Disclaimer: I don't own Harry Potter.
Słowniczek: wężomowa
Rozdział 47
Pierwsze zadanie
24 listopada 1942 r.
Czas pierwszego zadania przyszedł, kiedy nastała jesień.
Uczniowie, razem z gronem pedagogicznym, a nawet z duchami, zgromadzili się w nowo wybudowanej na terenie szkoły konstrukcji przypominającej amfiteatr. Wyczekujący przedstawienia, podekscytowany tłum radośnie szczebiotał i podśpiewywał pod nosem, w dłoniach trzymając transparenty i godła. Kiedy wprowadzono reprezentantów, dźwięk się zwielokrotnił – uczniowie zaczęli wiwatować, gorąco klaskać oraz zdzierać sobie gardła. Czarodzieje, podobnie jak mugole, pragnęli obiecanej akcji, ponieważ radość z oglądania skomplikowanej potyczki wpisana była w starożytną tradycję i zakorzeniona w istocie człowieka, w kościach.
Harry zajął miejsce na podwyższonej platformie sędziowskiej z widokiem na całą skalistą arenę, którą będą mieli do dyspozycji uczestnicy Turnieju. Nigdy nie doświadczył konkurencji z tej perspektywy. Chłodny wiatr smagnął go po odsłoniętej szyi i poprawił kołnierz płaszcza; ciepły materiał przylgnął do jego szczupłego, lecz umięśnionego ciała.
Ciągłe, trzymiesięczne już treningi sprawnościowe, ukształtowały sylwetkę mężczyzny. Harry pojedynkował się z kimkolwiek mógł – z uczniami szóstego i siódmego roku, Alphonse'em, Joan czy też profesorem Flitwickiem; zdarzały się nawet dni, kiedy to do starć z chęcią dołączał Albus Dumbledore. Raz wygrywał, a raz przegrywał, choć były i dni, w które nogi praktycznie odmawiały mu posłuszeństwa i prawie uniemożliwiały tym samym kontynuowanie starć – mimo to nie pozwolił sobie na odpoczynek i stagnację. Od zawsze uważał, że z bólem należy walczyć.
Harry miał wrażenie, że znalazł się pomiędzy przysłowiowym młotem a kowadłem; teraźniejszość i przyszłość naciskały na niego, jakby próbując zgnieść. Desperacko próbował utrzymać równowagę, próbując – bez żadnego większego uszkodzenia – zatrzymać jedno i drugie.
Problem w tym, że kończył mu się czas, ponieważ Tom był już piętnastoletnim młodzieńcem. Z obliczeń wywnioskował, że na naprawę wszystkiego zostało mu zaledwie pięć lat. W przeliczeniu na lata w przyszłości, były to tylko dwa tygodnie.
– Zaraz się zacznie, Harry! – Podekscytowany Alphonse trącił ramię Pottera, czym sprowadził go na ziemię i na powrót zwrócił uwagę ku Turniejowi Trójmagicznemu.
Z tyłu areny, oddelegowany specjalnie do tego zadania, personel lewitował olbrzymią, przykrytą płótnem i zabezpieczoną solidnie wyglądającym łańcuchem klatkę. Nie chciano, aby główna atrakcja była wystawiona na widok ciekawskich oczu lub mogących oszukiwać wybrańców. Dorośli machnęli różdżkami, a następnie szybko się wycofali. Zabezpieczenia klatki w momencie zniknęły, a łańcuch upadł na ziemię z metalicznym, grzechoczącym dźwiękiem.
Popołudniowe słońce przedarło się przez chmury, by jasno oświetlić stworzenie przyprowadzone na arenę. Podczas gdy wszyscy przyglądali się temu w szoku, bestia zareagowała na nagły brak ciemności, niespokojnie kręcąc się w miejscu.
Ku przerażeniu zgromadzonego na widowni tłumu, pozbawiona magicznych więzów klatka powoli otworzyła się z łoskotem, uwalniając bazyliszka.
Na widok stwora – potwornego symbolu swego domu, wypełzającego na otwartą przestrzeń – nawet Ślizgoni wstrzymali ze strachu oddech.
Bazyliszek był o wiele okazalszy aniżeli najgrubsza znajdująca się w pobliżu osoba; jego oślizgłe cielsko zajmowało ponad połowę skalistej areny. Dzięki odpornym na czary łuskom, śmiertelnym kłom i odbijającemu słońce brzuchowi, wielki wąż wywoływał paraliżujący strach wśród nieletniej widowni.
