Disclaimer: I don't own Harry Potter.
Słowniczek: wężomowa
Rozdział 46
Karkarow
30 września 1942 r.
Miesiąc minął w mgnieniu oka. Na horyzoncie jawił się Turniej Trójmagiczny – wszystkie doń przygotowania były prawie zakończone.
– Historia Turnieju Trójmagicznego sięga około siedmiuset lat wstecz. Z każdej z trzech szkół, znanych dziś jako Beauxbatons, Durmstrang i Hogwart, wybierano jednego reprezentanta, który brał udział w zadaniach sprawdzających inteligencję, magiczne umiejętności, spryt, odwagę oraz zdolności adaptacyjne uczestników. Z powodu wysokiej śmiertelności wydarzenie zostało niegdyś zawieszone na czas nieokreślony. Podjęto kilka prób ożywienia turniejowego ducha, ale wszystkie zakończyły się katastrofą.
Prawie cała klasa była rozbudzona, co było niezwykle rzadkim zjawiskiem na zajęciach z Historii Magii. Profesor Binns wypowiadał się tradycyjnie niespiesznym głosem, lecz tym razem nie zgasiło to powszechnego zainteresowania.
Publiczność składała się głównie ze Ślizgonów, Puchonów oraz uczniów z Durmstrangu – Puchoni słuchali uważnie, ponieważ nie mogli się doczekać początku Turnieju i możliwości kibicowania reprezentantowi Hogwartu, zaś durmstrangczycy byli skupieni, gdyż uwielbiali ideę trudnych i niebezpiecznych zadań. Ślizgoni byli inni. Nie koncentrowali się na nagrodach czy wyzwania – słuchali, ponieważ pragnęli chwały, jaką niesie ze sobą zwycięstwo.
Nieszczęście i niezadowolenie Ślizgonów pogłębiał fakt, iż wybrańcem Hogwartu był Gryfon. Od zawsze żyli w przeświadczeniu, że Slytherin był ponad wszystkimi Domami. Ślepa arogancja i wywyższanie się sprawiły, że nie tolerowali swego reprezentanta i jego grupy wsparcia. Nie istniał żaden prosty sposób na złagodzenie wściekłości i zawiści, stąd też nastrój gwałtownie się pogarszał, a atmosfera psuła z minuty na minutę.
– Niech spoczywa w pokoju najbardziej cudaczny Gryfon, jakiego kiedykolwiek gościł Hogwart. Na jakiej podstawie w ogóle Leodegan został wybrany? – Ślizgońskie kpiny można było usłyszeć praktycznie z każdego kąta zamku.
– Naprawdę myślisz, że byłbyś odpowiedniejszym kandydatem? – Na każde szyderstwo znajdywała się cięta riposta.
W wężach odzywały się wtedy mechanizmy obronne i kąsały przy pomocy ostrzejszych słów. Kłótnie stawały się coraz to bardziej napięte, aż w końcu uczniowie zaczynali ciskać klątwami.
Były to wymowne dla Slytherinu momenty. Cała ta gadka i przechwałki o gracji, elegancji i strategii; cała fasada i modny ubiór, małostkowość…
Tom uśmiechnął się złośliwie, przysłuchując się niewybrednym komentarzom współdomowników podczas lekcji.
Co tak naprawdę znaczyło być Ślizgonem?
Ślizgoni mogli być równie impulsywni co Gryfoni oraz równie opanowani co Krukoni, ale jednocześnie cechowała ich bezduszność, okrutność, tchórzliwość – jednym słowem: nie byli godni zaufania. Domagali się sławy i chwały, ale przy pierwszej sposobności porzucali wszelką odpowiedzialność, po czym przeistaczali się w ryzykanckich zuchwalców. Byli pozbawieni skrupułów, dzięki czemu ich przyjaźń łatwo można było kupić i sprzedać. Wszystkie te okropne cechy charakteru łączyły się, tworząc obraz szlachetnego Slytherinu.
Ślizgoni rzadko współpracowali jako całość, gdyż zdecydowanie bardziej woleli być podzieleni na grupy na podstawie hierarchii społecznej ich rodzin oraz egzystowali w wiecznym bałaganie – w zależności od ruchów głowy swego rodu, opuszczali jednych znajomych, aby przyłączyć się do drugich.
Oglądanie chaosu sprawiało Tomowi czystą przyjemność.
