Disclaimer: I don't own Harry Potter


Rozdział 54

Trzeba z tego korzystać!


Styczeń – czerwiec 1943 r.

Nie było żadnych wątpliwości odnośnie skutków działania horkruksa. Tom Riddle został pozbawiony wszelkich niepożądanych emocji i stał się tak spokojny, że zakrawało to pod zimnokrwistość. Młodzieńcowi stały się nieznane zaburzenia emocjonalne oraz, co najważniejsze, zyskał możliwość zmaksymalizowania tych korzyści w jak najkrótszym czasie.

Nikt nie zauważył zmiany. Można by zapytać o to uczniów, ale odpowiedzi udzieliłyby ich zdekoncentrowane i zmieszane miny. Tom Riddle zawsze był uprzejmy i kurtuazyjny, ale żeby od razu określać go jako chłodnego i niedostępnego?

Pytanie powinno brzmieć inaczej. Czy efekty stworzenia horkruksów naprawdę są tak dalekosiężne?


Po skończonych lekcjach Tom wrócił do dormitorium. W oczy rzucił mu się przede wszystkim pełen kosz stojący obok biurka, a w nim połamana różdżka.

Czy te przebrzydłe skrzaty domowe nie znalazły choć chwili czasu, aby wyrzucić śmieci? Tom uniósł brwi, zaskoczony.

Samo patrzenie się na rzeczy związane z Harrym sprawiało, że stłumione w duszy emocje walczyły, głośno zawodząc, gotowe stać się bardziej problematyczne, lecz na szczęście trwało to tylko chwilę. Zanim chłopiec zdążył zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło, było już po wszystkim.

Wtem targnął nim niepokój, niczym pociągający syreni śpiew, który sprawił, że sięgnął ku pogniecionym papierzyskom i wygrzebał spośród nich połamane kawałki drewna.

W ciemnych oczach ślizgona nie odbijał się żaden refleks świetlny, gdyż ciemność w nich ukryta była przytłaczająca – od czasu do czasu błyszczały na szkarłatno.

Tom się roześmiał i dość szybko znalazł wygodną, aczkolwiek mało wiarygodną wymówkę dla swojego zachowania.

To tylko mała przypominajka dla upamiętnienia przeszłej ignorancji, kruchości oraz głupoty.

Nieważne jak potężna i bezpieczna się wydaje twierdza, gdy w murze w pojawi się szczelina, gdy w kamieniu będzie zbyt wiele pęknięć i rys, i ona nie stanie na drodze naturalnemu prawu ilościowej i jakościowej zmiany.

Żadna siła nie może zmienić faktu, iż w twierdzy zwanej „horkruks" pojawiło się pęknięcie, które z dnia na dzień będzie się stopniowo powiększało.

Rysą był Harry Potter.


20 stycznia 1943 r.

Harry'ego nie było już od dwóch tygodni.

Nie wrócił.

Nigdy tak naprawdę nie wspomniał, że wróci. Nigdy się nie określił. Na odchodne powiedział tylko: „To nie tak, że już nigdy więcej mnie nie zobaczycie".


Tom Riddle nieustannie podtrzymywał maskę opanowania i obojętności. Korzystając ze swojej inteligencji, lawirował pomiędzy czarodziejami czystej krwi, powtarzając ich głupie i bezpodstawne teorie. Pomiędzy ich zadowolonymi i pustymi uśmiechami po cichu szukał dla siebie korzyści. Zajęty był przede wszystkim odnalezieniem Komnaty Tajemnic. Wykorzystując pozycję prefekta, wodził Dumbledore'a za nos, grzecznie się uśmiechając, dążąc do pozyskania mocy, o której marzył. W międzyczasie nie mógł sobie pozwolić na osłabienie ocen, tak więc wciąż pilnie się uczył. Dzięki znakomitym transkrypcjom zaskarbił sobie przychylność oraz względy profesorów, a także zminimalizował możliwość wykrycia faktu, iż od dawna przekraczał granice i łamał szkolne reguły.

Młody diabeł odsłonił ostre zęby i kontynuował spokojne dążenie do swych celów. Niemniej jednak czasem zdarzało mu się wracać myślami do „nieistotnych" wspomnień i ludzi. Miało to miejsce, kiedy miał wolne popołudnia, kiedy słońce wpadało przez okno i ogrzewało mu odsłonięte ramiona, kiedy upał wprawiał go w melancholijny nastrój.

