Nadszedł czas, moi drodzy. Otóż to koniec tłumaczenia oryginału na język angielski. Wcześniej tłumacz także miał dłuższe przerwy w pracy nad tekstem, tak więc liczę, że tym razem – choć dwa lata to dużo – również tak będzie. Jeżeli jednak Snow całkowicie porzucił opowiadanie, cosik się wykombinuje.

Dziękuję za wsparcie, komentarze i cichą obecność.

Na ten moment na brudno zajmuję się trzema fanfikami, a pierwszy rozdział najpilniejszego z nich – szóstej części sagi o Albusie Potterze Vekina87 – opublikuję we wrześniu, ot tak na rozpoczęcie roku szkolnego.

Udanych wakacji i do następnego! : )


Rozdział 51

Wszystkiego najlepszego, Tom!


31 grudnia 1942 r.

Tom Riddle był bardzo, ale bardzo-bardzo szczęśliwy. Po głębszym zastanowieniu słowo „szczęśliwy" okazało się wielkim niedopowiedzeniem – być może lepiej oddałyby istotę jego emocji określenia „bezlitosny i bezapelacyjny triumf".

Miał wszystko w swych rękach i był z tego powodu bardziej niż zadowolony.

Dumbledore niegdyś powiedział, że Tom był najlepszym uczniem w Hogwarcie. To była godna pochwała, na którą dziedzic Slytherina w pełni sobie zasłużył. Riddle miał najzimniejsze, najtwardsze serce, potrafił być stanowczy aż do bólu; cechowały go czarujący wygląd i elokwencja, a przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji zawsze korzystał ze swej inteligencji. Każda lekcja, której się nauczył, prędzej czy później przyczyniała się do realizacji jego celów.

W Hogwarcie zginęła uczennica Beauxbatons, a to z kolei rodziło pytanie, kto przyłożył do tego rękę. Najpewniej za kilka dni, nawet po uwzględnieniu niekompetencji Ministerstwa Magii, sprawca zostanie złapany. Ślizgon na spokojnie zastanowił się, w jaki sposób i kiedy najlepiej będzie wprowadzić w życie następną część planu.

Tom wziął serwetkę i eleganckim ruchem otarł czekoladowy sos z kącików ust. Jedno spojrzenie na długi stół, przy którym siedział zagubiony mężczyzna razem z młodą brunetką, wystarczyło, aby się chłodno uśmiechnął. Usatysfakcjonowany, zostawił poplamioną serwetkę na talerzu i wyszedł z Wielkiej Sali.

Och, naprawdę uwielbiał to uczucie. Czuł się wolny, a ograniczające go przywiązanie z dnia na dzień słabło, znikało. Teraz był w stanie działać całkowicie wedle własnego uznania, nawet w obecności Harry'ego – przestał być niewolnikiem swych kompromitujących emocji. Co więcej, zauważył także, że jego wahania nastroju znacząco się zmniejszyły.

Te osłabiające, bezwolne, bezużyteczne emocje zostały zapieczętowane w dzienniku o czarnej okładce, kosztem życia nieużytecznej dziewuchy.

Dziedzic Slytherina uśmiechnął się, czując nagły przypływ mocy – stał się tak potężny, że już nigdy się nie zatrzęsie bądź ugnie.

Mimo to cichy głos w głowie odważył się zapytać, dlaczego w takim razie powstrzymał Ovidiusa przed ostrzeżeniem Harry'ego?

Nie mógł zaprzeczyć, że emocje, które w nim pozostały, w mniejszym lub większym stopniu wpłynęły na tę decyzję. Najważniejsze, że to, co sprawiało, że jego emocje szalały, bezpowrotnie zniknęło. Nie będzie już kontrolowany, a wszelkie pozostałości nie wymagają wielkiej troski. Nawet najmniejsze przeziębienie, pomimo procesu leczenia, pozostawia w organizmie wirusa i nie da się go, ot tak natychmiast wykorzenić, a emocje kumulowały się i piętrzyły w nim przez ponad dekadę życia.

Nie było jednak powodów do zmartwień – szczątkowe sentymenty wciąż są dzielone na mniejsze i rozkładane na cząsteczki.

