Disclaimer: I don't own Harry Potter


Moi mili, dobre wieści!

Nowy tłumacz zapowiedział aktualki we wtorki i w piątki, tak więc wracamy do regularności. Nie obiecuję, że przetłumaczony rozdział znajdzie się tu następnego dnia, bo mam pracę, życie prywatne i nadal pracuję nad sagą o Albusie Potterze, ale możecie się spodziewać update'ów także z mojej strony.

Zapraszam!


Rozdział 53

Przetrwa tylko jeden?


1943–2001

Harry odszedł.

Tom dowiedział się od Joan. Ciemne oczy dziedzica Slytherina natychmiast sczerwieniały; sprawiały wrażenie krwistych.

Kobieta była zaskoczona tą zmianą. Myślała, że będzie wściekły i nie oczekiwała takiego spokoju.

– Och, rozumiem. – Zachowywał się, jakby rozmawiali o dzisiejszej pogodzie.

Joan nie potrafiła sobie tego nawet wyobrazić – w jaki sposób, z tak czerwonymi oczami, mógł być opanowany? To intensywne poczucie niezgodności i konfliktu sprawiło, że czarownica automatycznie poczuła się zdenerwowana.

Koniec końców doszła do wniosku, że te takie dni jak ten, były dla niej najbardziej zaskakujące. Zmarszczyła brwi i spojrzała chłopcu w oczy, które odzyskały swój naturalny kolor – były pełne wewnętrznego spokoju i ciemne niczym staw nocą. Czy przypadkiem szkarłatny odcień nie był tylko chwilową halucynacją?

– Chodzi o Harry'ego. Wyjeżdża – powtórzyła, tak na wszelki wypadek.

Tom Riddle, który dawno przewyższył ją wzrostem, zatrzymał się na moment, a potem błysnął nieskazitelnym uśmiechem.

– Zrozumiałem, pani Joan. Czy mogę już iść?

Kobieta znów zmarszczyła brwi i nie udzieliła odpowiedzi. Stała na szkolnym korytarzu i z bólem serca patrzyła, jak przystojny nastolatek odchodzi z wdziękiem; jego tempo było miarowe. Coś było nie tak. Kiedy Tom stał się taki dziwny? Harry zresztą także.


Tom Riddle wrócił do prywatnego dormitorium. Nie było ogromne, ale najważniejsze, że z nikim go nie dzielił.

Jednym szarpnięciem zerwał z szyi schludnie założony krawat i rzucił go niedbale na łóżko. Następnie wziął głęboki oddech, próbując uspokoić rozemocjonowane serce.

Nic z tego nie było normalne!

Na osobności wreszcie mógł sobie pozwolić na swobodny upust emocji i nie przejmować się koniecznością tłumienia myśli i uczuć. Nikt tutaj nie mógł ujrzeć pary krwistoczerwonych oczu – o wiele intensywniejszych aniżeli słońce o południu – w których dało się dostrzec chłód pełnego skaz piękna.

Tak, nic z tego wszystkiego nie było normalne!

Niekończący utrudniający oddychanie, rozprzestrzeniający się po klatce piersiowej ból – mimo że niezbyt silny, był niemożliwy do zignorowania. Tom bardzo dobrze znał to ćmienie. Tak właśnie się czuł, kiedy samotnie spędzał siedem dni w domu w Londynie, w czasie pierwszorocznej przerwy świątecznej.

Ślizgon wziął kolejny głęboki wdech – dzięki niemu odniósł wrażenie, że ból troszkę zanikł.

To tylko pozostałości po skażeniu!, pocieszał się w duchu.

Używając zaklęcia, przywołał do siebie spod łóżka pudełko z wygrawerowanymi runami. Zdjął przykrywkę i pozwolił czarnemu dziennikowi ujrzeć światło dzienne. Kiedy wyciągnął notes, zobaczył różnorodne skarby – niegdyś przedmioty osobiste należące do adopcyjnego ojca, Harry'ego Pottera.