Tom się uśmiechnął, a jego oczy były równie głębokie co bezdenna otchłań – w nieprzeniknionej ciemności nie było nawet najmniejszych szans na przebicie się przez nią jasności. Młodzieniec zasłonił kotary swojego łóżka, całkowicie odcinając się od słońca.

Och, czy Los nie wspominał o tym wcześniej? Niezależnie od przybranego imienia, Tom Riddle, czy Lord Voldemort, czarnoksiężnik najbardziej nienawidził światła.

Mimo to Bóg powiedział: „Niech w stanie się światłość", szepnął cichy głos.

Szkoda, że w magicznym świecie nie wierzono w tego rodzaju siłę wyższą.


Uczennice z Beauxbaton zostały w Hogwarcie jeszcze przez kilka dni, a następnie wyjechały, zabrawszy ze sobą ciało zmarłej dziewczyny. Kiedy zawitały do brytyjskiej szkoły, towarzyszyły im koleżanki z klasy, przyjaciółki i siostry. Kiedy wyjeżdżały, jedna z nich odeszła na zawsze. Sęk w tym, że nie była to naturalna kolej rzeczy. Nie można było tego tolerować. Beauxbaton rozpierała determinacja, aby domagać się od francuskiego ministerstwa magii wsparcia i pomocy.

Krótko po nich wyjechali chłopcy z Durmstrangu. Fasada dostojności i pewności siebie opadła z nich niczym pył na ziemię, przez co wszyscy, prócz Igora Karkarowa, mieli przygnębione miny.

Obie szkoły były zmartwione. Finalnie Hogwart okazał się nie być stroną konfliktu, został z niego całkowicie wykluczony, choć w rzeczywistości to w nim ukrywał się mózg całego przedsięwzięcia. Tom Riddle w istocie rozegrał wszystko perfekcyjnie.

– Pomóż! – Karkarow z niecierpliwością wypisaną na twarzy obserwował piątorocznego ślizgona. W ciągu zaledwie tych czterech miesięcy hogwartczyk wykazał się niezwykłymi zdolnościami, których przez lata nie zdołał zauważyć u swoich rówieśników, kolegów ze szkoły, a nawet nauczycieli. Tak długo, jak miał poparcie Toma Riddle'a, miał szansę zostać następnym Gellertem Grindelwaldem.

Ślizgon strzepnął obrzydliwe dłonie desperata ze swojej szaty, potrząsając mankietami. Chociaż na pozór jego uśmiech wydawał się przyjazny, Igor widział w nim strop klifu, z którego miał zaraz spaść.

– Wydawało mi się, że wcześniej wyraziłem się jasno – powiedział. – Dam ci to, czego pragniesz, ale zapłacisz swoim życiem.

Klif okazał się bezdennym urwiskiem, aczkolwiek nie było w świecie człowieka, który potrafiłby odmówić takiemu urzekającemu pięknu mocy.

– Wyciągnij przed siebie rękę – zażądał nagle ślizgon.

Karkarow zamarł na chwilę, a potem zrobił, co mu kazano – wyciągnął rękę i podwinął rękaw szaty. Tom zmrużył oczy i bez chwili wahania złapał Igora za nadgarstek; palce miał blade i zimne. Normalna temperatura ciała plasuje się w okolicach 37°C, ale chłopiec miał wrażenie, że włożył dłoń do zamrażarki.

Niespodziewanie wystraszony, stchórzył i spuścił głowę. Na swojej skórze zobaczył ciekawy wzór. Był prosty. Składał się z kilku bezkształtnych liń, choć jednocześnie sprawiał wrażenie wijącego się. Kiedy się tak temu przyglądał, chłód przeniknął go na wskroś, od czubka głowy aż po mały palec u stopy.

– Nie musisz być taki zmartwiony. – Riddle także spojrzał na znak, a jego ciemne oczy niespodziewanie zalśniły jasno niczym gwiazdy, jakby właśnie znalazł nową zabawkę do zabawy. – To tylko mała klątwa, która pozwoli mi odnaleźć cię w dowolnym momencie.

Karkarow był oczarowany. Skrzyżował z Tomem spojrzenie i natychmiast w nim utonął. Miał wrażenie, że przygląda się od Mlecznej Drodze.

