, tak więc swobodnie położył dłoń na głowie dziecka.
– Wybacz mi, Tom. Tak długo, jak będziesz dobrym człowiekiem, nie zrobię tego ponownie – wyszeptał z uczuciem, przeczesując kruczoczarne włosy.
Opuszczona głowa Ślizgona ukryła jego zimne oczy. Harry chciał, aby nie był zły? Zdecydowanie miał pojęcie o tym, czym potajemnie zajmował się Tom.
– Oczywiście, że będę dobry. – Uśmiechnął się ciepło, ciesząc się przyjemną delikatną pieszczotą.
Kłamstwo, ale Harry nie musi o tym wiedzieć. Jeżeli kiedykolwiek odkryje prawdę, zostanie zmuszony do pozostania u boku Toma; nigdy więcej się nie oddali.
* Błąd formalny (z ang.: non sequitur) – błąd wnioskowania polegający na tym, że dany wniosek nie wynika logicznie z przesłanek, z jakich się go wywodzi