Spojrzał na zgromadzoną na przestrzeni lat kolekcję i się zaśmiał. Z perspektywy czasu wszelkie działania, których się podjął, aby pozyskać poszczególne elementy, wydały mu się śmieszne, głupie oraz obrzydliwe. Podszedł do kosza na śmieci i bez wahania wszystko wyrzucił, włączając w to kule z zaschniętą krwią Harry'ego i pozostałości po złamanej różdżce. Rano – tradycyjnie – skrzat domowy wyrzuci je na wysypisko, gdzie znikną bez śladu.

Ostatni raz spojrzał na stos „gratów" i znów, odczuwając ogromną dumę, zachichotał. Och tak, to tylko relikty przeszłości.

Wciąż mógł bezlitośnie wyzbyć się tej przeklętej tęsknoty.

Szalone i paranoiczne działania Toma były bez wątpienia próbą udowodnienia sobie patetycznej „niewzruszonej mocy". Nie wszystkiego dało się uniknąć. W murze pojawiły się szczeliny, a bez względu na to, jak potężna wydaje się twierdza, gdy w kamieniu będzie zbyt wiele pęknięć i rys, mury ulegną zniekształceniu, aż w końcu budowla upadnie.


– Tym razem twoja reakcja była naprawdę dziwna, Tom – powiedział po krótkiej obserwacji zachowania współdomownika Abraxas. Malfoy może i sprawiał wrażenie niepoważnego, lecz cechował go przenikliwy umysł. – Wiem, że Harry wyjechał.

Riddle leniwym ruchem przewrócił kartkę czytanego podręcznika, nawet nie odrywając wzroku od stronnic.

– Nie musisz się powtarzać. Wiem od Joan – odparł swobodnie, zupełnie niezainteresowany.

Abraxas przez chwilę bawił się swoimi długimi, platynowymi włosami, wpatrując się w towarzysza szaro-niebieskimi oczyma.

– Co? – Uśmiechnął się. – Zmęczyła cię gra? – Kiedy Tom nie odpowiedział, kontynuował: – Cóż za niestałość. Cały czas się zastanawiałem nad tym, jak wielką masz obsesję na jego punkcie. – Zachichotał, lecz został skarcony przez bibliotekarkę. Straciwszy zainteresowanie, wzruszył ramionami. Najwyraźniej pozostało mu tylko przymknąć buzię i żałować udania się z Riddle'em do naukowego sanktuarium.


Od czasu wyjazdu Harry'ego działania Toma stały się coraz to bardziej aroganckie – zaczął nawet znikać po godzinie policyjnej – oczywiście, powołując się na „nocny patrol", jako doskonałej wymówki używał statusu prefekta.

Jaki był cel tych późnonocnych eskapad? Wycieczki do Komnaty Tajemnic, naturalnie.

Wystarczyło tylko pomyśleć o spuściźnie Slytherina! Salazar był jednym z założycieli Hogwartu – cóż za dziedzictwo po sobie zostawił? Odnalezienie Komnaty było równoznaczne z otrzymaniem dostępu do zapieczętowanej w niej mocy.

Toma Riddle'a charakteryzował niezdrowy pociąg do władzy oraz potęgi, więc samo myślenie o spuściźnie założyciela szkoły sprawiło, że w jego oczach pojawiał się zaborczy błysk; chociaż był przystojny, przybierał wtedy taki wyraz twarzy, że stawał się po prostu ohydny.

– Dlaczego nie wróciłeś do swojego dormitorium, Tom? – Z tyłu dobiegł chłopca miły, z pozoru dobrotliwy głos starszego człowieka. – Łazienka nie jest odpowiednim miejscem do spotkań z przyjaciółmi, wiesz?

Albus Dumbledore.

Ślizgon odwrócił się, a w jego oczach odbijała się młodzieńcza witalność. Szkoda, że była to obrzydliwa hipokryzja.

