Disclaimer: I don't own Harry Potter


Rozdział 57

Najcudowniejsze niespodzianki


13 sierpnia 1943 r.

Słońce w końcu zaszło. Nastała szczebiocząca radośnie ciemność, która pochłonęła ostatnią pozostałość dnia – krwistoczerwoną linię światła na horyzoncie. Gdy zapadał zmrok, demon wpadał w szał.

Rezydencja Riddle'ów została wybudowana niedaleko chaty Gauntów, ale były niczym niebo i ziemia. W porównaniu do zachwycającej i majestatycznej mugolskiej posiadłości, czarodziejska chałupka była podupadająca, zniszczona i brudna. Ściany pokryte były mchem, parapety zarośnięte pokrzywami, sfatygowana balustrada wyglądała, jakby miała pęknąć przy pierwszym lżejszym jej dotknięciu. Martwy wąż przybity do drzwi wejściowych był lepki od brudu, przez co ciężko było rozpoznać, w jakim był za życia kolorze, a wytrzeszczone oczy potęgowały wrażenie dziwaczności i groteski. Chata w istocie była stara, zapuszczona i zniszczona, lecz mimo to wciąż stanowiła schronienie.

Zbliżając się do rudery z otaczającą go poświatą, Tom się uśmiechnął. Scena mogłaby zostać uznana za eteryczną, gdyby nie fakt, iż dzięki krwistoczerwonym oczom sprawiał wrażenie Ponurego Żniwiarza, który przybył z czeluści piekła.

Wyjdź. – Zatrzymawszy się przed drzwiami, pozwolił, aby z jego ust wydobył się ochrypły, przeszywający syk. Krew Slytherina zapewniła mu przywilej używania wężomowy.

Czemuś znowu tu przylazł, bękarcie? – W progu stanął bezwartościowy i szkaradny mężczyzna, będący wujem chłopca. Z rozszerzonymi nozdrzami ze złością podniósł z ziemi zardzewiały topór*, po czym zaciekle nim cisnął w nieproszonego gościa. – Jesteś tylko plugawym mieszańcem! Jakim prawem mówisz w języku węży? Twoja matka, ta idiotka, miała zostać moją żoną! Mielibyśmy doskonałych potomków, zamiast takiego bękarta, jak ty!

Dziedzictwo zapewniło Morfinowi zdolności, ale nie tytuł. Z Tomem łączyła go krew, ale jak to się dzieje, że ci, którzy powinni być chłopcu najbliżsi, wykluczali go ze swego grona, traktując przy tym jak obcego? Z racji urodzenia powinien przynależeć zarówno do świata czarodziejów, jak i mugoli, ale zamiast tego został odizolowany, porzucony przez oba światy.

Zabawne. Matka nie chciała dla niego przeżyć, a ojciec wolałby, aby się w ogóle nie narodził. Co rusz nazywany był bękartem, a ten, który go wychował, okazał się podróżnikiem w czasie, który go opuścił...

W ciemności rysowało się okupowane miasteczko Little Hangleton. Młodzieniec nie mógł się powstrzymać i wybuchnął śmiechem.

Cóż, przypominał szczura, który przetrwał, chociaż był Tomem Riddle'em, potomkiem Salazara Slytherina.

Wrodzona duma i buntowniczość nie pozwoliły mu na smutek – zamiast tego ukrył targające nim chwiejne emocje i, kierowany szaloną żądzą zemsty, natychmiast ukierunkował się na obranie odpowiedniej strategii.

Odrzucony przez świat ślizgon nie zboczy ze swej drogi, nie będzie się wahał i nie będzie sfrustrowany. Demon z radością otworzył usta i machnął różdżką niczym kosą, utwierdzając się w przekonaniu, że nie może pozwolić wujowi ot tak umrzeć. Chciał, żeby mężczyzna doświadczył bezgranicznej rozpaczy i strachu, jaką nieśli ze sobą dementorzy.

Żeby stłamsić głupiego i rozemocjonowanego Morfina nie trzeba się było szczególnie wysilać. Tom nadepnął na dłoń wuja, z oczami wbitymi w pulchne, brudne palce, na których widoczny był błyszczący rubinowy pierścień.

Nawet o tym nie myśl, sukinsynu!

To należało do Slytherina, prawda? – Wszechobecna ciemność sprawiła, że ciemne oczy chłopca mieniły się niczym klejnoty. To, co powinno wyglądać na żywe i piękne, nagle stało się natrętnie straszne i przerażające. – To znaczy, że sygnet jest mój – bękarta.

Nie! To moje! – zawył mściwie Morfin, wpatrując się w siostrzeńca w bezruchu. – Twoja bezwartościowa matka ukradła już medalion Slytherina, a teraz ty chcesz zabrać mi pierścień? – Brzmiał, jakby wypluwał z siebie najgorsze z możliwych klątwy. – Nawet o tym nie myśl!

Hah. Zamiast ochrony swego czystokrwistego dziedzictwa, powinieneś spróbować uchronić się przed dementorami w Azkabanie, mój... ukochany wuju.

Dziedzic Slytherina może być tylko jeden.

