Disclaimer: I don't own Harry Potter
NOTKA WSTĘPNA: Chciałabym tylko przypomnieć, że W GRUDNIU NIC NIE PUBLIKUJĘ, co nie znaczy, że nie będę nad niczym pracowała. Myślę, że 1 stycznia możecie się spodziewać następnego rozdziału zarówno tego tłumaczenia, jak i „Albusa Pottera...". Nowy Rok zaczniemy od pierwszego z zapowiedzianych oneshotów, który jednocześnie stanowić będzie rozdział 61.
Co więcej, wzięło mnie na poprawki poprzednich projektów, zwłaszcza moich pierwszych tłumaczeń - naprawdę wiele tam było niedociągnięć, aż oczy bolą, a chcę, żeby było perfekcyjnie. Na pierwszy ogień poszła SAGA O ALBUSIE POTTERZE. Zastąpię stare rozdziały nowymi, ale dopiero w momencie, kiedy zakończę nad opowiadaniami pracę : )
Nie przedłużając, miłego czytania!
Rozdział 60
Komnata Tajemnic została otwarta
Październik 1943 r.
Tom Riddle był coraz to bardziej zaniepokojony.
Wcześniej zupełnie go to nie obchodziło, ale teraz, kiedy miał przed oczami wszystkie dowody, prawda była szokująca.
Spekulacje, kim mógł być morderca, o którym wspomniał Harry, mocno nim zawładnęły.
Co było powodem, że skakał przez czas i przestrzeń?
To proste – aby uratować bohatera lub zabić złoczyńcę, a to, że Tom Riddle nie jest żadnym herosem, było bardziej niż oczywiste.
Ścisnął nasadę nosa. Od czasu oświecenia był w zmiennym nastroju i chodził z lekko przekrwionymi oczami. Harry wrócił, żeby go unicestwić?
Oschłe i powściągliwe zachowanie, próba skrzywdzenia podczas londyńskiego bombardowania, podejrzane obserwacje podczas wizyt w Hogwarcie... Wszystko to stanowiło niezbite dowody potwierdzające teorię Toma co do celów skoków – czarodziej poświęcał się, aby przypieczętować śmierć przybranego syna.
Ślizgon przyłożył dłoń do czoła i wybuchnął pogardliwym śmiechem, tak potężnym, że aż do oczu napłynęły mu łzy.
Ta wiedza tylko potęgowała absurdalność nocy, podczas której zamordował swoją biologiczną rodzinę, a potem był wdzięczny Harry'emu, zadowolony, że po opuszczeniu przez matkę, ojca i wuja, znalazł się w świecie ktoś, kto był w stanie podróżować dla niego przez czas i przestrzeń.
Kim był ten podróżnik? Czarodziejem, który miał go zlikwidować.
A może w grę wchodzi inny powód? Może jednak przyświecał mu inny cel? Nawet jeżeli to dlaczego Harry nadal próbował ukryć przed Tomem brudne szczegóły swojego planu?
To niemożliwe.
Ślizgonów cechowała obsesyjność i paranoiczność; byli skrupulatni i dumni, nawet w obliczu własnych pomyłek i błędów. Są przyzwyczajeni do kultywowania ciemności i eliminowania dobra, gotowi, by ukryć się pod złowieszczym płaszczem, który ostatecznie pogrąży ich rozumowanie, zniszczy dedukcję, zniekształci umysły i w ten sposób zaryzykuje popadnięcie w obłęd.
Tak, Tom pozbierał myśli. Harry chciał go zlikwidować. Manipulował nim, odkąd był małym dzieckiem, niemowlęciem; pragnął, aby wpadł prosto w jego ramiona. Brunet chciał, by padł ofiarą wypadku, kiedy zostawił go w rozpadającym się domu – najprawdopodobniej liczył, że kolejna bomba pogrzebie go żywcem.
W swych rozważaniach całkowicie zapomniał, że Harry zabrał go z sierocińca i podarował miejsce, które śmiało mógł nazwać domem. Nauczył go także posługiwać się różdżką, czytać i pisać, a nawet ułatwił mu wstęp do czarodziejskiego świata. Tom nie mógł przypomnieć sobie chwil, w których mężczyzna otworzył przed nim ramiona, zaoferował bezpieczeństwo, opatulając go w swoje szaty i przez długi czas utrzymywał na powierzchni, z daleka od odmętów rozpaczy.