Pomimo podróży w czasie i chęci zmiany przeznaczenia, koronacja króla stanowiła część ceremonii otwarcia, którą bohater miał szansę zobaczyć. Dusza Toma Riddle'a stopniowo ulegała zniszczeniu, dzięki czemu rodził się Lord Voldemort.

Historia jest oporna na manipulacje.


Do Hogwartu zostało wpuszczone świeże powietrze. Padający za oknem śnieg pokrywał dachy białym puchem, biały i oślepiający, jak gdyby sama natura oddawała hołd zmarłej dziewczynie.

Uczniowie snuli się po szkolnych korytarzach w kiepskich nastrojach – i z powodu Turnieju Trójmagicznego, i śmierci Mylene Lance.

Po raz kolejny zawody okazały się porażką – zginął jeden z uczestników, a co gorsza, ten bardziej lubiany. Nawet cieszący się z czyjegoś nieszczęścia Ślizgoni nie mogli zignorować smutnej granicy pomiędzy życiem a śmiercią.

Tom, niosąc książki, kierował się do sali eliksirów; poprzednia żywa i entuzjastyczna atmosfera tylko go męczyła i irytowała. W pewnym sensie był podobny do dementorów: im zimniej i ciemniej, tym był radośniejszy oraz także starał się wyssać z innych szczęście.

Wtem przypomniał sobie smutną bladą twarz Harry'ego oraz towarzyszącą jej mściwą satysfakcję rozprzestrzeniającą się po ciele z każdym uderzeniem serca. Wspaniały dlań widok, a co więcej, będąc w tak dobrym nastroju, mógł w pełni docenić minę mężczyzny: brzydką, zrozpaczoną i bolesną – sprawiała, że Tom aż drżał z podniecenia.

Czy ówczesną twarz Harry'ego można było opisać tylko i wyłącznie w samych negatywach? Oczywiście, że nie. To wada charakteru albo nieświadome postrzeganie, ale młodzieniec nadmiernie się skoncentrował na kapiącym z pióra atramencie, ignorując przy tym białość pergaminu. Głęboko pamiętał te mizerne ekspresje, ale celowo bądź bezwiednie pominął inne: miękką, szczęśliwą, troskliwą, zaniepokojoną i wspierającą.

Słońce świeci, nie opowiadając się po żadnej ze stron, ziemia rodzi roślinność, a nieczystości bakterie.

Ślizgon zaśmiał się ze swoich przemyśleń i kontynuował marsz.

Mylene Lance zmarła, a Hogwart mógł na spokojnie wrócić do bycia tylko zwyczajną szkołą.

– Tom! – Został zawołany, więc grzecznie się obejrzał. Z tyłu zobaczył machającego do niego około czterdziestoletniego mężczyznę w okularach. Z wypisanym na twarzy podekscytowaniem ściskał w dłoniach pomięty pergamin. Profesor zawsze był entuzjastycznie nastawiony, jeżeli chodziło o runy.

– Rozwiązałem zagadkę! – wykrzyczał nauczyciel, czym zwrócił na siebie uwagę kilkoro mijających go uczniów, którzy podnieśli ze zdziwienia brwi.

Mimo że był trochę daleko, Tom z ledwością dostrzegł linie tuszu na papierze. Z miejsca domyślił się, że przynajmniej część z tego dotyczyła symboli przerysowanych z tajemniczej klepsydry Harry'ego. Czy właśnie o tę zagadkę chodziło?

Riddle nie był tym szczególnie zainteresowany. Ogromne pragnienie odkrycia prawdy znacznie się zmniejszyło wraz z pragnieniami dotyczącymi adopcyjnego ojca. Kim tak naprawdę był Harry Potter i jaki skrywał sekret? Zupełnie o to nie dbał.

Istniało duże prawdopodobieństwo, że kompletnie nie znał mężczyzny, który go wychowywał od kilku lat; że mieszkał z nieznajomym, ale jakie to miało teraz znaczenie?

Odkładając to na bok, posłusznie podszedł do nauczyciela, przywitał się uprzejmie i przybrał przepraszający wyraz twarzy.