Tom podniósł ręce, aby obezwładnić Gaunta i zerwał z jego palca sygnet, odrywając przy okazji kawałek mięsa – wyrzucił go z obrzydzeniem. Podniósł z ziemi różdżkę, a następnie rzucił Zaklęcie Fałszywej Pamięci**.

Powtarzaj za mną, ukochany wuju: zabiłem rodzinę Riddle'ów.

Zabiłem rodzinę Riddle'ów.

Tom zaczął się bawić różdżką Morfina, umiejętnie wprowadzając swój plan w życie. Czyż nie jest przecież ekspertem we wrabianiu innych?


Rezydencja Riddle'ów znajdowała się zaledwie dwie lub trzy mile od starej chaty Gauntów i w przeciwieństwie do niej, była jasno oświetlona, przez z zewnątrz było widać wszystko, co działo się w pokojach. Światło emitowane z żarówek nie mogło się oprzeć ciemności, która opatuliła ziemię.

– Dziś był dobry dzień. Sprawiłam sobie nową biżuterię. – Umalowana Lady Riddle potrząsnęła ramionami, chwaląc się wszem wobec trzema kunsztownymi i drogimi bransoletami.

Stary Tom chłodno parsknął, nie przestając jeść steku.

– Gdyby nie ten bękart, też miałbym dobry dzień.

Wtem zjawiła się Śmierć.

Trzy różnie wyglądające, snobistyczne osoby wbiły wzrok w chłopca, który nagle znikąd zmaterializował się na środku ich salonu. Wyglądali przy tym tak, jakby zobaczyli ducha.

– Spieprzaj! – krzyknął bogacz. Za każdym razem, kiedy spoglądał na twarz bękarta, tak podobną do swojej, przypominał sobie, jak naiwnie dał się omotać tej żebraczce Gauntów. On był dziedzicem, podczas gdy ona tylko brzydką córką szaleńca. – Po co znów przyszedłeś? Po pieniądze? Nie dam ci ani jednego centa!

Ha! Nawet gdyby oddał cały swój dobytek, Tom nie okazałby mu nawet odrobiny litości.

Nie potrzebował ojca. Nie potrzebował wuja. Nie potrzebował nikogo spokrewnionego. Harry w pełni mu wystarczał.

– Idź do diabła. – Czarodziej uśmiechnął się w najsłodszy i najperfidniejszy sposób. Uniósł rękę, a koniec jego różdżki zaświecił na zielono. To dziwaczne zjawisko sprawiło, że mugoli ogarnęło niespodziewane poczucie zagrożenia. – Avada Kedavra.

– Nie. Nie!

Chociaż różdżka Morfina nie była własnością ślizgona, ten nadal używał jej z dużą zręcznością. Był to pierwszy raz, kiedy użył tej klątwy. Wcześniej, owszem, zabił niezliczoną ilość ludzi, ale nigdy nie poprowadził ich bezpośrednio w ramiona śmierci – mugole, którzy utonęli w jaskini, zostali zabici przez inferiusy, zaś Mylene zajął się Karkarow. W każdym wypadku nie on był mordercą.

Jako pierwszy zginął pan rezydencji. Cóż za ironia – życie odebrał mu młody mężczyzna, którego sam powołał na ten świat. Ojciec stał się pierwszą prawdziwą ofiarą Toma Riddle'a.

Pozwoliwszy sobie na lekki uśmiech, nastolatek z przyjemnością patrzył, jak wyraz przerażenia zastyga na twarzy zabitego. Zadowolenie nieproszonego gościa sprawiło, że pozostałe dwie osoby znajdujące się w salonie, skuliły się na podłodze.

Ślizgon podszedł do nich powolnym krokiem, z niewiarygodnym upojeniem obserwując drżenie i wrzaski przyszłych ofiar – cieszył się, że mogli doświadczyć takiego potężnego szoku.

Przepełniała go żądza śmierci – przemożny smutek, który go owładnął, mógł zniknąć tylko i wyłącznie, kiedy i oni znikną.

Odtąd nie będzie drugiego Toma Riddle'a.

Odtąd będzie miał tylko jednego ojca, tego adoptowanego.

Nagini? A co, jeżeli nie wróci? Czy Harry zechce wrócić?


2000 r.

– To ostateczna decyzja, Harry? – Hermiona spojrzała na przyjaciela. – On już stworzył horkruksa, czyli splamił ręce krwią. Nawet jeżeli tam wrócisz, nic nie wskórasz. Naprawdę... nadal chcesz to zrobić?

Harry chciał obalić te argumenty, lecz ze smutkiem odkrył, że nie ma czym poprzeć swoich. Po długiej chwili ciszy podrapał się po głowie.

– Muszę dokończyć to, co zacząłem. Opiekowałem się Tomem przez ponad dziesięć lat. Poza tym to już nie jest dziecko – ma prawie dwadzieścia lat. Wciąż mamy misję do wykonania, prawda? Jakby na to nie patrzeć, to będzie ostatni skok. – Potarł srebrną klepsydrę, a jego oczy zabłyszczały.

