Disclaimer: I don't own Harry Potter.

Słowniczek: wężomowa


Rozdział 48

Zazdrość


Grudzień 1942 r.

Karkarow dopiero zaczynał rozumieć, z jakim demonem zawiązał pakt.

Pierwsze zadanie miało miejsce niecałe dwa dni temu, a oczy, które niegdyś patrzyły na Charlova z zazdrością i podziwem, teraz sztyletowały go z nieskrywaną pogardą. Oczywiście – to, że tak dobrze mu poszło, w dużej mierze zależało od szczęścia, aczkolwiek plotka głosiła, że przed wkroczeniem na arenę łyknął Felix Felicis. Wieść ta rozprzestrzeniła się w okamgnieniu, przez co wszyscy byli obrzydzeni zachowaniem reprezentanta Durmstrangu.

– Oszukiwał! – Uczniowie Hogwartu nie zamierzali popuścić. – Powinien zostać zdyskwalifikowany z Turnieju Trójmagicznego!

Podczas gdy plotka dalej się rozprzestrzeniała i rozrastała, młodzież była coraz to bardziej wściekła, a Charlov, nieświadomy niczego głupiec, w obronie swej niewinności, gorączkowo protestował przeciwko tym oskarżeniom.

Nawet Ślizgoni, którzy powszechnie doceniali zarówno przebiegłą taktykę, jak i Durmstrang, traktowali Dietera z pogardą i lekceważeniem.

– Jak beztrosko zachowywał się po swoim zwycięstwie! Uważam, że wkrótce go zdyskwalifikują. – Cygnus Black nie szczędził szyderczych komentarzy. Akurat przechodził razem z Tomem obok grupy z zagranicy. – Jeżeli sędziowie naprawdę wykryją Felix Felicisa, obawiam się, że Durmstrang będzie miał naprawdę wielkie szczęście, jeśli ta szkoła nadal będzie mogła konkurować.

Riddle nieszczególnie entuzjastycznie reagował na przebieg rozmowy, usta mu nawet nie drgnęły, ale w głosie dało się słyszeć rozbawienie.

– Doprawdy, wyszło dość niefortunnie.

Czymże mógłby się stać Dieter Charlov po upadku z tak dużej wysokości, gdy chwalebne zwycięstwo usunęło się spod jego stóp? Posmakował chwały sukcesu, a teraz zostanie odepchnięty w kąt niczym szmaciana lalka, pogardzany nawet przez kolegów z własnej szkoły. Jakim cudem mógłby się stać kimś więcej niż tylko niewiarygodnym pechowcem?

Ciekawe, jak bardzo Charlov popadnie w rozpacz, kiedy zakończy się śledztwo?

Karkarow nie drgnął, twarzą zwrócony ku stojącemu obok Krumlovowi, innemu uczniowi Durmstrangu i kątem oka obserwował Toma Riddle'a. Kiedy przyuważył błysk czerwieni w oczach młodzieńca, po kręgosłupie przebiegł mu dreszcz.

Nie był pewien, w jaki sposób, ale ten nawet nieszesnastoletni Ślizgon, był niesamowicie wyrachowany i sprytny; chyba nikt inny nie byłby w stanie tak dobrze obrócić sytuacji na swoją korzyść. Żeby odnieść sukces, nie musiał nawet wyciągać z kieszeni szaty różdżki.

Odkąd Charlov został reprezentantem Durmstrangu, Karkarow nieustannie knuł i spiskował, aby zrzucić go z podium, ale Riddle nie był zainteresowany jedynie pokonaniem zawodnika – zamierzał go zniszczyć!

Czy chodziło tu o wypracowanie przewagi? Czy Riddle – wciąż chłopiec – chciał po prostu zrujnować mężczyznę, którym był Charlov? A może zwykła wygrana zwyczajnie nie mogła go zadowolić?

Ślizgon zauważył, że jest obserwowany. Spojrzał wprost na Igora i uśmiechnął się, po czym jak gdyby nigdy nic, odwrócił wzrok i odszedł.

Karkarow zrezygnował z zarzekania się, że upatrzona ofiara nie ucieknie i skończy z odrąbaną głową. Gdy poczuł, że jego rola w całym przedsięwzięciu diametralnie się zmieniła, zaczął się bać.

Zacisnął zęby i postarał się powstrzymać przenikający aż do kości chłód.

Tom Riddle nie jest dorosłym czarodziejem, pocieszał się Igor. Jest tylko dzieckiem.


Pierwszego zadania Turnieju Trójmagicznego wyczekiwano z olbrzymim entuzjazmem, lecz po nim nastrój zmienił się nie do poznania.

Turniej okazał się niezłym kawałem! Durmstrang oszukiwał, a reprezentantka Beauxbatons została wysłana bezpośrednio do punktu medycznego. Jedynego pozytywu całego wydarzenia można było się doszukiwać w tym, że biorąc pod uwagę haniebny czyn, którego dopuścił się Charlov, Hogwart de facto miał pełne prawo okazać się zwycięzcą.

