Disclaimer: I don't own Harry Potter


Rozdział 55

Demaskacja


31 lipca 1943 r.

Był to wyjątkowy dzień, ale Tom nie wiedział dlaczego. Tak się złożyło, że adopcyjny ojciec nigdy go o tym nie poinformował.

Czy aby Harry nie kochał wszelkich świąt, które należało obchodzić oraz czy nie cenił wszystkich urodzin? Jak najbardziej. Ten aspekt się nie zmieniał. Sęk w tym, że w jego opinii rocznicę powinien obchodzić w 2001 roku, a nie w 1943.

Nie był częścią tej epoki. Podświadomie uważał się za zwykłego obserwatora i chociaż uczestniczył w wydarzeniach z tamtych lat, nie przynależał do nich; nie zakorzenił się. Harry był powściągliwy nawet w interakcjach z Joan – kiedy przychodził czas, wykazywał gesty wycofania się oraz gotowości do wyjazdu.

Tom mógł to zauważyć lub nie, co nie zmienia faktu, iż mało go to obchodziło.

31 lipca był dla chłopca odrobinę barwniejszym dniem od innych.


Końcówka lipca przypadała na okres wakacji, podczas których Tom przez dwa tygodnie pracował na Ulicy Pokątnej.

Nie brakowało mu pieniędzy, a Harry nigdy nie ograniczał go finansowo. Nawet po nagłym zniknięciu opiekuna w skrytce było wystarczająco złota, aby do końca dni wieść dostatnie życie. Tak ogromny majątek dawał złudzenie, że mężczyzna nigdy nie wróci.

Ta wizja było tylko iluzją! Tom uśmiechnął się ozięble i poluzował uchwyt na trzymanym w dłoniach pudełku. Kiedy ponownie podniósł wzrok, przyklejony do twarzy wyraz zatarł wszelkie ślady czających się w głębi mroku i nienawiści.

Dokąd mógł się udać?

Świat był ogromny, a ponad 70% stanowiły oceany. Co więcej, Tom wiedział, że Harry jest sam i nigdy też nie przyuważył, by ktoś się koło niego kręcił. Wyłączając Anglię, gdzie jeszcze mógłby mieć jakąś rodzinę?

Odnośnie tajemniczej klepsydry – najprawdopodobniej stanowiła świstoklik do tradycyjnego punktu wakacyjnego. Jakby na to nie spojrzeć, po drugiej stronie nie mógł istnieć drugi dom, prawda? Absurdalne. Czy ktokolwiek byłby zdolny do porzucenia swojej prawdziwej rodziny na ponad dekadę, aby zaopiekować się niespokrewnionym ze sobą dzieckiem?

Harry wróci.

Nie przestając brnąć naprzód, Riddle zacisnął usta. Zrobił wszystko, aby się upewnić, że mężczyzna zawsze będzie na niego czekał w tym miejscu.

Czy było to iście paranoiczne myślenie, czy też może marne próby samopocieszenia, nużącej się poczuciu winy pociechy?

– Tom! Trzecia półka, siódmy rząd, czwarte od prawej.

– Idę! – Chwycił odpowiednie pudełeczko, strzepnął z niego kurz i podał staruszkowi stojącemu za sklepową ladą.

Czarodziej zdjął wieczko i wręczył artefakt chłopcu. 11-latek był tak niski, że głową nie sięgał nawet blatu.

– Jedenaście cali, drewno mahoniowe, rdzeń z włókna ze smoczego serca. Wypróbuj.

Po sklepie rozszedł się trzask tłuczonego szkła. Asystent łaskawie wyciągnął swoją różdżkę.

Reparo.

Tom zatrudnił się u podupadającego Garricka Ollivandera. Był tylko jeden powód, dla którego zdecydował się na tę pracę – aby bezczelnie używać magii poza terenem szkoły podarowaną mu przez wytwórcę różdżką.

13,5 cala, wykonana z cisowego drewna, lecz posiadająca robię z miokardium* węża. Z racji tego, iż rdzeń był inny, wrażenie zażyłości i odczucia podczas rzucania zaklęć były różne. Nie byli kompatybilni, a co za tym idzie, Tomowi wydawało się, że podczas trzymania różdżki ma założoną na dłoń rękawiczkę.

To nieistotne. Najważniejsze było to, że miał kontrolę, tak więc brak zgodności nie stanowił większego problemu.

Bawiąc się rączką, umiejętnie rzucił czar, aby usunąć kurz, który zgromadził się także na innych pudełkach.

By wybrać odpowiednią dla siebie różdżkę z tysięcy stworzonych, każdy klient spędzał w sklepie bardzo dużo czasu. Kiedy zadowolony młody czarodziej w końcu opuścił pracownię, nastało południe i sprzedawca mógł w końcu zrobić sobie małą przerwę.