– Proszę mi wybaczyć, profesorze. Myślę, że spóźnię się na zajęcia. Czy ta sprawa może trochę poczekać? Z przyjemnością omówię ją z panem w innym terminie.

Choć był nieszczególnie otwarty na ludzi, zrozumiawszy ukryte przesłanie, mężczyzna pokręcił przecząco głową.

– W porządku. Biegnij na lekcje.

Profesora ogarnęło nagłe zniechęcenie. Wcześniej chłopiec był bardzo chętny do rozwikłania zagadki, więc skąd ten niespodziewany brak zainteresowania? A może jedynie to sobie wyobraził?

Nic nie mogło zmienić faktu, iż te runy były naprawdę cudowne – zawarte w nich było przede wszystkim rozszerzenie dla zmieniacza czasu. Obliczanie najdalszego możliwego zasięgu zajęło kilka tygodni, ale było warto się poświęcić. W przybliżeniu wynosił on od pięćdziesięciu do nawet stu lat. To potężne zwielokrotnienie obecnego limitu i bez wątpienia nagłośnienie tego odkrycia wywołałoby potężne poruszenie w świecie magii.

Profesor w pośpiechu wrócił do swego prywatnego laboratorium. Dla wielu naukowców samo dotarcie do prawdy było równie wspaniałe co udostępnienie jej.

Tom Riddle nigdy się nie dowie, że przegapił taką okazję. Zupełnie go to nie obchodziło, bo nie musiało.


Harry nie wiedział, że mogące go skuć kajdany, zniknęły.

Zamiast rozmyślać o przeszłości czy przyszłości, po prostu wyglądał przez okno i obserwował prószący z nieba śnieg, czekając na nadejście ostatniego dnia roku.

Właśnie ten dzień stanowił jedyny jasny punkt na pochmurnym sklepieniu niebieskim. 31 grudnia – urodziny Toma.

Harry wciąż miał w pamięci trzymanego w rękach noworodka i to, że chłopczyk wcale nie wyglądał słodko; od małego sprawiał wrażenie bardzo dumnego. Czarodziej uśmiechnął się na myśl, że nawet taki chodzący anioł niegdyś był brzydki.

W okamgnieniu dziecko stało się od niego wyższe i nim się obejrzał, miało już szesnaście lat.

Każdy, kto choć trochę znał Harry'ego Pottera, wiedział, że urodziny są dla niego najważniejszym ze świąt, które powinno się obchodzić. Odkąd pamiętał, uwielbiał brać udział w tego typu zabawach.

Najprawdopodobniej była to konsekwencja dekady bez świętowania dnia własnego przyjścia na świat i braku otrzymania jakiegokolwiek prezentu. Wszystko zmieniło się w noc, kiedy podarowano mu pyszne ciasto, a wraz z nim kopertę z listem z Hogwartu. Uwielbiał urodziny i niejednokrotnie niemiłosiernie żałował, że nie może obchodzić tygodnicy, zamiast rocznicy. Hermiona nierzadko wyśmiewała ten pomysł.

Najlepszą częścią celebracji był czas spędzony w gronie przyjaciół i właśnie dlatego nalegał, aby Tom cieszył się z każdego jubileuszu, nawet jeżeli skoki w czasie i przestrzeni nadwyrężały organizm Harry'ego. Przynajmniej przygotował, tak na wszelki wypadek, upominek – do tej pory pominął tylko jedne urodziny syna, te w 1938 roku. Nieszczęśliwie się złożyło, że był wówczas w 2001 roku, mierząc się z Czarnym Panem.

Mężczyzna potarł chłodne policzki, sprawiając, że zrobiły się lekko czerwone. Miał wrażenie, jakby został uwięziony w szczelinie pomiędzy dobrą a złą energią. Może się przeziębił?


Harry i Joan nie mieli za dużo czasu na pogaduszki, ponieważ toczące się śledztwo sprawiło, że obydwoje mieli ręce pełne roboty.

– Chcesz wyjść do Hogsmeade 31–wszego? Zgoda, razem z Alphonse'em obstawimy twój dyżur. – Uśmiechnęła się Joan. Wiedziała, że to ważny dla rodziny dzień. – Nie wyglądasz zbyt dobrze. Może powinieneś poprosić Toma, aby przyrządził ci jakąś miksturę?

