Disclaimer: I don't own Harry Potter
Rozdział 56
Tom Riddle jest sierotą
13 sierpnia 1943 r.
Minęło 7 miesięcy, 214 dni i 5136 godzin odkąd w domu w Dolinie Godryka z tabliczką „Harry Potter" widziano młodo wyglądającego mężczyznę.
Róże, niegdyś dumnie okalające cały ogród, dawno już zgniły, chwasty zaś bujnie się rozrosły – kiedyś jedynie przypłotowe, teraz wzięły w posiadanie cały dziedziniec. Przez wzgląd na matkę, ulubionymi kwiatami Harry'ego były lilie. Niestety, w tych czasach stanowiły dobro unikatowe, a zakupiona ziemia nie była dla nich za mało żyzna. Po kilku bezowocnych próbach zasadzenia lilii nie było więc innego wyjścia, jak z tego pomysłu zrezygnować i zdecydować się na coś innego. Posadzone róże nie były delikatnie różowe, a w namiętnym kolorze czerwieni.
Harry lubił wszystko, co jasne i kolorowe.
Upalna sierpniowa pogoda, oprócz niedostatku deszczu i wysuszania gleby, utrudniała wzrost roślinności, więc kwitnące niegdyś krzewy różane stopniowo więdły i obumierały, a ich liście opadały. Ogrodzenie rezydencji przypadło w udziale nagim, postrzępionym gałęziom, które tylko potęgowały wrażenie pustego, nawiedzonego domu. To była ulubiona sceneria mieszkającego tu nastolatka – wszechobecna śmierć, zapach desperacji oraz poczucie obcości.
Tom cieszył się tym uczuciem oraz pławił się w procesie niszczenia tego, co ukochał Harry. Zniszczę wszystko, co jest ci drogie, myślał. Tego typu zachowanie na pierwszy rzut oka mogło wydawać się bardzo dziecinne, lecz po bliższej obserwacji dochodziło się do wniosku, iż było ono bardziej przerażające.
Harry lubił Billy'ego, więc Tom odesłał go do sierocińca, gdzie nie wzbudzał już żadnego zainteresowania. Harry lubił Mylene, więc dziewczyna nagle zginęła, stając się opłatą za stworzenie horkruksa. Harry upodobał sobie róże, więc chłopiec uśmiechał się i podziwiał proces ich stopniowego usychania; stał bezczynnie, zamiast skupić się na odratowaniu ogrodu.
– Odpowiedz, Nagini. Czy Harry będzie zły, kiedy wróci? – Wyraz twarzy Toma sprawiał, że wąż poruszył się niespokojnie. Zanim zdążył odpowiedzieć, jego właściciel radośnie się roześmiał, jakby przed chwilą opowiedział wspaniały dowcip. – Na pewno nie będzie się złościł.
Nagini niedawno wypełzła ze swojej jaskini, czyli jej oczy wciąż przystosowały się do światła dziennego. Problemy ze wzrokiem sprawiły, że nie widziała mimiki towarzysza, ale samo brzmienie głosu wystarczyło, aby zaalarmować ją o niebezpieczeństwie.
– Hm, a co jeśli Harry nie zamierza w ogóle wracać? – Szesnastolatek sprawiał wrażenie spokojnego niczym niezmącona tafla wody.
– Nagini nie wie – odpowiedziała szczerze, nieświadoma tego, co poróżniło ojca i syna. W międzyczasie wykonywała zlecone zadanie: ukryła się w jaskini i pilnowała jeziora pełnego inferiusów. Do rezydencji wróciła zaledwie kilka dni temu, na wyraźne polecenie swego pana.
– Cóż... Pozostaje mi tylko uciec śmierci. – Tom ostatni raz omiótł wzrokiem ogród, po czym wszedł do domu, gdzie skierował się w stronę kuchennego stołu, na którym leżał czarny, na pozór zwyczajny dziennik. Kto by pomyślał, że skryta w nim magia jest tak potężna?
Żmija doszła do wniosku, że Tom Riddle po prostu był sobą, chociaż wydawał się troszkę spokojniejszy, niż zazwyczaj. Och, w jak wielkim błędzie była – pozory są mylne. Chłopiec wiedział, że jest ohydny; że wewnątrz szaleje, gniewa się, boi i jest chciwy; wiedział, że warczy i gryzie bez celu. Rozumiał, że coś stopniowo nadszarpuje jego umysł i zachęca do sięgania po bardziej ekstremalne środki.
Wszystkie te opóźnione i głęboko zakorzenione uczucia przedarły się przez więzy horkruksa, w końcu docierając do diabła, którego pragnęły wrzucić do piekła.
Musi znaleźć sobie jakieś zajęcie, bo inaczej straci zmysły. Każdy, przebywając samemu w tak wielkim domu i przez tak długi czas, z pewnością oszalałby.
Tom Riddle zacisnął usta i spojrzał na stojące w przedpokoju lustro – chłopiec nań patrzący miał szkarłatne oczy.