– Jak się sprawuje nowa różdżka pana Pottera? – Niedopowiedzeniem byłoby powiedzieć, że Ollivander żyje z wytworzenia różdżek – odpowiedniejsze jest określenie, że Ollivander żyje po co, aby tworzyć różdżki. Nawet tak zwyczajne z zdanie ukrytym w środku zainteresowanie o samopoczucie dawnego klienta, podszyte jest tematem ośrodka czarodziejskiej mocy, co z kolei pokazuje, jak wielką miał obsesję na punkcie swej pracy.

– Wszystko w porządku. – Tom oparł się stary, drewniany blat i mimowolnie postukał w powierzchnię palcami. Po pracowni rozszedł się bębniący dźwięk, skrzętnie odwracając uwagę od jego ostrożnego i kalkulującego spojrzenia. Udając obojętność, młodzieniec spuścił wzrok. – Skoro już o tym rozmawiamy, chciałbym panu podziękować za stworzenie identycznej różdżki – zagaił na pozór obojętnie.

– Dokładnie takiej samej? – Ollivander był zdziwiony. Otworzył oczy tak szeroko, że wszystkie zmarszczki w kącikach stały się nad wyraz widoczne. – To niemożliwe!

Ślizgon także sprawiał wrażenie oszołomionego. Po krótkiej chwili milczenia z przekonaniem potrząsnął głową.

– Nie ma mowy o żadnej pomyłce. Jestem pewien, że perfekcyjnie odtworzył pan tamtą różdżkę!

– To, że obiewyglądająidentycznie, nie znaczy, że drewno i rdzeń są takie same. – Starzec z góry założył, że asystent za bardzo skupia się na powierzchownym wyglądzie artefaktu.

– Nawet tekstura jest identyczna! – odparł Tom, po czym pospiesznie zaczął grzebać w swojej torbie, za wszelką cenę chcąc udowodnić, że racja leży po jego stronie. – Sam wcześniej doszedłem do wniosku, że to bardzo dziwne, dlatego też ją zatrzymałem. Ma pan niezwykły umysł i wiem, że pamięta pan wszystkie różdżki, które sprzedał. Proszę się przyjrzeć. Czy to nie taką pan stworzył? – W końcu wyciągnął różdżkę, przybierając maskę zdesperowanego i ponaglającego człowieka. Staruszek nie zauważył ukrytego za fasadą twardego i intensywnego spojrzenia.

Przez wzgląd na stłumione przez horkruksa emocje i celową ignorancję, to nęcące pytanie powróciło dopiero teraz, niosąc ze sobą jeszcze więcej wątpliwości i pragnienie poznania prawdy.

Wzrok Toma skupił się na różdżce z rdzeniem z pióra feniksa, a skondensowane emocje w jego oczach zostały stłumione.

Harry Potter. Zagadkowa srebrna klepsydra. Szemrana różdżka. Niezmienny, pomimo upływu czasu wygląd. Wszystkie te kontrowersje uderzyły w Riddle'a naraz. Jedyne co mu teraz pozostało, to złożyć wszystkie elementy układanki w całość.

Ollivander odebrał od asystenta kawałki różdżki, a następnie w mig założył przeznaczone do czytania okulary. Nie odzywał się przez dłuższy czas, uważnie oglądając oręże. Nie było żadnych wątpliwości, że wykonane zostało z ostrokrzewu, a w rdzeniu kryje się pióro feniksa.

11 cali, ostrokrzew i pióro rzeczywiście zapadły wytwórcy w pamięci. Mężczyzna był jednak pewien, że stworzył tylko jedną bliźniaczą parę i że się nie pomylił.

Złączył ze sobą ułamane części różdżki – kawałki pasowały do siebie idealnie. Nie mógł też powstrzymać sapnięcia, które wyrwało mu się z ust. Kiedy zobaczył ośrodek w całości, zastygł w bezruchu. Nawet tekstura była taka sama!

Własnoręcznie wykonał każdą sprzedaną przez siebie różdżkę, więc nikt by się na nich nie poznał lepiej od niego.

Tuż przed oczami miał ciężki do zrozumienia, aczkolwiek prawdziwy paradoks, zarówno w teorii, jak i w praktyce. Druga para bliźniaczych różdżek!

– Brak… brak w tym sensu! – Ollivander pokręcił głową. Prawda, w którą wierzył od dziesięcioleci, dziś została sromotnie obalona. To naturalne, że nie był w nastroju do uciechy i całkowicie stracił dobry humor. – Jak to w ogóle możliwe? Żadna różdżka nie może być taka sama, więc jakim cudem widzę artefakt wykonany z tego samego drewna, z tym samym rdzeniem, z tą samą teksturą? Jakim cudem trzymam w dłoniach różdżkę wykonaną w tym samym czasie, dokładnie tą samą metodą? Niezależnie od molekularnego i zewnętrznego podobieństwa, to wciąż dwa odrębne przedmioty!