Po tak podniosłych słowach nie mógł pozwolić, aby prawda ujrzała światło dzienne – że jest niechętny.

Przez lata był świadkiem dorastania Toma – od najmłodszych lat, kiedy był półmetrowym berbeciem, który niezdarnie trzymał różdżkę, do nastolatka, który w końcu nauczył się nią odpowiednio posługiwać. Był przy nim, kiedy nurzał się w smutku, był rozgoryczony, radosny i szczęśliwy... Przed pierwszym skokiem w przeszłość Harry nie miał żadnego problemu, aby wymachiwać pięściami i co rusz wykrzykiwać „Nienawidzę Voldemorta!", bo czarnoksiężnik był tylko symbolem zła, ale kiedy symbol przeistoczył się w realną istotę z krwi i kości, w dziecko, które potrafiło prawdziwie się śmiać i płakać – w syna, o którego się troszczył przez ponad dekadę – niczego nie był pewien. Czy będzie w stanie wyeliminować go z obojętnością?

Tom był zaledwie szesnastoletnim chłopcem.

Jak każdy rodzic Harry także wpadał w złość i przez głowę przelatywały mu myśli dotyczące opuszczenia dziecka, jednak gdy gniew przechodził, z ulgą miał ochotę objąć syna.

Odwrócił klepsydrę.


Kiedy zjawił się w Dolinie Godryka, była noc, a przez to w każdym domu z osobna paliło się jasne światło.

Harry odszukał znajomą ścieżkę i podążył nią do swojego domu.

Posiadłość spowiła ciemność – od ogrodu aż po okna na piętrze panował nieprzenikniony mrok. W tle gdzieniegdzie migotały światełka.

Podszedł do drzwi i zapukał. Kiedy jego palce stuknęły delikatnie w chłodne drewno, drzwi otworzyły się ze skrzypieniem – nie były w ogóle zamknięte.

Harry stał w miejscu przez dłuższą chwilę, pozwalając swoim oczom przystosować się do panującej wewnątrz ciemności. Dom sprawiał wrażenie opuszczonego.

– Nikogo nie ma? – mruknął pod nosem. Uliczne światło oświetlało go od tyłu, nie omijając nawet pojedynczego pasma włosów. Co więcej, rozjaśniło ono wnętrze i tym samym pozwoliło, aby mężczyzna skrzyżował spojrzenie z domownikiem.

Tom siedział skulony za kanapą, wpatrując się w Harry'ego, który schylił się, aby założyć kapcie. Nagle poczuł się urażony.

Wrócił.

Wewnętrzny głos aż krzyczał, żeby ruszył naprzód.

Usłuchał go i natychmiast zerwał się z miejsca. Wyszedł z ciemności i objął swojego prawdziwego ojca rękoma, którymi zaledwie chwilę temu rzucił klątwę zabijającą.

– Tom? Przestraszyłeś mnie! – Harry spojrzał na dziecko, którego głowa spoczywała na jego ramieniu i nie mogąc się powstrzymać, poczochrał mu włosy.

Matka nie chciała dla niego żyć, ojciec pragnął, by nigdy się nie narodził, a wuj widział w nim tylko bękarta. W tym całym chaosie znalazł się jednak ktoś, kto był gotów dla niego podróżować w czasie i przestrzeni, bez względu na wszystko.

Tom nie mógł powiedzieć Harry'emu, jakie popełnił błędy, ani tego, jak był smutny – w pewnym sensie stchórzył. W zamian mocno obejmował mężczyznę w talii, chowając głowę w zagłębieniu jego szyi i łapczywie oddychając.

Jest takie powiedzenie.

W najgłębszej rozpaczy zawsze można znaleźć najcudowniejszą niespodziankę.

Nawet nie zaznawszy akceptacji świata, znalazł się ktoś, kto otworzył przed nim swe ramiona.

Szkoda, że Tom Riddle był niereformowalny.

Święty odpłaciłby Harry'emu za to dobro, człowiek zapamiętałby ten akt, zaś diabeł schwytał w swe sidła.


* Na wszystkich rycinach udostępnionych w Internecie Morfin Gaunt nieodłącznie jest przedstawiany jako zaniedbany mężczyzna z nożem w ręku. W sadze J. K. Rowling, gdy Morfina odwiedził Tom, ten chciał go zaatakować przy pomocy sławetnego noża, bo chłopiec z wyglądu przypominał swojego ojca. Zaniechał napaści, kiedy siostrzeniec przemówił w języku węży. W opowiadaniu przy drugiej wizycie Toma, zamiast noża, używa topora

** Zaklęcie Fałszywej Pamięci (z ang.: False Memory Charm) – czar, dzięki któremu można wszczepić ofierze nieprawdziwe wspomnienie, bez świadomości, że jest ono fałszywe. Jest to zaklęcie podobne do Obliviate, które z kolei całkowicie wymazuje wspomnienia. Prócz Toma Riddle'a czaru tego użyła Hermiona Granger, modyfikując pamięć rodziców – w przeciwieństwie do książki w adaptacji filmowej posłużyła się Obliviate