Szkoda, że galaktykę kontrolował diabeł.


W oddali starzec o kasztanowej brodzie nagle się odwrócił, a słońce odbiło się od jego okularów połówek i przysłoniło oczy.

Podróżnik w czasie odszedł niecałe pół miesiąca temu, a Los w międzyczasie poczynił wielkie postępy i posunął historię do przodu. Koszmarny znak wytatuowany na przedramieniu zaczął nabierać prawdziwego kształtu, pochłaniane przez ciemność dusze zaczęły odnajdywać swego mistrza i przewodnika, Tom Riddle zaczął stopniowo zanikać, a Czarny Pan miał zostać wkrótce ukoronowany.


Luty 1943 r.

Lodowaty deszcz sprawiał, że miesiąc był wyjątkowo ponury.

Nie miało to większego wpływu na życie magicznej społeczności, ponieważ ich świat różnił się od mugolskiego. Czarodzieje nie musieli trząść się z zimna, obejmować się ramionami w poszukiwaniu ciepła, ani nie musieli wracać pieszo do domów i narzekać rodzinom na niesprzyjającą na zewnątrz pogodę.

W szkole było spokojnie. Życie toczyło się własnym rytmem.

Harry rzeczywiście musiał opuścić przeszłość. Czas, przestrzeń i odległość przyśpieszyły proces zapomnienia. Bez względu na wiek i wiekopomność, nikt nie mógł znieść czegoś tak nieskomplikowanego, prawda?


Marzec 1943 r.

Patrolujący szkołę nauczyciel odhaczył wszystkie punkty na swojej liście kontrolnej, zanim zszedł z dyżuru z satysfakcją, całkowicie ignorując nienaturalny całun ciemności, który okrywał jeden z rogów. Gdy korytarz opustoszał, Tom wyszedł ze swojej kryjówki, a następnie szybko wtopił się w kolejny ciemny kąt. Czerni nocy nie mógł przeniknąć ani jeden promień światła. Niebo jeszcze bardziej sczerniało, pogrążając świat w jeszcze większym mroku i nawet gwiazdy odmówiły swego błogosławieństwa.


Kwiecień 1943 r.

Tom nie przepadał za kwietniem. Nie lubił parnej pogody ani ciepłoty grzejącego słońca, a ponadto nienawidził zieleni, która powoli barwiła świat. Zachwycał się tylko i wyłącznie zapachem śmierci, rozkładu i rozpaczy.

Wszystko zdawało się stanąć w miejscu. Poszukiwania Komnaty Tajemnic zostały wstrzymane, a badania nad horkruksami ograniczone. Chociaż młodzieniec bardzo nie chciał tego przyznawać, istnienie osoby, którą za wszelką cenę chciał wymazać ze swojej pamięć – mężczyzny, który odszedł – dla osób postronnych również wydawało się bardziej zauważalne.

– Gdzie się podział Harry? Chciałbym z nim o czymś porozmawiać, ale nawet Fawkes nie potrafi go odnaleźć. – Albus Dumbledore zatrzymał Toma, podczas jednej z przerw pomiędzy zajęciami. Sprawiając wrażenie dobrodusznie zainteresowanego, zignorował ciemniejące oczy podopiecznego.

– Gdzie pan Potter? Charlus, głowa rodu, jest nim bardzo zaintrygowany i chciałby się spotkać. Nie da się jednak dostarczyć zaproszenia! – Cygnus Black był zdezorientowany i przez paplaninę nie zwracał uwagi na zirytowany wyraz twarzy i chłodną postawę swojego rozmówcy.

Nawet ten głupi, brudny i brzydki półolbrzym z Gryffindoru ośmielił się spojrzeć Tomowi prosto w oczy i ze swoim śmiesznym akcentem oraz słyszalnym w głosie ciepłem wykrzyknąć „Harry!", zanim zapytał, co u niego słychać. Kiedy ślizgon uświadomił sobie, jak bardzo ta dwójka się ze sobą spouchwaliła, ogarnęły go mordercze intencje, a oczy przybrały szkarłatną barwę, lecz na szczęście półgłówek był zbyt powolny, żeby to zauważyć. Prefekt musiał się ostro hamować, żeby nie zrobić mu krzywdy.