Starzec szybko odłożył różdżkę na blat i się odwrócił, praktycznie biegnąc do regałów na tyłach sklepu. Musiał natychmiast odnaleźć odpowiednie zapiski!

– Niemożliwe! Niemożliwe! Niewiarygodne! Musiałem coś przeoczyć... – mruczał w międzyczasie pod nosem. – Chwila! – Wyprostował się, jakby nagle doznał olśnienia. Skupiwszy się znów na różdżce, pospiesznie wrócił, aby ją podnieść, a następnie znów ponownie ją obejrzał.

Tom przestał stukać w ladę. Podszedł do swojego pracodawcy, którego wyraz twarzy z minuty na minutę przybierał coraz to bardziej zdziwione oblicze. Wtem staruszek zmrużył oczy.

– Czy... znalazł pan coś?

Ollivander zmarszczył brwi, a jego zmarszczki się pogłębiły. W końcu spojrzał na asystenta z ostrożnością i zwątpieniem.

– Czy wiesz może, chłopcze, skąd pan Potter... pochodzi?

Riddle spiął się w sobie i uspokoił bestię. Potem pokręcił przecząco głową.

Wytwórca jeszcze przez chwilę rozważał za i przeciw swojej teorii, a następnie dłonią, w której trzymał połamaną różdżkę, wskazał na szybę, przez którą przebijały się promienie słoneczne. W drugą rękę zaś pochwycił inny oręż.

Accio ostrokrzew. – Drewno przyleciało z magazynu. – Tyle materiału zostało z produkcji bliźniaczej pary. Początkowo obie chciałam zrobić z ostrokrzewu, ale niestety okazało się, że mam go za mało – wyjaśnił, kładąc przywołany kawałek na blacie w taki sposób, aby był oświetlony przez słońce.

Pod wpływem promieni słonecznych ukryte detale zostały natychmiast odsłonięte, dzięki czemu gołym okiem można było wskazać wyraźne różnice pomiędzy dwoma rodzajami tego samego drewna. W porównaniu do bryły ostrokrzewu złamana różdżka była o wiele ciemniejsza oraz sprawiała wrażenie grubszej i cięższej.

Ślizgon był inteligentny i parał się wieloma dziedzinami nauki, ale o różdżkarstwie nie wiedział za dużo; nie był ekspertem i nie potrafił przejrzeć intencji Ollivandera.

– Ta różdżka rzeczywiście jest identyczna, jak ta, którą sprzedałem, albo raczej powinienem powiedzieć, że… – staruszek zrobił efektowną pauzę, przybrawszy wcześniej tak podniosły wyraz twarzy, iż niemożliwe było jakikolwiek wtrącenie – to dokładnie ta sama różdżka!

Ta sama? Co... to znaczy?

Tom nagle zamarł, wgapiony w poważną twarz czarodzieja, próbując odczytać z niej jakieś wskazówki.

– To rzeczywiście ta sama różdżka. Jedyną różnicą jest najprawdopodobniej czas istnienia. – Wytwórca zmarszczył czoło. – W porównaniu z bryłką ostrokrzewu ta różdżka istnieje od bardzo dawna. Tak powierzchownie, na pierwszy rzut oka, mogę zaryzykować stwierdzenie, że liczy sobie około 100 lat.

Ponadprzeciętnie inteligentny ślizgon odniósł wrażenie, że uderzono go mocno młotkiem w głowę, a z mózgu zrobiono tatar. Być może był to tylko fizjologiczny instynkt, ale jego nadnercza zareagowały na tę wiadomość, oddech stał się szybszy, a krew zawrzała. Przez chwilę chłopiec myślę, że serce wyskoczy mu z piersi.

– Co pan przez to rozumie? – Z nadmiaru emocji nie potrafił ukryć swej prawdziwej natury. Obnażył groźnie zęby i pozwolił swojemu głosowi przybrać ostrzejsze brzmienie. Potwór w jego wnętrzu rósł w siłę, z sekundy na sekundę coraz to bardziej odbijając się w oczach – nadal ukryty szykował się do ataku.

Ollivander zwrócił Tomowi połamaną różdżkę i przez moment studiował niepokój młodzieńca. To naturalne, być zdenerwowanym usłyszeniu takich rewelacji.