– Dobry wieczór, profesorze Dumbledore. – Tom uniósł do góry kąciki ust, a dłonie splótł za plecami, przybierając pełną szacunku i pokory postawę. Mimo próby stworzenia wizerunku ułożonego i posłusznego ucznia nie dało się zignorować bijącego od niego nacisku. – Jestem w trakcie nocnego patrolu. Postanowiłem tu zajrzeć, bo ostatnio łazienka wydaje mi się centrum nieprzyjemnych wydarzeń.

No właśnie. Czy aby nie w tej łazience zginęła dziewczyna?

Brwi inteligentnego staruszka zadrżały, a oczy, ukryte za okularami połówkami, natychmiast pociemniały. Nie miał dzieci, więc w ojcowski sposób traktował uczących się tu uczniów. Chociaż Mylene Lance nie przynależała do Hogwartu, jak przemijanie mogło nie wywoływać smutku i strapienia?

Dumbledore spojrzał na stojącego przed nim nastolatka i przypomniał sobie ostrzeżenie Harry'ego sprzed trzech bądź czterech miesięcy. W ciągu ułamku sekundy się postarzał i poczuł zmęczony oraz znużony.

Incydent związany ze śmiercią Mylene Lance nie mógł być tak prosty. Chociaż nie było żadnych dowodów wskazujących na uczestnictwo Toma Riddle'a, wyraz twarzy i zachowanie jego ojca tamtego pamiętnego dnia były bardziej niż wymowne – chłopiec musiał mieć z tym coś wspólnego.

Nieświadomy siły ciemności czającej się w ślizgonie wybrał tę samą ścieżkę zaniedbania i egoizmu, co Harry – w końcu wciąż miał do czynienia z uczniem Hogwartu.

– Nie dokonuj niewłaściwych wyborów, Tom. Twój tata będzie smutny. – Albus spojrzał na młodzieńca, a jego niebieskie oczy były bardziej przejrzyste aniżeli bezchmurne niebo. Starzec mówił poważnym tonem, a w jego słowach dało się słyszeć ostrzeżenie, pocieszenie i jednocześnie zachętę. – Myślę, że nie masz nic przeciwko temu, abym wrócił pierwszy i mógł nacieszyć się słodką lemoniadą, prawda? – Przybrał żartobliwy wyraz twarzy, przez co Riddle poczuł się niewytłumaczalnie nieszczęśliwy.

– Oczywiście, panie profesorze.

Tom odwrócił się na pięcie. Uchylając rąbka tajemnicy, Dumbledore musiał wiedzieć, że coś jest na rzecz, niemniej jednak ślizgon się tym nie martwił.

Co ten stary trzmiel mógł mu zrobić? Nawet gdyby upublicznił jego wszystkie plany, nawet gdyby znaleźli się ludzie, którzy by mu uwierzyli, nic go to nie obchodziło. Nie zależało mu już na Harrym, więc dlaczego miałby się przejmować wytykaniem palcami i oskarżeniami innych?

Tom szedł swobodnym krokiem, w duchu ciesząc się swoją „niezachwianą potęgą".


Buczenie wreszcie ustało, a bębenki w uszach końcu mogły zaznać spokoju. Wreszcie mógł także oddychać. Harry wciągnął powietrze i upadł na zimną podłogę, próbując zwinąć się w kłębek, aby zmniejszyć częstotliwość bolesnych skurczów.

Był to pierwszy raz, kiedy nie wrócił do swojego czasu w uzgodnionym wcześniej momencie. Poprzedni skok trwał dwanaście miesięcy w przeszłości, czyli tylko trzy dni w teraźniejszości.

Hermiona powiedziała mu kiedyś, że jego ciało wytrzyma intensywność tylko pięciodniowego cyklu eskapad, gdzie pięć dni odpowiadało dwóm latom w przeszłości.

Laboratorium było puste. Przyjaciółka najprawdopodobniej nawet nie spodziewała się, że wróci cztery dni przed czasem. Bez niczyjej pomocy Harry mógł tylko leżeć na posadzce, zawstydzony, i czekać, aż ból ustąpi.