Sytuacja wyglądała tak, jakby świat był przeciwko niemu, życzenia były ignorowane, a rzeczywistość bez chwili wytchnienia co rusz próbowała ponownie rozniecić w nim żar ukierunkowany na Harry'ego.

To nie powinien być żaden problem!

Riddle zaśmiał się ze sztuczną pewnością swych racji i poniekąd paranoją. Potęga i ciemność horkruksa były absolutne, dzięki czemu wiedział, że osiągnie sukces. Jakby na to nie patrzeć, im większa cena, którą należy zapłacić, tym silniejsza gwarancja; im mroczniejsza magia, tym trwalszy efekt. Bezużyteczne wspomnienia nie mogły się tak łatwo przebić przez bariery powstałe po stworzeniu horkruksa.

Chłopiec z uporem przypomniał sobie konsekwencje oddzielenia fragmentu duszy od całości, wprawiając się w stan desperackiej autohipnozy. Choć rytuał wydawał się absolutny, w rzeczywistości była to bezowocna próba.

Czy najsilniejsza w świecie twierdza stanowiła żelazny zamek bez żadnych wrót? Oczywiście, że nie.

Pewnego dnia forteca się zawali. Wraz z biegiem czasu pręty rdzewieją, a kiedy emocje, których nigdy nie powinno się tłumić, znajdą ujście i nie sposób będzie nad nimi zapanować.


Maj 1943 r.

Pogoda stopniowo stawała się cieplejsza. Rośliny się rozmnażały – pyłek z pręcików był przenoszony na znamię słupka, dochodziło do zapylenia. Mnożyły się bakterie, potem fermentowały i marniały razem ze snami.

Tom zawsze potrafił odwrócić sytuację na swoją korzyść, a następnie sprawnie ją kontrolować. Wyjątek od reguły stanowiły marzenia senne.

Niczym niekończący się niemy film, klatka po klatce sceny przewijały się przez umysł chłopca. Każda z nich pojawiła się tylko na moment, ale to i tak wystarczyło, by przypomnieć sobie okoliczności, powody zdarzeń oraz każde wypowiedziane podczas nich słowo. Wspomnienia były bardzo wyraźne, ale śniący, tak nagle pozbawiony wszelkich emocji, był tylko niezdolnym do współodczuwania obserwatorem, co z kolei czyniło sny bardziej przerażającymi. Prawa życia i natury nie mogły tolerować takiego odchylenia od normy, więc starały się zwabić pułapkę uczucia i zakuć je w nierozerwalne łańcuchy.

Stąd też w miarę rozwoju sytuacji, widzenia senne stawały się pełne szczegółów oraz zwalniały swe tempo. Umysł zmusił Toma do ponownego odczuwania szalonej, pozbawionej moralności uciechy sprzed ośmiu miesięcy.

Owszem, olbrzymiej uciechy. W snach znów, w słabym i nastrojowym świetle, rozbierał śpiącego czarnowłosego mężczyznę, pieścił jego odsłoniętą szyję i znaczył pocałunkami brzuch. Nie miałoby to nawet większego znaczenia, gdyby nie fakt, iż zrodził się z tego jeden przytłaczający problem – towarzyszące temu uczucie ogromnej przyjemności.

Chłopiec czuł ciepłotę – nie, żar drugiego ciała – i dziwaczną satysfakcją, podobną do wilczego poczucia zaspokojenia głodu. Tak długo, jak podczas snu był zrelaksowany, dałby się omamić głupocie ludzkiej, która powszechnie nazywana jest szczęściem.

Nie!

Tom gwałtownie otworzył oczy z wrażeniem, że jest zaplątany w wodorosty. Natychmiast wyplątał się z pościeli i wyskoczył z łóżka. Przywilej prefekta zapewnił mu prywatne dormitorium, więc nie było to nikogo, kto mógłby zobaczyć go w takim stanie – z oczami w kolorze kutego żelaza, wystarczająco przerażającymi, aby niejednego odważnego doprowadzić do utraty zmysłów.

Palce zacisnął na przedzie luźnej i ta koszuli, przez co delikatny materiał niemalże się rozerwał; uchwyt był tak mocny, że aż żyły na ręce stały się widoczne. Spojrzenie miał pełne niekontrolowanych emocji, tak intensywne, że można było odnieść wrażenie, iż zaraz wypali dziurę w ścianie.