13 sierpnia, Little Hangleton, Rezydencja Riddle'ów
Czterdziestoletni Tom Riddle jak zwykle wstał punktualnie, włożył odpowiadające szlacheckiemu statusowi ubranie i zasiadł w jadalni, gdzie śniadanie było już naszykowane.
Chociaż mężczyzna się zestarzał, cień młodości wciąż był widziany na jego nadal przystojnej twarzy – jawił się w postaci uroczych zmarszczek w kącikach ust. Niestety, bijące w piersi serce nie było równie wspaniałe.
Przy olbrzymim stole czekały na niego dwie inne osoby: kobieta, która za pomocą najnowszych kosmetyków próbowała ukryć pierwsze oznaki starości oraz ponury, złośliwie wyglądający młodzieniec. Oto familia Riddle'ów: pan, pani i młody panicz*. Rodzina była bardzo zamożna, a przez to, nawet i dom, w którym zamieszkiwali, był najbogatszy i najpiękniejszy ze wszystkich posiadłości w Little Hangleton.
Dzisiejszy dzień nie różnił się niczym od innych, a przynajmniej do godziny piętnastej. Stary Tom umówił się na spotkanie z kilkoma przyjaciółmi, którzy oczywiście mieli również szlacheckie korzenie, aby tradycyjnie pograć w brydża. Był dobry w grach karcianych, choć nie tak wybitny, jak jego syn – można było śmiało zaryzykować stwierdzenie, że w duecie uchodzili za niepokonanych. Obydwaj mieli tę samą smykałkę do interesów, a kiedy połączyli siły, współpracowali bardzo efektywnie i nie trzeba było długo czekać, aż towarzysze wyzbyli się pokaźnej ilości monet i banknotów.
– Skończyłem z graniem!
– Koniec partii! Straciłem wszystko!
Odsyłając głupie owce, stary Tom znów poczuł się szczęśliwy. Ha! Znów powiększył swój majątek!
– Mój panie. – Pokojówka nerwowo miętosiła swój fartuszek, zauważenie drżąc w pięknie urządzonym pokoju. – Przybył ktoś, kto chce się z panem widzieć… – powiedziała z wahaniem.
Niezapowiedziany nieznajomy? Mimo że był w dobrym nastroju z powodu oczekiwanego zysku, stary Tom przybrał twardą minę i zmarszczył groźnie brwi.
– Przekaż, żeby się odwalił. Nie znam go.
Zaskoczona szorstkim tonem głosu głowy rodu pokojówka znów się zawahała. Mimowolnie spojrzała mam młodego panicza, który przyglądał się temu z boku, a potem, uświadomiwszy sobie błąd, natychmiast spuściła głowę.
– Tamten młodzieniec twierdzi, że nazywa się... Tom Riddle...
Zamożny mężczyzna i dwóch młodych chłopców o tej samej godności? Był to pomniejszy problem, z którym borykała się niejedna bogata rodzina. Nic nadzwyczajnego.
Pokojówka pospieszyła ku drzwiom wejściowym, gdzie czekał niezapowiedziany gość. Jej myśli na okrągło krążyły wokół przystojnego, wysokiego, bladego i dobrze wychowanego nieznajomego. Ten Tom Riddle w porównaniu ze złośliwym, podłym i parszywym paniczem w salonie… Nie – są nieporównywalni!, zganiła się. Kobieta cmoknęła, zgorszona na myśl o tym snobistycznym demonie, bez świadomości, że drugi młodzieniec wcale nie jest od niego lepszy.
– Pan zaprasza – zakomunikowała dość ogólnikowo, nie wiedząc, jak powinna się zwracać do niecodziennego gościa.
Ślizgon włożył ręce do kieszeni płaszcza, gdzie zaczął leniwie pocierać rączkę różdżki. Był przerażająco blady – na policzkach nie było ani śladu różu, przez co sprawiał wrażenie niedawno zbudzonego wampira, który od dawien dawna krył się przed słońcem. Nawet gdyby stanął teraz w blasku słonecznym, nawet ciepłe promienie nie byłby w stanie zmyć rozsadzającego go od wewnątrz okrucieństwa.
Nikt nie zauważył, że kostki chłopca pobierały od zaciskania palców na różdżce – w końcu żaden z zamieszkujących posiadłość mugoli nie wiedział o istnieniu takowego magicznego artefaktu. Pokojówka z kolei widziała tylko to, co chciała widzieć: oślepiający i nieskazitelny uśmiech na pięknej twarzy nieznajomego.
– Dziękuję. – Tom przekroczył próg rezydencji Riddle'ów, za przyjemną dla oka aparycją ukrywając mordercze intencje, które można było dostrzec w kącikach magnetyzujących oczu.
Nikt nie wiedział, że Riddle'owie przywitali śmierć.
Harry Potter znał prawdę, ale był nieobecny.
Lord Voldemort nigdy by się publicznie nie przyznał, że niegdyś marzył o spotkaniu z prawdziwą rodziną. Tom Riddle jednak nie miał takich oporów.