W 2001 roku nadal był luty. Mężczyzna był ubrany dosyć ciepło, ale przyciśnięty do zimnej podłogi nie mógł zwalczyć dreszczy. Chłód miał jednak jeden plus – pozwolił oszołomionej głowie trochę wytrzeźwieć.

Tom pomyślnie stworzył horkruksa, pomyślał całkiem świadomie.

Wtem przypomniał sobie słowa Hermiony i jej nietęgą minę. „Nie możesz zmienić historii… ponieważ przeznaczenie wyryło ją już w kamieniu". Pocieszenie przyniosła jej kolejna kwestia: „Przeznaczenie ma jeden defekt, Harry. Kiedy jesteś w przeszłości, nie może wymazać twojego istnienia, bez względu na to, jak bardzo może tego chcieć. Owszem, może gardzić twoimi próbami zmiany historii, ale nie może cię zabić, stąd twoja obecność w tamtych czasach… może okazać się twoją największą bronią".

Dźwignął się z kamienia i z trudem dobrnął do drzwi.

Potrzebował Hermiony. Potrzebował Rona. Potrzebował kogoś – kogokolwiek! – kto mógł posłużyć mu radą bądź po prostu wesprzeć swoim towarzystwem. Potrzebował po prostu z kimś pobyć.


– Mój panie! Około godziny dziesiątej z rana cała Armia Dumbledore'a zobaczyła Harry'ego Pottera... wyczołgującego się z laboratorium!

Czarny Pan natychmiast zainteresował się tą rewelacją – wszystko wskazywało na to, że jego przepowiedziany przeciwnik jest w kiepskiej formie.

– Hm? Wyczołgiwał się?

Mężczyzna, którego twarz skryta była za szerokim czarnym kapturem, przez chwilę wyglądał, jakby był zawstydzony.

– Nie do końca się czołgał, ale... sprawiał wrażenie zbolałego.

– Właśnie się zastanawiałem, od kiedy czarodzieje zaczną nazywać psy imieniem Harry'ego Pottera! – Zgromadzone wokół Czarnego Pana sługusy zaśmiały się arogancko. Zrobiliby wszystko, aby obrazić wrogów i dodać sobie odwagi oraz pewności siebie.

– Cisza – zarządził niecierpliwie młody przystojny mężczyzna, zasiadający na tronie. – Nie słyszę raportu.

Śmierciożercy, którzy głupio rechotali, zadrżeli, a reszta stłumiła chichot, szczerze obawiając się o swoje życia.

– Hm? – Voldemort zmrużył szkarłatne oczy, tak podobne do tych z 1943 roku. – Gdzie jest to laboratorium? – Ślizgon był piekielnie inteligentny i bystry; zadawał tylko najbardziej przełomowe pytania.

– Nie znam dokładnej lokalizacji – jest bardzo dobrze chronione. Oprócz Pottera, do środka może wejść jedynie Granger, nikt inny.

– Kontynuuj misję.

– Tak jest!

Voldemort nagle odniósł wrażenie, że to wszystko zaczynało być zabawne – ten lekkomyślny, mały chłopczyk oraz banda jego tak zwanych przyjaciół...

Ciekawe, cóż to była za tajemnica, nad którą tak ciężko pracują.

Tak czy inaczej, było już za późno.

Wspaniały Wybraniec powinien był zwrócić większą uwagę na krążące po czarodziejskim świecie plotki.

Bohater przeszłości, zdrajca teraźniejszości!

Harry Potter jest zatrwożony. Czy jest wciąż nadzieja?

Voldemort, zewsząd otoczony przez ciemność, zmienił pozycję rąk i wbił wzrok w szachownicę z przeważającą ilością czarnych figur. Szkarłatne oczy wypełnione były złośliwością.

Chłopiec, Który Przeżył? Przetrwa tylko jeden?

Jak mógł wcześniej zrezygnować z własnego życia? Nawet nie podzieliwszy swej duszy, byłby niepokonanym, nieśmiertelnym Lordem Voldemortem.

Voldemort, Uciekinier Śmierci.