Riddle znał najlepszy sposób na podporządkowanie sobie odsłaniającego największe słabości Slytherinu; wystarczyło tylko wyczekać odpowiedniego momentu.
Młodzieniec przestał skupiać uwagę na szydzących współdomownikach i spojrzał na siedzącego samotnie w kącie ucznia Durmstrangu.
Igor Karkarow sztyletował wzrokiem plecy Dietera Charlova; gniew i zazdrość przepełniały jego serce. Dlaczego Charlov został reprezentantem w Turnieju? Jakie posiadał cechy bądź talenty, których mu było brak? Co sprawiło, że był bardziej godny?
Profesor Binns zakończył swój wykład i zajęcia.
Uczniowie z Durmstrangu szybko podnieśli się z miejsc, spakowali przybory to toreb i wyszli, praktycznie depcząc wybrańcowi po piętach. Karkarow został wykluczony z tejże grupy. Nikt na niego nie czekał, nikt go nie pospieszał oraz nikt nie rwał się, aby do niego dołączyć.
Niezależnie od kraju zamieszkania czy szkoły, do której się uczęszczało, dziwak zawsze był stygmatyzowany i odrzucany – to była prawda, która prześladowała Igora od dnia narodzin. Gdyby Czara Ognia go wybrała, w końcu ludzie spojrzeliby na niego przyjaźniejszym okiem, w końcu by go uznali i podziwiali.
Karkarow bardzo się starał, żeby się zaszyć w ciemnym hogwarckim kącie, z daleka od ciekawskich spojrzeń innych uczniów, który niewątpliwie zdążyli już zauważyć to wykluczenie; nie mógł znieść szeptania za plecami.
– Niech cię szlag, Charlov – mruknął mrocznie pod nosem, sprzątając swoje rzeczy z ławki.
– Co znaczyło to mamrotanie? Po prostu go nie lubisz, czy…? Nie… Czy to możliwe, że wolałbyś zająć jego miejsce? Lepiej byś się nadawał – stwierdził uprzejmie Tom i wyciągnął szczupłą, bladą rękę w geście przywitania; białe zęby błysnęły w olśniewającym uśmiechu.
Słowa te zadziałały na Karkarowa tak, niczym syreni śpiew na żeglarza. Obrzucił nieproszonego gościa ostrym spojrzeniem, choć prócz wściekłości można w nim było dostrzec także zaciekawienie.
Ślizgon uśmiechnął się łagodnie ze świadomością, iż jego nieskazitelny wygląd i inteligencja były potężnymi narzędziami manipulacji – przy ich pomocy bez użycia magii mógł przekonywać ludzi do robienia tego, czego sobie zażyczył.
– W pełni rozumiem te uczucia. On nie zasługuje na chwałę i uwagę, którą otrzymuje. Potrafię to dostrzec równie dobrze, co ty. I wiesz co jeszcze? Wiem, w jaki sposób wykorzystać zasady na twoją korzyść. Wiem dokładnie, jak powstrzymać go przed kradzieżą tego, co należy się tobie. – Głos młodzieńca przybrał tak przymilną i słodką barwę, że na ustach prawie że osiadł mu miód; słowami potrafił w mig zauroczyć.
Choć zdania były łagodne, Karkarow boleśnie odczuł każdy punkt, który wytknął nieznajomy chłopiec.
– Kim jesteś? – wyszeptał gniewnie i zazdrośnie Igor; z tego wszystkiego aż serce zabiło mu mocniej.
Ślizgon go oczarował, a Karkarow jeszcze nie wiedział, że zostanie wciągnięty głębiej w otchłań, na której krawędzi niebezpiecznie balansował. Nie zastanawiając się długo, uścisnął nastolatkowi dłoń.
– Nazywam się Tom Riddle. Miło mi cię poznać. – Oczy młodego Czarnego Pana przesunęły się leniwie po ich złączonych rękach. Uśmiechnął się szerzej.
Zatopiony w przygnębiających myślach Karkarow wsunął się tymczasowo przydzielonego mu dormitorium. Słyszał śmiech innych chłopców, ale żaden nie zwrócił na niego uwagi.
W drodze do łóżka wciąż rozbrzmiewały mu w uszach echem słowa Toma Riddle'a.