– Oczywiście, to tylko moje przypuszczenie i niekoniecznie musi być ono poprawne – stwierdził, stawiając hipotezę. – Uważam, że pan Potter najprawdopodobniej... jest podróżnikiem w czasie. Mówiąc jeszcze prościej, wydaje mi się, że pochodzi z... przyszłości. – Oblizał spierzchnięte wargi. – Widzisz, Tom, ta teoria wszystko wyjaśnia. – Starzec nie zauważył szkarłatnego błysku w oczach asystenta. Był skoncentrowany tylko i wyłącznie na analizie postawionej tezy. – Przybył z różdżką z przyszłości, a po jej uszkodzeniu zakupił nową z naszej epoki. Właśnie dlatego te dwa artefakty są identyczne i różni je tylko czas istnienia. Tak, to musi być to!

To jest wytłumaczenie?

Riddle pospiesznie uniósł dłonie do twarzy i zakrył oczy – nawet bez spojrzenia w lustro mógł zgadnąć, jak przerażające były w tym momencie. To, co się z nim działo na zewnątrz, było niczym porównaniu z tym, co miało miejsce w środku. Gdyby przeciąć go teraz na pół z całą pewnością światło dzienne ujrzałyby najprawdziwsze obrzydliwości: gnój, mnożące się bakterie i robaki.

W pełni zrozumiał hipotezę Ollivandera. Niezmienny wygląd, identyczne różdżki, klepsydra na bazie run związanych z czasem, zagadkowe wyjazdy bez podania przyczyny i celu podróży. Tę wielką tajemnicę można było wyjaśnić tylko przy założeniu takiego wniosku.

Harry przybył z przyszłości!

Parę godzin temu ten pomysł wydawał się najgorszym z możliwych żartów. Świat wcale nie był olbrzymi, ale czas i przestrzeń z pewnością były niezmierzone. Kiedy podróżnik przebywał w tej epoce, mógł zostać odnaleziony, ale co, gdy przebywał w swojej?

Harry Potter. Tak naprawdę mógł urodzić się setki, a może nawet i tysiące lat później, kiedy Tom był stary i pomarszczony, albo nawet w czasach, kiedy zostanie po nim tylko i wyłącznie chłodna marmurowa płyta nagrobna. Pomimo podróży Harry pozostał młody, przystojny, łagodny i wesoły. W jaki sposób można go odnaleźć? W jaki sposób można go posiąść?

W chwili, gdy uświadomił sobie tok myśli, żądny krwi wewnętrzny potwór, tak długo w nim uśpiony, przebudził się do życia, domagając kontroli.

To koniec. Maska, którą przywdział ślizgon pękła na pół, gdyż młodzieniec nie był zdolny do podtrzymywania łagodnego i uprzejmego wyrazu twarzy. Oczy zmieniły barwę, a kłykcie pobielały mu z wysiłku.

Nurzący się w szaleństwie Tom zaczął nawet szydzić – był bardziej skłonny pielęgnować nagrobek Harry'ego, aniżeli popaść w zapomnienie.

Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy!

Naukę czekał spory postęp. Wszystko wskazywało na to, że w przyszłości ludzie będą umieć przemierzać przestrzeń, ale niemożliwym będzie prześcignięcie czasu. Magiczna technologia umożliwi zredukowanie dystansu, ale nie będzie to dotyczyć odległości czasowej.

Niedorzeczne! Po co skrupulatnie dążyć do zdobycia władzy, skoro nie można pokonać upływu czasu? Dlaczego nie można podążać śladami życia i śmierci?

Nie!

Ślizgon uniósł wzrok, a jego źrenice się zmniejszyły. Wargi rozciągnął w uśmiechu, odsłaniając ostre niczym u wampirów kły.

Czy moc, do której dążył, nie stanowiła idealnego rozwiązania?

Wciąż miał w pamięci cytat, na który natknął się w „Tajemnicach Najczarniejszej Magii**": „Ukryj swą duszę – dopóki nie zostanie zniszczona, możesz uciec przed śmiercią".

Uciec przed śmiercią? Czyli?

Oznacza to, że mógł zignorować upływ czasu i odległość przestrzeni, przekraczać granice i je kontrolować, eliminować zarówno fizyczną, jak i czasoprzestrzenną odległość – nawet gdyby bawił się czasem przez ponad setki lat, nadal byłby u władzy!

31 lipca 1943 r. Harry Potter, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, został bezlitośnie zdemaskowany.


* Miokardium – mięsień sercowy

** Tajemnice Najczarniejszej Magii (z. ang.: Secrets of the Darkest Art) – czarnomagiczna księga autorstwa Owle Bullocka, jedyne znane źródło z pisemnymi instrukcjami dotyczącymi tworzenia i niszczenia horkruksów. Była dostępna w bibliotece Hogwartu za czasów Toma Riddle'a, a usunięta została za sprawą Albusa Dumbledore'a