Harry poruszył się niezręcznie i potrząsnął głową.

– Riddle'a? Jest dopiero na piątym roku, prawda? – Alphonse rzucił koleżance zdziwione spojrzenie.

Piąta klasa? Tom zdecydowanie przekroczył próg wiedzy i zaklęć przewidziany nawet na siódmy rok nauki.

Joan zobaczyła, że Harry wygląda na trochę zmęczonego i poczuła, że jej serce zabiło z niepokoju. W ostatnim czasie praktycznie w ogóle nie widywała ojca i syna razem.

Bardzo dziwne.

Jednak to, co najbardziej zdziwiło kobietę, miało miejsce 31 grudnia.

Od samego rana Harry był w świetnym nastroju, co zmiękczyło jego zmizerniałą, bladą twarz, przez co przybrała delikatniejszy, piękniejszy wyraz.

Kiedy otworzył drzwi do pokoju Joan, trzymając w prawej dłoni książkę, a w lewej ozdobny papier i wstążkę, wyglądał na zawstydzonego.

– Zawsze od razu pakowano mi zamówienia, ale sprzedawca w księgarni powiedział, że się tym nie zajmuje. – Harry wyciągnął różdżkę i spróbował owinąć papierem prezent; wyszło mu kiepsko.

Joan pospieszyła z pomocą i ostrożnie go rozpakowała.

– „Klasyczna antologia run"?

– Ostatnimi czasy Tom bardzo się nimi interesuje – wyjaśnił.

Kobieta wzruszyła niedbale ramionami, gdyż nawet Krukoni uważali ten przedmiot za nudny i wybitnie skomplikowany. Wykorzystawszy odpowiednie dekoracyjne zaklęcie, sprawnie opakowała książkę – podarek wyglądał teraz o wiele ładniej i schludniej. Gdy spojrzała na przyjaciela, patrzącego na efekt końcowy, uśmiechnęła się szeroko – ten człowiek zarażał wesołością.

Wizytę w pokoju zakończyła myśl, iż dzisiejszego dnia Harry będzie o wiele szczęśliwszy od solenizanta.


– Wybacz, Harry. – Tom odziany był w elegancką, oszałamiającą szatę wyjściową z bogato zdobionymi mankietami. Potter poczuł się w niewytłumaczalny sposób zawstydzony, że miał na sobie zwyczajne, luźne ubrania. Młodzieniec uśmiechnął się, a ciemne oczy ukryły skrywany w nich fałsz. – Abraxas zorganizował dla mnie przyjęcie urodzinowe w swoim domu.

Wszystko w Tomie, od przystojnej twarzy po odzież, mówiło, że urodził się właśnie po to, aby lśnić. Natura obdarzyła go smukłym, choć silnym ciałem oraz wykraczającą ponad wiek inteligencją – nikt nawet nie przypuszczał, że to przyjęcie stanowiło przykrywkę dla zgromadzenia wokół siebie tych, których uważał za przydatnych lub potężnych sojuszników.

W porównaniu do luksusowej imprezy myśl, że ojciec w Hogsmeade kupił skromny prezent urodzinowy, była niesamowicie zabawna.

– Cóż, w takim razie: wszystkiego najlepszego, Tom. – Harry uśmiechnął się szczerze i wręczył solenizantowi podarek.

Riddle nie dbał o opakowanie i nie miał żadnych skrupułów, żeby je rozerwać. Gdy zobaczył tytuł książki, odniósł wrażenie, że ta z niego szydzi.

– Klasyczne runy? – Zaśmiał się, odłożył tomiszcze na bok i udał się na przyjęcie godne Lorda Voldemorta.

Następnego dnia Joan zacisnęła usta, gdy dowiedziała się, że Harry po raz kolejny wyszedł poza teren szkoły – tym razem mierzył w Ulicę Pokątną. Idiota powiedział, że przeszuka każdą księgarnię.

– Chcę znaleźć książkę, która naprawdę mu się spodoba. Uszczęśliwianie go mi również sprawia radość – oświadczył.