Nawet Harry musiał przełknąć dużą i nieprzyjemną, zalegającą mu w gardle gulę, kiedy napotkał magicznie zabezpieczone spojrzenie bestii. Na widok bazyliszka w głowie stanęło mu jedno z najciemniejszych wspomnień, jakie zgromadził przez lata. Niemalże widział znów tę scenę przed oczyma: Komnatę Tajemnic, dziedzictwo Salazara Slytherina i młodego Toma Riddle'a. Przywołując ten moment, nieświadomie wstrzymał oddech. By stłumić oraz wyciszyć niekontrolowane reakcje i emocje, zmusił się do powolnego wdechu i wydechu. Pocieszenie przynosił fakt, iż ten potwór nie może go zabić wzrokiem.
Spojrzenie bazyliszka przesunęło się po zgromadzonych wokół, co poskutkowało zatrzepotanie ogonem z zadowolenia. Z ledwością uniknął trafienia nim siedzących z boku reprezentantów; ci czekali tylko na sygnał.
Wąż rozdziawił paszczę i sprezentował widowni tak przerażający widok, że wszystkich aż przeszły dreszcze: czerwone podniebienie, język i gardło. Z odsłoniętych kłów spływała mu zielona wydzielina, która w mgnieniu oka rozpuszczała ziemię, na którą skapywała – w działaniu przypominała lawę.
Kilka zagubionych kropel upadło w pobliżu widowni, na co ludzie podskoczyli w miejscu i wrzasnęli, ze strachem obserwując z bliska korozję.
Zadanie było dość proste – przejść z jednej strony areny na drugą. Rozwścieczony bazyliszek zajmujący ponad połowę wolnej przestrzeni i chlapiący wszędzie kwasem był sporym utrudnieniem, zwłaszcza że reprezentantom nie wolno było używać mioteł.
Biorąc pod uwagę te zagrożenia, jak można przejść pomyślnie tę próbę?
Pierwszy na arenę wszedł przedstawiciel Hogwartu. Tak jak w przypadku innych Gryfonów, niemalże tryskał brawurą, która podchodziła nawet pod głupotę, ponieważ skierował się prosto do stwora.
Tom nie był zainteresowany postępami czempiona i zamiast niego skupił się na zirytowanym bazyliszku; ciemne oczy obserwowały, w jaki sposób światło słoneczne załamuje się na łuskach bestii. Pozostał przy tym spokojny, a jego umysł można było porównać do niezmąconej tafli jeziora.
– Merlinie… Zdecydowanie odechciało mi się zakupić węża… – wymamrotała pod nosem jedna ze Ślizgonek siedzących w niższym rzędzie; trzęsła się niczym osika.
Jak by to było oswoić bazyliszka? – myśl ta wywołała delikatną falę na wodnej powierzchni. Spokój chłopca został zakłócony, podczas gdy coś pociągnęło zarys koncepcji w dół, w ukryte głębiny.
Tom zmarszczył brwi.
Rozważył tę myśl i mimowolnie przypomniał sobie o Nagini. Wtem uderzyło go pewne wspomnienie z rozmowy.
– Tutaj, wewnątrz ścian Hogwartu, jest naprawdę wiele rur! Mnóstwo! Rury są grube, szerokie i długie! Są dosłownie wszędzie!
Tuż po tym, jak Nagini wślizgnęła się do budynku szkoły, wytknęła mu poważną wadę w systemie bezpieczeństwa. Nad tym należało się teraz zastanowić.
Myśli Toma galopowały, gdy rozbudowywał w głowie koncepcję związaną z rozkładem rur. Bazyliszek i Nagini. Kanalizacja, którą łatwo było przejść. Hogwart z ukrytą gdzieś Komnatą Tajemnic Salazara Slytherina.
Riddle zmrużył połyskujące czerwienią oczy. Odcień ten zniknął równie szybko, co się pojawił.
Los uniemożliwiłby jakąkolwiek próbę zmiany przeznaczenia i tym samym bieg historii zostałby zachowany. Harry nie musiał się potknąć bądź zawieść w przełomowym momencie. By wszystko się zgadzało, potrzebna była tylko inspiracja, która od razu kierowała młodzieńczy umysł na właściwy tor.
Wystarczyła jedna myśl, aby zniszczyć wszystkie wcześniejsze wysiłki Harry'ego. Właśnie tak działał Los: nieskomplikowanie i subtelnie.
Reprezentant Hogwartu z ledwością przemierzył arenę. Włosy miał na wpół rozpuszczone, a ubranie porozrywane i w strzępach – prześwitująca miejscami skóra była zaróżowiona od oparzeń. Publiczność uznała ten obraz za niepokojący, ale w gruncie rzeczy chłopak nie doznał żadnych większych krzywd i trwałych obrażeń.