Harry nie poświęcił rozwścieczonym, rozczarowanym ani przygnębionym uczniom większej uwagi, spiesząc się do Skrzydła Szpitalnego.

– Harry?

Niosąc kosz pełen owoców i kolorowych, opakowanych w ozdobny papier, prezentowych pudełeczek, sięgających mu praktycznie pod sam nos, Potter musiał wyciągnąć szyję, żeby zobaczyć, kto go zawołał. Wątpliwie ułożony stos zakołysał się niebezpiecznie w jego ramionach.

Czyjaś ręka wysunęła się do przodu i w locie złapała upadające pudełko.

Czarodziej odetchnął z ulgą i zerknął na nieoczekiwanego pomocnika.

– Dzień dobry, Tom. – Z wysiłkiem uwolnił dłoń spod stosu prezentów i szybko nasunął na nos spadające okulary. Potem posłał Ślizgonowi olśniewający uśmiech.

Harry wewnętrznie westchnął na widok Toma. Musiał przyznać, że odrobinę zazdrościł chłopcu.

Liczący piętnaście wiosen młodzieniec był wysoki i szczupły, choć nie sprawiał wrażenia słabego. Prezentował światu pewną siebie postawę, a natura nie poskąpiła mu urody, obdarzając pięknym obliczem. Tom Riddle przypominał idealny rzymski posąg. Stojąc na zakurzonym szkolnym korytarzu, na tle kamiennej ściany wyglądał, jakby naprawdę należał do tej scenerii. Dziedzic Slytherina był niezwykle majestatyczny.

Ślizgon uniósł brew, a Harry odłożył te gorzkie myśli na bok i pozwolił, aby wrócił mu dobry humor.

– Gdzie idziesz? Pomogę ci trochę z tymi ciężarami. – Tom nie zauważył rozproszenia dorosłego i wyciągnął pomocną rękę.

– Och, to od uczniów Beauxbatons. Poprosili mnie o zaniesienie ich Mylene Lance. Znasz ją?

Oczywiście, że tak. Z radością przyglądał się przedstawieniu, kiedy zabierano dziewczynę do Skrzydła Szpitalnego. Tom spojrzał łagodnie na swojego rozmówcę, a następnie uśmiechnął się życzliwie. Kurtuazja skrzętnie ukryła ciemne myśli i błysk szkarłatu w oczach.

– Owszem. To reprezentantka Beauxbatons.

– Magomedyczka nie wpuściła do sali jej grupki przyjaciół, więc przyszli do mnie z prośbą o przekazanie upominków. – Na wspomnienie pełnej życia i inteligentnej dziewczyny na twarzy Harry'ego mimowolnie pojawił się uśmiech. W jakiś dziwnie paradoksalny sposób, w 1942 roku mógł znaleźć ludzi podobnych do tych z 2001. Alphonse przypominał mu Rona, Joan Hermionę, a Mylene – ze swoim radosnym nastawieniem i stanowczym charakterem – Ginny; aż go za serce chwytało. To było niesprawiedliwe w stosunku do przyjaciół, ale widział w tych wszystkich nowo poznanych cienie bliskich osób, a w sercu niemalże czuł ich znajomość.

Tom nie cierpiał, kiedy Harry uśmiechał się, myśląc o kimś obcym. Jak mógł być tak szczerze dobry w stosunku do byle jakiego nieznajomego? Zdecydowanie był zbyt wspaniałomyślny i dobroduszny.

Ślizgon zawsze porównywał uśmiechy, którymi Harry obdarzał innych z tymi, których sam był odbiorcą – nadal były prawdziwe i niezakłamane, lecz jednocześnie nijakie, zabarwione niechęcią, znużeniem bądź chłodem. Tom pozwolił, aby mroczniejsza część jego duszy doszła do władzy; dało się ją dostrzec w odrobinę ostrzejszym spojrzeniu. Nie potrafił tego ani ukryć, ani szybko stłumić.

Riddle poświęcił dodatkową chwilę na rozmyślania nad znaczeniem uśmiechu mężczyzny, a następnie przeniósł swoją uwagę na niesione prezenty.

– Dobrze znasz tę dziewczynę, Harry? – zapytał nieco rozkojarzonym tonem.

– Nieszczególnie, ale czasami wpadaliśmy na siebie w bibliotece i kilka razy się pojedynkowaliśmy.

Och, a więc czasem na siebie wpadali?


– Znów przyszedłeś mnie odwiedzić, Harry! – Uczennica ubrana w białą szpitalną koszulę przywitała gości z szerokim uśmiechem na twarzy.

Znów? Stojąc za swym opiekunem, Tom natychmiast wyłapał tę nieścisłość. W głowie momentalnie doświadczył implikacji tych słów.