Nie pamiętał.
Może był to jakiś rodzaj defektu genetycznego, a może choroba psychiczna, ale uwikłanie w wewnętrzny konflikt i targająca nim złość, sprawiły, że naprawdę nie mógł sobie przypomnieć tego drugiego, za bardzo skupiając się na pierwszym. Czy to rzeczywiście była taka wielka niespodzianka? Nie można sobie, ot tak życzyć, żeby ciemność zniknęła – aby to osiągnąć, należy eliminować ją stopniowo. Może to zająć lata, całe dziesięciolecia. Czy o to chodziło Harry'emu? Czy dlatego tak długo stał u jego boku?
Czego tak właściwie ode mnie chcesz, Harry?
Czemu po prostu mnie nie zabijesz?
Problem w tym, że Harry Potter nie wiedział, że został zdemaskowany – robił po prostu wszystko, co w jego mocy, aby zapobiec tragedii, która niedługo będzie miała miejsce.
– Skąd pan wi, że Aragog siedzi se pod moim łóżkiem? – Trzecioroczny półolbrzym, który był odrobinę wyższy od Harry'ego, sapnął zaskoczony, a niedowierzający ton sprawił, że kilkoro przechodzących obok uczniów przechyliło z ciekawości głowy. Przez dziwny akcent ciężko było zrozumieć sens wypowiedzi, ale po tylu latach przyjaźni z Rubeusem Hagridem Harry nie miał z tym nawet najmniejszego problemu.
Brunet pospiesznie poprosił o ściszenie głosu. Z tak potężnym, grzmiącym głosem chłopiec nie musiał mieć nawet reputacji „tego, który otworzył Komnatę Tajemnic", żeby zostać za coś ukaranym.
– Możesz go wypuścić do Zakazanego Lasu. Zostawienie go w szkole tylko wystraszy twoich współlokatorów – poradził.
– Ale... – Hagrid wyciągnął przed siebie dłonie, obie wielkości talerzy obiadowych, i złączył je razem. – Aragog jest właśnie takiej se wielkości. Ino by go tam gnębiono!
Harry wbił znaczące spojrzenie w duże dłonie ucznia i uderzyło w niego przytłaczające uczucie chwilowej bezradności.
– Może skrzywdzić twoich współlokatorów, Hagridzie – powtórzył, cierpliwie. – Co by się wtedy stało?
– To niemożliwe!
Bestia nie wyrządziłaby nikomu krzywdy? A co z głodnymi, śliniącymi się pająkami, przed którymi Harry musiał uciekać na drugim roku?
– Mógłbym zaopiekować się dla ciebie Aragogiem. – Gdy tylko wypowiedział te słowa, natychmiast ich pożałował. Sama myśl o ponownym ujrzeniu tego grubego, włochatego, ośmionogiego stwora spowodowała, że dostał gęsiej skórki.
W celu przygotowania się do hodowli pająka, który ostatecznie urośnie do rozmiarów domu, Harry wyznaczył solidny kawał ziemi tuż obok Zakazanego Lasu i rzucił na niego zaklęcie odpychające, różnej maści czary maskujące oraz szereg uroków ochronnych. Posunął się nawet do wielokrotnych wycieczek do biblioteki, żeby ułożyć pajęczakowi odpowiednią dietę. Prawdę mówiąc, wolałby, aby bestia szybko umarła z głodu. To żart, zachichotał z poczuciem winy.
Nie wiedział, czy to zadziała, ale przynajmniej zmniejszył prawdopodobieństwo wypadku.
– Harry! Patrz no, co żem znalazł! Tu napisali, że Aragog może... – Z powodu poczucia pokrewieństwa Hagrid bardzo szybko polubił nowego asystenta. Od tego czasu trzecioroczny codziennie się za nim szwędał, mając nadzieję, że będzie mógł się podzielić wiedzą i książkami traktującymi o magicznych stworzeniach; czuł, że w końcu znalazł kogoś, kto myśli podobnie. Dzięki kilku komplementom i pochwałom ze strony Harry'ego, chłopiec był szczęśliwy.
– Harry, w ostatnim albumie żem znalazł norweskiego kolczastego...
– Harry, zrobiłem ciutkę cukru. Chciałbyś se spróbować...?
– Harry...