– Dam ci dzień na przemyślenie sprawy. Dzięki mnie zdobędziesz to, czego pragniesz, a w zamian użyczysz mi swych umiejętności. Nie potrzebuję twojej lojalności, lecz tego, że pomożesz mi w chwili, gdy będę potrzebował wsparcia. Chcę mieć także pewność, że mnie nie zdradzisz.
Myśl o obaleniu rządów Charlova od dawna chodziła Karkarowowi po głowie.
Miał dość bycia ignorowanym i szczerze gardził osiadłym smakiem porażki na języku. Nie chciał być dalej wykluczany; nie pragnął samotniczego życia.
Użyczyć Tomowi Riddle'owi swoich zdolności w zamian za to, o czym marzył? Oczywiście, że bez wahania przystanie na tę propozycję. Jakby na to nie spojrzeć, jeżeli zdradzi zaufanie Ślizgona, jakim cudem ten się o tym dowie? I co w ogóle mógł zrobić po tym, jak zdrada wyjdzie na jaw?
Twarz Karkarowa ozdobił złowrogi uśmiech. Żadnej wieczystej przysięgi, żadnego kontraktu, a wkrótce i tak wróci do Niemiec. W jaki sposób piątoroczny uczeń Hogwartu zamierzał trzymać go na uwięzi? Co za naiwne dziecko.
Igor w milczeniu obserwował, jak Charlov się śmieje i żartuje ze swoimi przyjaciółmi. Uśmiechnął się, równie wesoło, lecz z innych powodów.
Tom nie wiedział, jakie myśli chodziły Karkarowowi po głowie, ale z pewnością by się z nimi spierał. Dobry drapieżnik nigdy nie martwi się możliwością ucieczki ofiary.
Przemierzając szkolny korytarz z ciepłym uśmiechem na twarzy, witał się z napotkanymi po drodze uczniami. Zatrzymał się dopiero, gdy usłyszał głos Abraxasa. Zaciekawiony podążył za dobiegającymi zza rogu dźwiękami.
– Nie tknąłem jej nawet palcem – oświadczył leniwie wszem wobec Malfoy. Dłonie miał schowane nonszalancko w kieszeniach szaty i mierzył się wzrokiem z dwójką poważnie wyglądających dziewcząt.
Tom podszedł bliżej i zmodernizował swój uśmiech: z ciepłego na wręcz czarujący.
– Witam, prefekt McGonagall. Czy coś się stało?
Na widok kolegi po fachu irytacja dziewczyny spowodowana postawą Abraxasa nieco osłabła.
– Riddle. Chciałabym, żebyś jako prefekt bardziej kontrolował swoich Ślizgonów. Te międzydomowe walki muszą się skończyć. Nie chcę, żeby ta sytuacja się powtórzyła. – Grzywka odgarnięta z czoła i poważny wyraz twarzy dodawał jej odwagi oraz sprawiał wrażenie wielkiego autorytetu.
– Dołożę starań, aby rozwiązać ten problem. Miłego dnia. – Tom skinął uprzejmie głową i w ciszy patrzył, jak McGonagall oddala się razem z przyjaciółką.
– Cóż za temperament. – Abraxas zarzucił włosy na ramię i uśmiechnął się pobłażliwie. – Najprawdopodobniej nieprędko wyjdzie za mąż.
– Idę do biblioteki. Jakie masz plany na dziś? – Riddle z rozmysłem zignorował słowa współdomownika.
– Takie same. – Malfoy wzruszył ramionami i podążył za Tomem. Czas rozrywki dobiegł końca i nie miał nic lepszego do roboty.
Abraxas nie znalazł w bibliotece niczego interesującego – jego zdaniem regały w rodowej rezydencji były o wiele bogatsze w pozycje. Po niecałych trzydziestu minutach bezczynności z nudów zaczął się wiercić na krześle. Chciał porozmawiać z kolegą, ale aż za dobrze wiedział, że gdyby otworzył usta, bystry kujon zmroziłby go spojrzeniem – nie pozostało mu więc nic innego, jak stłamsić to pragnienie. Podparł głowę dłonią i zaczął studiować biblioteczne otoczenie.
Czy był to Harry Potter? Abraxas zmrużył oczy, a następnie przeniósł wzrok na drugą stronę swojego stolika, gdzie siedział zatopiony w lekturze Tom.
Obok Pottera stała bardzo wysoka osoba. Malfoy odświeżył pamięć i doszedł do wniosku, że najprawdopodobniej był to ten półolbrzym z Gryffindoru, Rubeus Hagrid. Ugh. Stworzenia, które z otwartymi ramionami przyjmował ten Dom, były naprawdę odrażające.