To nie było normalne! To nie może być normalne!

Riddle nie mógł w to uwierzyć. Od dawien dawna opowiadał się za czarną magią i czerpał z niej garściami, więc dlaczego go zawiodła?

Prawdy nie dało się zmienić – plan nie wypalił.

Przez krótką chwilę szczeliny w murze się powiększyły, aż w końcu twierdza runęła z łoskotem. Emocje wróciły do Toma w ciągu ułamka sekundy. Można je było porównać do bakterii, które bardzo często pozostawały uśpione i wyczekiwał odpowiedniego momentu do ataku, kiedy pojawiły się sprzyjające warunki – wtedy rozmnażały się i rozprzestrzeniały bez końca. Wtem uderzyło w chłopca wspomnienie uśmiechu Harry'ego Pottera, błysku iskier w jego oczach oraz codziennego zachowania. W końcu przyszedł i czas na żal. Jak mógł tak łatwo i chętnie pozwolić mu odejść…?

Nie tak powinno być!

Tom Riddle był bezlitosny. Kiedy do dormitorium wpadły światło, wciąż miał czerwone oczy.


Czerwiec 1943 r.

Atmosfera w szkole była napięta z powodu zbliżających się egzaminów końcowych. Mimo to po zamku krążyli ludzie, którzy lekko podchodzili do tematu nauki.

– Czyżby nasz prefekt był w złym nastroju? – Abraxas rozsiadł się wygodnie na kanapie w pokoju wspólnym. Zawsze sprawiał wrażenie lekkoducha.

Tom wbił w Malfoya chłodne, kalkulujące spojrzenie, rozważając jego słowa. Zmrużył oczy i bardziej się skupił.

– Hej, co się stało? Kiedy tak na mnie patrzysz, jestem przerażony. – By podkreślić swoją wypowiedź, blondyn potarł ramiona, na których miał gęsią skórkę.

Po chwili milczenia Riddle w końcu zabrał głos.

– Co powinienem zrobić, kiedy nie mogę przejąć nad czymś kontroli?

Abraxas spojrzał na niego oszołomiony, a następnie wybuchnął nieprzyjemnym śmiechem. Nie mógł się uspokoić przez kilka chwil, podczas których trzymał się za brzuch. Gdy w końcu skończył chichotać, przetarł załzawione oczy.

– Czy już dawno nie rozwiązałeś tego problemu, Tom? Zawsze, gdy coś pochwyciłeś, nigdy nie otwierałeś swoich ramion, prawda? Czy to możliwe, że w końcu nauczyłeś się poddawać?

Tom zacisnął wargi, a w jego oczach błysnęła czerwień.

Do czegokolwiek by nie dążył, nigdy się nie poddawał. Pragnął Harry'ego, ale mężczyzna nie mógł zagwarantować mu władzy i potęgi, a wręcz przeciwnie – chciał, aby chłopiec z nich zrezygnował. Gdyby przyszło mu wybierać między jednym a drugim, z całą pewnością wybrałby wszechmoc, a mimo to nadal nie potrafił kontrolować swego pragnienia Harry'ego.

Co powinien zrobić?

– Nie jestem twoim ojcem, więc nie możesz oczekiwać, że nauczę cię jak zniewalać. – Uśmiechnął się Abraxas, a potem w pełni skoncentrował się na młodszym, aczkolwiek nadzwyczajnym młodzieńcu. – Oswój konia, a następnie naucz go mierzyć się z tygrysem. Oswajanie dzikich koni i jednoczesne polowanie na tygrysy praktycznie wzajemnie się wyklucza, ale jeżeli jesteś wystarczająco zdolny, możesz uciec od tych ograniczeń. Najpierw zajmij się wierzchowcami, a znajdziesz wystarczająco siły na mierzeniu się z drapieżnikami.

Nie ma przed czym uciekać. Po prostu potrzebuję więcej mocy!

Kiedy jest się potężnym, można pochwycić w ramiona wszystko, czego się pragnie, a potem zniewolić, kontrolując każde słowo oraz każdy krok. Wtedy bez przeszkód można udać się w pogoń za wspaniałym światem.

Riddle'owi zaschło w ustach od nienasyconego apetytu i pożądania. Metoda „eliminowania i zapominania" okazała się nieskuteczne, tak więc… trzeba z tego korzystać!