Harry. Harry. HARRY! Żeby w tak bezczelny sposób, z wyraźnie ukrytym podtekstem znajomości i entuzjazmu, błagać o atencję jego Harry'ego... Tom Riddle przyglądał się temu z daleka i zaciskał z wściekłości zęby. Wpatrując się z goryczą w dwie szczęśliwe twarze, a kontrola, którą tak się szczycił, zaczynała pękać – gorączka go przytłoczyła. Pragnienie zmonopolizowania mężczyzny zagłuszyło głos rozsądku, a oczy sczerwieniały.
Czy był jakiś szczególny powód, dlaczego głupi półolbrzym tak szybko zdobył uznanie i uśmiech Harry'ego? Czemu Rubeus Hagrid zdobył jego pełne zaufanie bez żadnych poniesionych kosztów?
Dlaczego on, Tom Riddle, adoptowane dziecko, był tylko celem do wyeliminowania?
Kto mieszkał z Harrym przez ponad dziesięć lat? Kim był ten, który stał obok niego w chwili zagrożenia i stawił czoło śmierci?
Kto, spośród wszystkich zgromadzonych w zamku, musiał czekać w cholernie pustym domu (praktycznie od początku wspólnego życia) na powrót mężczyzny?
Tom.
Tom Riddle, nie Rubeus Hagrid.
A kogo postanowił zostawić samego sobie po przeżytej wspólnie dekadzie? Kogo postanowił postawić przed sądem ostatecznym? Od kogo Harry zamierzał odejść, po tym wszystkim, co razem przeszli?
Także od Toma, nie Rubeusa Hagrida.
– Co się dzieje, Tom? – Przez Cygnusa Blacka przemawiała ostrożność. Oczami wyobraźni widział współdomownika jako kogoś, kto ciągle się uśmiecha. Moment, w którym Riddle ukazał światu swe rozwścieczone oblicze, przeraził go na wskroś.
Cygnus nawet nie myślał sprowokować Toma. Mimo że Blackowie go popierali, a ślizgon był jego kolegą, podświadomość ostrzegała go przed rzucaniem wyzwania. Im większa siła, tym potężniejsza moc przekazu.
– Czy to z powodu... asystenta Pottera?
Tom w milczeniu spuścił wzrok. W istocie, to prawda.
Black się uśmiechnął.
– Widzę, że bardzo kochasz Harry'ego. – Przy tak wielkiej trosce, jak mógłby nie kochać swego ojca?
– Nie darzę go uczuciem. – Tom gwałtownie się odwrócił i spiorunował towarzysza wzrokiem.
Cygnus zamarł.
– To twój rodzic, to naturalne...
– Rodzicielstwo i miłość nie mają ze sobą nic wspólnego. – Riddle z ironią lekko się wykrzywił. Jego biologiczny ojciec był egoistyczny, próżny i kochał wyłącznie siebie. Adopcyjny ojciec z kolei swoje uczucie okazałby przy użyciu sztyletu bądź machnięcia różdżką.
Miłość? Że niby kochał Harry'ego Pottera? Niedorzeczność.
Nie darzył go uczuciem, po prostu nie lubił dzielić się dobytkiem.
Miłość była tylko przejawem tchórzostwa i została wymyślona przez słabeuszy. Stworzyli ją ci, którzy albo nie byli w stanie sami o siebie zadbać, albo ci, którzy zbyt się tego obawiali.
Tom nie śmiał kochać, kiedy posiadł coś o wiele lepszego – moc.
Z miłości nie miał żadnego pożytku.
Tom z namaszczeniem zaczął poszukiwać Komnaty Tajemnic, wykorzystując do tego przywileje prefekta. Skorzystał z wieczornego obchodu i dokładnie przeszukał każdy kąt pokoju wspólnego Slytherinu.
Na właściwym patrolu chodził z dłońmi w kieszeniach szat i skrupulatnie obserwował ciemne niebo.
Przeczesał prawie cały zamek – każdą komnatę, całe podziemia, a nawet każdy schowek i wszystkie pomieszczenia gospodarcze. Nie znalazł nic.
Przegapienie nie wchodziło w grę! Czy Komnata Tajemnic nie mieściła się w zamku?
– Marta Shirley*? – Tom zobaczył skrawek krukońskiej szaty wystający zza winkla. Miał bardzo dobrą pamięć, tak więc przypomnienie sobie nazwiska dziewczyny, przyszło mu z łatwością. – Co tutaj robisz? Już dawno po ciszy nocnej.