Gryfon wydawał się zawstydzony, ponieważ drapał się po gęstych, rozczochranych włosach. W następnej chwili uśmiechnął się szeroko do rozmówcy i przymrużył oczy. Czarnowłosy mężczyzna zaśmiał się i podniósł rękę, aby w przyjacielskim geście poklepać gigantyczne ramię chłopca; finalnie podał mu trzymaną w dłoniach książkę.
Na twarzy Harry'ego Pottera zawsze widniał uśmiech. Każdego, kogo spotykał, zawsze witał z autentycznym, szczerym uśmiechem.
Abraxas na krótko zwrócił uwagę na Riddle'a, zanim się odwrócił. Z informacji, w których był w posiadaniu, wynikało, że związek Toma i Harry'ego przeżywał dobre i złe chwile. Wyraźnie pamiętał, że jeszcze nie tak dawno obydwaj toczyli ze sobą cichą wojnę – chłopiec znosił to dość nieprzyjemnie.
Ta myśl przywołała starsze wspomnienia.
W pierwszej klasie Tom chodził zły przez prawie większość roku szkolnego. Co było powodem takiego stanu rzeczy? Oczywiście, Harry Potter.
Kilka miesięcy później Abraxas zdecydował się zapytać go o problemy, z którymi się Riddle borykał – jak wielu Ślizgonów, czerpał olbrzymią przyjemność z udręki innych. Drażnił się z dzieckiem i zapytał: „Bardzo się o niego troszczysz, a on tak po prostu cię zostawił? Co zrobisz, gdy sytuacja się powtórzy?"
Co odpowiedział mu mały, irytujący pierwszoroczny?
„Zabiję go", iście morderczym i pełnym stanowczości tonem, przez który Abraxas chodził przerażony przez kilka kolejnych dni.
W miarę rozwoju fizycznego to straszliwe dziecko stawało się coraz to łagodniejsze. W porównaniu ze swoją młodszą wersją można było nawet zaryzykować stwierdzenie, iż stał się nieszkodliwym młodzieńcem. Gdyby dziś Abraxas opowiedział głośno tamtą historię, nikt by mu w to nie uwierzył.
– Na co się tak patrzysz? – zapytał Tom i zanim Malfoy zdążył odpowiedzieć, odwrócił się i dostrzegł parę stojącą pomiędzy drewnianymi regałami.
Abraxas był pewien, że Riddle wstanie od stołu i ruszy w kierunku Harry'ego Pottera bądź uniesie rękę i mu pomacha, aby zwrócić na siebie uwagę mężczyzny, ale Tom całkowicie go zaskoczył.
– Daj spokój. – Ślizgon zamknął książkę i skierował się ku wyjściu z biblioteki.
– Nie potrzebujesz się upewnić? – Idąc obok, Malfoy wbił wzrok w lekturę.
Tom przesunął dłonią po twardej okładce i tytuł zaczął się zmieniać – na „Klątwy i Kontrzaklęcia" – choć współdomownik nie mógł tego ujrzeć. Ufał sztuczce, tak więc nie miał nic przeciwko pokazaniu zaczarowanej lektury Abraxasowi, bibliotekarce, a nawet Slughornowi. Nie ośmielił się jednak wyciągać podręcznika w obecności Albusa Dumbledore'a, gdyż istniało duże prawdopodobieństwo, że starszy czarodziej był na tyle potężny, aby przejrzeć na wskroś zaklęcie. Musiał także ukrywać okładkę i stronice przed wzrokiem Harry'ego, aby uniknąć jakichkolwiek podejrzeń.
Ciekawe, o czym Harry rozmawiał z tym pólolbrzymem.
Ponieważ skosztował już każdego milimetra skóry mężczyzny, oszczędził brzydkiego uśmiechu okropnemu nic nieznaczącemu Gryfonowi. Tom zdobył doświadczenie, którym nie mógł się poszczycić nikt inny – Alphonse, Joan, ktokolwiek. Żadne z nich nie rozebrało Harry'ego, nie pieściło jego wrażliwych miejsc, a tym bardziej nie wzięło go w usta.
Po powrocie do Pokoju Wspólnego Slytherinu Riddle usiadł na kanapie i z zaciekawieniem otworzył książkę na stronie zatytułowanej „Horkruks".