Ze świadomością, że może być stronniczy względem Hogwartu i Gryffindoru, Harry nie wahał się przyznać czempionowi dziesięciu punktów. Tak właściwie, Potter był przekonany, że sam nie byłby w stanie przebrnąć nawet przez połowę określonego terenu bez użycia miotły.
Po chwili namysłu Alphonse przyznał Gryfonowi osiem punktów, a Joan i dyrektor Hogwartu po dziewięć. Dyrektor Durmstrangu z wielką widoczną niechęcią finalnie zdecydował się na osiem, zaś dyrektorka Beauxbatons, nieprzyjemna kobieta w średnim wieku, ośmieliła się dać reprezentantowi naprawdę obraźliwą liczbę – cztery punkty.
To zagranie niemalże natychmiast sprawiło, że rzędy trybun zajmowane przez uczniów Hogwartu wybuchnęły. Wszyscy, od Gryfonów po Ślizgonów, zaczęli wrzeszczeć i buczeć na czarownicę, wyszydzając ją i wyśmiewając, nie szczędząc przy tym wulgarnego języka.
– Przypuszczam, że jeżeli ta krowa używa swoich wymion jako skali, ten wynik wcale nie jest taki mały. – Harry'ego dobiegł głos pewnej Ślizgonki, która celowo wypowiedziała tę uwagę podniesionym głosem; tak się przypadkowo złożyło, że siedziała niedaleko ławy sędziowskiej.
Odwrócił się, żeby posłać jej karcące spojrzenie i zauważył, że zgromadzeni wokół niej uczniowie zwyczajnie się z tego śmiali. Odchrząknął kilka razy, aby zwrócić na siebie uwagę dziewczyny, a gdy ta w końcu na niego zerknęła, upomniał ją wzrokiem. Ślizgonka nie wzięła sobie tego do serca, gdyż pozostała niewzruszona.
Harry nie mógł się powstrzymać i, choć wiedział, że postępuje niewłaściwie, na jego twarzy pojawił się niewielki uśmiech.
Pomimo słynnego egoizmu i przebiegłości, Ślizgoni także byli tylko dziećmi i nawet oni nie potrafili ukryć tego faktu za swoimi starannie dopracowanymi osobowościami. Nawet jeżeli ich złość dotyczyła jawnej niesprawiedliwości wobec Gryfona – osoby, którą zazwyczaj traktowali z pogardą – otwarta prowokacja ze strony osoby trzeciej sprawiła, że połączyli siły i potrząsali pięściami, aby odeprzeć atak wspólnego wroga. Może wpadli w ten gniew tylko dlatego, że wciąż nosili w sobie młodzieńczą pasję, ale wyglądało na to, że wśród uczniów Hogwartu powszechną reakcją na nieczyste zagranie była obrona.
Uraza i płacz hogwartczyków nie miały jednak większego znaczenia, gdyż wynik został ustalony i nie dało się go już zmienić.
Jako drugi na arenę wkroczył reprezentant Durmstrangu, Dieter Charlov. Wszystko wskazywało na to, że szczęście nie odstępowało chłopaka nawet na krok, ponieważ – w przeciwieństwie do zatrważającej i niebezpiecznej przygody pierwszego czempiona – bazyliszek prawie wcale mu nie przeszkadzał. Charlov przemierzył teren wzdłuż krawędzi, raz tylko ledwie unikając uderzenia ogonem węża, ale nie napotkał żadnych innych prawdziwych trudności. Na widowni panowało ogólne zamieszanie, które wraz z upływem czasu, przemieniło się w podejrzenie. Czy młodzieniec wcześniej zrobił coś bazyliszkowi?
Charlov nie potrzebował nawet dziesięciu minut, żeby ukończyć pierwsze zadanie.
Kiedy przyznawano punkty, z trybun dochodziła fala pełnych rozczarowania dźwięków. Uczniowska pogarda była wręcz namacalna. Chociaż reprezentant Durmstrangu nie napotkał większego wyzwania, zwłaszcza w porównaniu z poprzednim występem, wykonał zadanie w o wiele lepszym czasie i przy mniejszym zużyciu energii – wynik doskonale to odzwierciedlał.
Igor Karkarow siedział wraz z innymi uczniami swojej szkoły, z zadowoleniem słuchając rosnącego niezadowolenia publiczności. Z zajmowanego miejsca widział Riddle'a pochłaniającego ten moment z niegodziwą wręcz przyjemnością. Dostrzegał niewielkie załamania w nieskazitelnej fasadzie chłopca i po prostu wiedział, że w Tomie Riddle'u kryło się znacznie więcej, aniżeli miał zobaczyć świat.