– By... byłam w toalecie. – Marta wskazała korytarza za sobą – z nieładnymi warkoczami i grubymi oprawkami okularów, sprawiała wrażenie brzydkiej. W pomieszczeniu nie było nikogo, a z wnętrza dobiegał tylko plusk kapiącej wody.
Toaleta dziewcząt?
Rozważając opcje, szóstoroczny ślizgon zmrużył oczy.
Przeszukał zamek wzdłuż i wszerz, ominąwszy przy tym łazienki dziewcząt.
Przez chwilę trawił tę informację, a następnie olśniewająco się uśmiechnął – był przerażająco fałszywy, ale szkła Marty były zbyt grube, aby krukonka mogła dostrzec różnicę.
– Śpiesz się w drodze powrotnej, bo inaczej będziesz miała kłopoty u nauczycieli. – Poklepał koleżankę po ramieniu, skrzętnie ukrywając swój zapał.
Biegnij, prosiaku. Idź sobie i daj mi w spokoju poszukać Komnaty Tajemnic.
– W po... porządku. Dzię... dziękuję. – Dziewczyna się zarumieniła, a następnie odeszła ze spuszczoną głową.
Tom jeszcze przez chwilę czuwał, wcześniej patrząc na oddalającą się sylwetkę Marty. Gdy upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu, odwrócił się i popędził do łazienki.
Była przestronna. Środek zdobiła duża, okrągła umywalka, a boki dwa szeregi kabin.
Ślizgon się nie wahał. Natychmiast otworzył usta i przycisnął język do podniebienia, przez co z jego ust nie wyszły słowa, a syk.
– Otwórz się.
W przeciwieństwie do Harry'ego, który musiał się wysilać, aby wizualizować sobie węża, Tom z łatwością mógł używać wężomowy, nawet jeżeli nie miał przed sobą konkretnego obrazu. Ten rodzaj talentu, zabezpieczony rodowodem, był nieporównywalny z umiejętnością, którą ukradł podróżnik w czasie.
Niemalże natychmiast umywalka zaczęła się rozsuwać i już po chwili chłopiec stanął przed ciemnym korytarzem.
Tom uśmiechnął się, a potem wybuchnął śmiechem, który zabrzmiał wyjątkowo przerażająco – pustka potęgowała tylko to wrażenie. W pewnym momencie w chichocie słyszalna była duma – był to doprawdy piękny dźwięk, ale gdyby ktoś odkrył kryjące się za nim znaczenie, z pewnością by się wzdrygnął.
Otworzyłem Komnatę Tajemnic, Harry. Dlaczego jeszcze mnie nie wykończyłeś?
Jeżeli wkrótce tego nie zrobisz... będzie za późno.
Koniec końców Tom nie wszedł do Komnaty Tajemnic.
Nie miał żadnej pewności, czy nie czai się tam jakieś niebezpieczeństwo, a przecież życie jest zbyt cenne, żeby nim ryzykować na prawo i lewo. Zwyczajnie więc zamknął wejście i opuścił łazienkę. Na wybadanie gruntu potrzebował czasu.
Nie nadszedł jeszcze odpowiedni moment.
– Co ty tam robisz, Tom?
Gdy tylko wyszedł z toalety, z naprzeciwka zobaczył go Harry – został przyłapany. Mężczyzna ciężko dyszał, zupełnie jakby biegł tu całą drogę.
Ślizgon spojrzał mu prosto w oczy i w milczeniu podziwiał, jak ten blednie, uświadamiając sobie, że to właśnie ta konkretna łazienka. Serce Toma mocniej zabiło z okrutną przyjemnością.
Uśmiechnął się niewinnie, chowając bliskie obnażenia zęby.
– Jestem na nocnym patrolu. To jeden z obowiązków prefekta. – Poza, którą przybrał, przywodziła na myśl dziecko, które prosiło rodziców o w pełni zasłużoną nagrodę.
Historia się powtórzyła – nieuchronna, niepowstrzymana, nieopóźniona, niezmienna i niemożliwa do zmodyfikowania.
Komnata Tajemnic została otwarta.
* Marta Shirley – w rzeczywistości Jęcząca Marta nazywała się Warren, a Shirley to imię aktorki, która ją zagrała w adaptacji filmowej. Można śmiało spekulować, że w momencie pisania opowiadania, nazwisko krukonki nie było powszechnie znane