– Tak się cieszę, że wróciłeś, Harry. Czekałam, żeby cię o coś zapytać. Czy nie chciałbyś potowarzyszyć mi na przyjęciu świątecznym? – Pomimo tego, iż nie byli we dwójkę, a Tom uważnie się wszystkiemu przysłuchiwał, dziewczyna była odważna. Nagle zrobiła niewinnie zakłopotaną i nieśmiałą minę. – Nie znam tu zbyt wielu ludzi i naprawdę nie wiem, kogo innego mogłabym o to poprosić.

Leżąc w łóżku, niezdrowo blada i z zabliźniającą się powoli raną, wciąż sprawiała wrażenie ładnej.

Harry nie zareagował, więc Ślizgon wykorzystał okazję, żeby zabrać głos.

– Wygląda na to, że panna Lance dochodzi do zdrowia.

Tom wykorzystał swój urok, gdyż wiedział, że przystojna twarz i łagodny uśmiech mogły oszukać nawet samą Atenę. Skupił się na pacjentce.

Ostrzegawcza nauczka najwidoczniej nie przyniosła oczekiwanych rezultatów, bo rana po ataku bazyliszka leczyła się zdecydowanie za szybko. Jakim sposobem tak szybko dziewczyna pokonała ból? Powrót do zdrowia powinien zająć więcej czasu.

Mylene nie była pewna, jak postąpić. Tom Riddle był oszałamiający i patrzył wprost na nią. Zarumieniła się pod wpływem tego zniewalającego spojrzenia, ale nie zmieniło to faktu, iż nadal bardzo lubiła Harry'ego.

– Ach, tak. Magomedyczka jest cudowna. Eliksiry znacznie przyspieszają proces gojenia się ran – odpowiedziała uprzejmie.

Kiedy młodzież pogrążyła się w rozmowie, Harry poruszył się niezręcznie. Zupełnie zapomniał o nieodłącznym niebezpieczeństwie związanym z balem bożonarodzeniowym i swoimi niezdarnymi próbami komunikacji z dziewczętami. Nie spodziewał się, że ktoś podejmie inicjatywę i zostanie w to wciągnięty. Był całkowicie oszołomiony i nieprzygotowany.

Wszelkie pomysły zaproszenia go na randkę z góry powinny być odrzucane – chociażby przez wzgląd na samą różnicę wieku. Miał ponad trzydzieści lat i – w porównaniu do uczennic – należy go postrzegać jako starszego mężczyznę. Uświadamiając sobie ten fakt, pokręcił przecząco głową i postanowił wprost odrzucić tę propozycję. Wtem, zanim na poważnie otworzył usta, wstrzymał się. Przez chwilę rozmyślał, jak bardzo może zaboleć odtrącenie zalotów, zwłaszcza jeżeli w pobliżu była postronna osoba.

Miał w swych rękach uczucia młodej dziewczyny i musiał się upewnić, że ta pewna siebie, cudowna panna nie zostanie ani poważnie skrzywdzona, ani zawstydzona.

Skrupulatnie rozważył możliwe opcje.

– Nie potrafię tańczyć.

– Mogę być twoją nauczycielką! – odpowiedziała natychmiast Mylene.

Harry nie mógł nic poradzić na to, że zbyt dobrze zdawał sobie sprawę, jak ciężko jest nastolatkowi, który nie może znaleźć sobie pary. Sympatyzował z Lance.

– W porządku. Powinnaś się zrelaksować i zregenerować siły. Najprawdopodobniej i tak zawstydzę nas oboje.

– Co każe ci tak myśleć?

Tom patrzył, jak dziewczyna się śmieje. Monstrum, które się w nim kryło, aż gotowało się z zazdrości.

Cóż, jeżeli Harry nie chciał robić z siebie głupca, a Mylene miała zamiar nauczyć go podstaw… – zazdrość, niczym żądło, ukłuła go prosto w serce, rozprzestrzeniając po organizmie śmiertelną toksynę.

– W takim razie może ja mógłbym nauczyć Harry'ego tańca. – Na twarzy Ślizgona widać było najbardziej uroczy uśmiech z całego mimicznego arsenału; na więcej chyba zebrać się już nie mógł. Wysilił się także, żeby brzmieć spokojnie i uprzejmie. – Panna Lance mogłaby wówczas należycie odpocząć. Jakby na to nie spojrzeć, intensywna energiczna nauka tańca może nadmiernie forsować i być męcząca.

Harry przystał na tę propozycję, choć nie od razu – odrobinę się wahał. Mimo to potwór czający się w Tomie wciąż nie był zadowolony i pragnął rozszarpać dziewczynie gardło.

– Odpoczywaj. Magomedyczka powiedziała mi, że najprawdopodobniej jutrzejszego dnia będziesz mogła opuścić Skrzydło Szpitalne. – Uśmiechnął się Potter, po czym pomachał Mylene i wyszedł z sali.

– Nie mogę się doczekać, aby zobaczyć twój postęp w kolejnym zadaniu. – Tom również grzecznie się pożegnał. – Życzę zdrowia.