Każde dziecko, wychowane bez opieki rodziców, bez względu na to, ile lat miało i jak wydawało się dojrzałe, naiwnie wyobrażało sobie ich wygląd czy zachowanie. Marzenia miały zaspokoić pragnienie bycia kochanym. Czyż największy czarnoksiężnik wszechczasów nie wyrósł z czystego, niewinnego dziecko?
Owszem. Tom Riddle fantazjował na temat rodziny od najmłodszych lat.
Sny na jawie nie miały żadnego poparcia w rzeczywistości: matka była bezdomną, porzuconą przez męża żebraczką, z czego nieustannie wyśmiewała się pani Cole; ojcem zaś… Nikt nigdy o nim nie słyszał, zupełnie jakby nie istniał. Kto by pomyślał, że jednak jest realny…?
– Och? Jesteś synem tej suki? Meropy? – Stary Riddle przybrał kpiącą minę, wpatrując się w twarz podobną do swojej w nastoletnich latach. Następne słowa, które z siebie wyrzucił, były ostre niczym miecz i tak wulgarne, że wydawało się, że w ten sposób chciał połączyć wszelkie ludzkie przekleństwa w jedno, najobraźliwsze z możliwych. – Sposób, w jaki ta piekielnie brzydka baba zdołała mnie oszukać, żebym ją przerżnął, jest wielką tajemnicą. Ha! Widzę, że urodziła nawet bękarta!
Usłyszawszy te słowa, ślizgon zrozumiał, jak głupim był dzieckiem. Wyobrażenia z młodszych lat wciąż gdzieś tkwiły mu w głowie, najprawdopodobniej przez wpływ tych absurdalnych mugolskich bajek, w których to zawsze zaginiony syn łączy się z ojcem; jeszcze się nie zdarzyło, aby żaden z nich nie płakał na końcu z radości. Wyimaginowane obrazy sprawiły, że w środku nie mógł się doczekać tego spotkania.
Cóż za naiwność...
Zrozumiał coś jeszcze – że każda pozytywna emocja jest niczym innym jak bańką mydlaną, która, chociaż mieni się pięknymi kolorami tęczy, może prysnąć poprzez jedno mocniejsze szturchnięcie. Miłość i przywiązanie stanowią wymysł stworzony przez ludzi, którzy cierpieli na chroniczny nadmiar wolnego czasu. Kiedy przełknął gorycz, uzmysłowił sobie, że zawsze był tego świadomy, a obecna sytuacja tylko bardziej wyklarowała tę prawdę.
– Pomyśleć, że ta suka naprawdę miała czelność powić bachora! – Skupiając się na oszustwie, stary Tom wściekle uderzył pięścią w stół, a następnie siarczyście zaklął. – Nie powinieneś się nawet, kurwa, urodzić, bękarcie!
– W istocie, bękarcie – dodał młody panicz, któremu nie spodobała się twarz przyrodniego brata, gdyż była bardziej atrakcyjna od jego własnej.
Mugole ośmieli się nazywać czarodzieja bękartem, złośliwie i z premedytacją chcąc go zranić.
Jak bardzo rozwścieczony byłby Harry, gdyby słyszał te pomówienia i obrazy? Jakby się czuł, gdyby usłyszał, że dziecko, w którym się opiekował przez ponad dekadę, zostało w tak brutalny sposób zrównane z ziemią?
Tom Marvolo Riddle dawno przestał być chłopcem, który wybucha po usłyszeniu okrzyku „dziwak!". Będąc wychowankiem domu Salazara Slytherina, niczym ryba w wodzie, lawirował pomiędzy czarodziejami czystej krwi, podczas gdy ci jedli mu wprost z dłoni; był opanowany oraz potrafił panować nad swoimi morderczymi intencjami i chęcią sięgnięcia po różdżkę. Jeszcze zanim pojechał do Hogwartu potrafił stworzyć fasadę porządnego młodego człowieka i oddzielić od tego wizerunku wszelkie odstępstwa.
O nie. Jak w ogóle mógł pomyśleć o zezwoleniu im no tak łatwą śmierć? Jak mógł pozwolić sobie na choćby podejrzenie o popełnienie czynu zabronionego?
W świetle zachodzącego słońca czerwień bijąca z czarnych oczu chłopca była coraz to bardziej zauważalna – wyglądała wspaniale na tle prawdziwie ognistej kuli na horyzoncie.
Tom przez chwilę podziwiał ten widok, a następnie odszedł, głośno się śmiejąc.
Miał plan – plan, który z całą pewnością znacząco ułatwi mu życie; innym może nieco je utrudnić.
Jutrzejszy świt przywita tylko jeden Tom Riddle – młodzieniec, który jest sierotą; młodzieniec, którego adopcyjnym ojcem jest Harry Potter.
* W oryginalnej sadze Tom Riddle Senior nigdy powtórnie się nie ożenił ani nie miał drugiego syna. Po zostawieniu ciężarnej Meropy wrócił do rodzinnego dworu, który zamieszkiwali jego rodzice: Thomas i Mary