Byli do siebie podobni – dwie bestie w ludzkiej skórze.
I właśnie teraz, jakby wyczuwając myśli Igora, spojrzenie Ślizgona przeniosło się na sekcję Durmstrangu – przystojny młodzieniec subtelnie uśmiechnął się kącikiem ust.
Jako ostatnia na arenę wkroczyła Mylene Lance. Mimo że dyrektorka Beauxbatons miała wielkie oczekiwania wobec swojej podopiecznej, nie oznaczało to, że dziewczyna mogła im sprostać.
Nie było sensu zrzucać całej winy na węża. Tak właśnie został wyposażony przez matkę naturę: w piękny, silny ogon, w ociekające trucizną, ostre zęby oraz okrutny temperament.
Ku powszechnemu zaskoczeniu bazyliszek gwałtownie wyrwał się z apatii. Gdy tylko zauważył młodą czarownicę, w jego oczach można było dostrzec tylko i wyłącznie złość; był to tak piekielny gniew, że bez niczego mógł konkurować z intensywnością słońca.
Takiego obrotu sytuacji można się było spodziewać. Terytorium, które uznał za swoje, zaznaczyło zapachem już dwoje ludzi. Został wystrychnięty na dudka przez poprzednich reprezentantów i najwidoczniej nie zamierzał pozwolić sobie na kolejną porażkę. Postanowił stawić czoło wyzwaniu, które odważyło się stanąć tuż przed nim.
Bazyliszek podniósł swój łeb, unosząc się odrobinę w górę i ukazując światu podbrzusze. Ku dezorientacji widowni otworzył paszczę i wydobył z siebie dziwaczny ryk, któremu towarzyszyły bliżej nieznane, najprawdopodobniej trujące opary. Uczniowie szybko pozakrywali nosy i usta, lecz mimo to zawładnęły nimi zawroty głowy i zmęczenie – wyziew bez większych przeszkód przeniknął przez szczeliny pomiędzy palcami i poprzez włókna ubrań.
W porównaniu z Charlovem szczęście Mylene zwyczajnie nie istniało.
Po wypuszczeniu z siebie gazu wąż usytuował się obronnie na skałach. Ewidentnie czekał na intruza.
Zielona mgiełka wypełniła większą część areny, a powietrze stało się tak mętne, że ciężko było dostrzec szczegóły. Opary uparcie odmawiały rozproszenia. Mylene nie miała żadnych opcji – długi, gotowy do uderzenia, łuskowaty ogon, potężne, gotowe do ugryzienia szczęki i kapiąca wszędzie żrąca wydzielina stanowiły przeszkody niemożliwe do przejścia.
– Patrzcie! Lewituje kamienie!
Sprytna dziewczyna przywoływała do siebie skały, na których mogła bezpiecznie stanąć i skakała po nich w powietrzu. Ile czasu jednak mogła w ten sposób wytrzymać, wstrzymując oddech i jednocześnie unikając długiego ogona wrogo nastawionego stworzenia?
Bazyliszek skierował na nią swój wzrok, otworzył paszczę i przygotował się do ataku.
Wszyscy przyglądali się tej scenie, zmrożeni w miejscu. Nikt nie oglądał się na innych członków widowni; nikt nie odrywał nawet na sekundę wzroku od horroru, który rozgrywał się na arenie.
Tom Riddle bezwiednie obnażył białe zęby w przepięknym uśmiechu. To było ostrzeżenie, kara za próbę zbliżenia się do tego, co było jego własnością.
Profesor Binns powiedział jakiś czas temu: „Z powodu wysokiej śmiertelności wydarzenie zostało niegdyś zawieszone na czas nieokreślony". Wniosek z tego przesłania płynął jeden: utrata jednego z reprezentantów nie była niczym zaskakującym lub – co więcej – absolutnie niepodejrzanym.
Nauczyciele wpadli w popłoch i nie minęła nawet minuta, kiedy wpadli na arenę i szybko pospieszyli z ranną reprezentantką do Skrzydła Szpitalnego, podczas gdy reszta dorosłych czarodziejów wpakowała bazyliszka z powrotem do klatki i zabezpieczyła ją na wszelkie możliwe sposoby; w międzyczasie bestia była dziwnie milcząca. Rozczarowani i zaniepokojeni przebiegiem pierwszego turniejowego zadania uczniowie zaczęli się rozchodzić.
Pod osłoną nocy do klatki zbliżyła się nieduża, roztaczająca wokół siebie aurę mroku i niebezpieczeństwa, postać.
– Dobry chłopiec – syknęła.
