Disclaimer: I don't own Harry Potter
NOTKA WSTĘPNA: Witam po miesięcznej przerwie! Jak minęły święta? Jak samopoczucie?
U mnie sprawy się trochę unormowały, tak więc wracamy do w miarę regularnych publikacji – najczęściej w weekendy co tydzień lub dwa.
Przepraszam za dzień zwłoki, ale przeciągnął mi się Sylwester ;)
Nie przedłużając, miłego czytania!
Rozdział 61 [ONESHOT]
Idealny kozioł ofiarny?
Październik 1943 r.
Harry nie łudził się, że odmieni losy świata.
W porządku – owszem, żył nadzieją. Całym sercem liczył, że chłopiec w obawie przed Dumbledore'em i zatrwożony obecnością swojego ojca, przestanie poszukiwać Komnaty Tajemnic; liczył, że przed ostatecznym krokiem przypomni sobie jego zagniewaną twarz i odejdzie od tego pomysłu. Dobrze, może nie łudził się, że odmieni losy świata, ale miał nadzieję, że... zapobiegnie nieszczęśliwym wydarzeniom.
Jak tego dokonać? Tego typu myśli sprawiały, że czuł się absurdalnie.
Kiedy przyłapał Toma niedaleko toalety dziewcząt, natychmiast załączył mu się w głowie alarm, który oznaczał jedno: było za późno.
Co mógł uczynić? Niedużo. Blady, chwycił dziewczynę za ramię i z nietypową dla siebie gwałtownością wyszeptał ostrzeżenie:
– Nie chodź do toalety na drugim piętrze.
– Asystencie Potter! – Grube szkła okularów nie zawiodły właścicielki. Krukonka rozpoznała młodego nauczyciela, a tej nieoczekiwanej zaczepce towarzyszyły zdziwione miny okolicznych uczniów, niezdolnych do wtrącenia.
Harry zwilżył spierzchnięte wargi i spojrzał dziewczynie prosto w oczy.
– Nigdy nie chodź do toalety na drugim piętrze – powiedział niskim głosem, przekazując ostrzeżenie.
Marta Shirley uznała to za dziwne, ale pospiesznie skinęła głową, wystraszona bladością i niepewnym stanem asystenta.
Problem w tym, że ludzie z natury są zawodnymi stworzeniami – najsłodszy jest zakazany owoc. Każde ostrzeżenie, zwłaszcza z towarzyszącym mu słowem „nigdy", natychmiast wydaje się atrakcyjniejsze.
Marta Shirley nie stanowiła wyjątku.
31 października [Halloween. Karnawał]
Impreza kostiumowa była bardzo ożywiona – Wielka Sala Hogwartu została pochłonięta śmiechem i powszechną serdecznością; komnatę wypełniło ciepło, które emitowały radośnie wrzeszczące dzieci. Gwarna zabawa rozgrzewała się stopniowo, prawie tak, jakby alkohol stanowił główną siłę napędową.
Niemniej jednak zawsze znajdą się tacy, którzy zachowają spokój, bez względu na to, jak entuzjastyczną fasadę prezentują światu bądź jak bardzo próbują się wtopić w roześmiany tłum. Ich dusze nie mają kontaktu z ciałem, jedynie szydzą i obserwują; czekają na najlepszą okazję do działania, zawsze są gotowi.
– Panie Potter! Wznoszę toast za mojego kuzyna, Charlesa! – Czarodzieje, czy mugole, to nieistotne, zawsze cenili sobie wino. Na toast Cygnusa Harry nie mógł odmówić. Oczywiście, Black pił sok dyniowy z kapką alkoholu, zaś Harry trzymał w dłoniach kielich z miodem pitnym.
W okamgnieniu w brzuchu zapłonął mu ogień.
– Całkiem dobrze się przystosowujesz, prawda? – Stary, cwany Slughorn uniósł swój kieliszek i mrugnął do Pottera. – Odnalazłeś się tu bardzo dobrze. Tom też ma się świetnie.
Toast mistrza eliksirów, choć w zamierzeniu miał być małym błogosławieństwem, wyszedł co najmniej niesmacznie i dziwnie.
Następnie, niczym jak na zawołanie, wszyscy nauczyciele z radością podnieśli ręce i wielokrotnie wznieśli toasty, zarówno z dobroci serca, jak i przebiegłości umysłu. Z natury nieokiełznani gryfoni, którzy utrzymywali z nimi dobre stosunki i uwielbiali przyłączać się do zabawy, natychmiast się zaaklimatyzowali – każdy założył kolorowe, oryginalne ubrania, a przed pożyczeniem sobie wszystkiego dobrego, z podekscytowaniem patrzyli, jak oniemiały Harry pije.
Wyglądało to tak, jakby czerpali prawdziwą przyjemność alkoholowego zapału nowego towarzysza zabawy.
Czy była to mistyfikacja?
Los przysłonił usta dłonią i zachichotał. Dźwięk, który wydobył się z jego ust, sprawił, że kukiełka podskoczyła w miejscu, a cały świat się zatrząsł.
Nie, to plan większego kalibru. Los nie pozwoli na modyfikację historii – kiedy zmiana jest w zasięgu ręki, pod nogami wyrasta kamień, przez który podróżnik się potknie, a upadek zniweczy wszelkie podjęte wysiłki i starania.
Tom spojrzał na wpół pijanego i zaczerwienionego Harry'ego, siedzącego na miejscu przeznaczonym dla kadry pedagogicznej, i lekko się uśmiechnął. Zdjął śmieszny kostium, który miał na sobie na przyjęciu oraz wszystkie ozdoby. Pod osłoną tłumu wymknął się z Wielkiej Sali; ciche domknięcie drzwi odcięło go od głośnej muzyki.
Świadkiem tej sceny było tylko i wyłącznie światło księżyca. Ślizgon uśmiechnął się chytrze i poluzował kołnierzyk szaty, a następnie zrobił krok w kierunku upragnionej dumy i radości – swego źródła mocy.
Los zawisł nad szachownicą, rzucając cień na głównego gracza. Zwyczajnym ruchem dłoni mógł kontrolować wyniki wszystkich figur na planszy, nie tylko swoich, ale i niegodnego przeciwnika: gońców, królowych i królów – zajmowana pozycja nie miała najmniejszego znaczenia, gdyż każda bierka była pionkiem.
Partii brakowało sprawiedliwości oraz nadziei na zwycięstwo – była ustawionym przez Los otrzeźwieniem.
Marta Shirley zakryła usta, dusząc w sobie wrzask, którym miała wypełnić szkolny korytarz – stała na rozwidleniu i nie wiedziała, w którą stronę iść. Ścieżka na prawo prowadziła wprost do krukońskiego dormitorium, ale jej współlokatorki najbardziej nienawidziły jej płaczu – nie tylko nie dodawały dziewczynie otuchy, ale także jeszcze bardziej ją gnębiły, żeby wręcz zanosiła się szlochem. Korytarz na lewo prowadził do łazienki, do której zawsze chodziła – była na tyle oddalona od reszty pomieszczeń, że mogła się tam w spokoju wypłakać, nie narażając na czyjąkolwiek interwencję.
Nigdy nie chodź do toalety na drugim piętrze – wciąż niejasno pamiętała ostrzeżenie młodego asystenta, chociaż w tamtym momencie bardziej zwróciła uwagę na bladość jego twarz; nadal: cóż za głębokie pamiętne słowa.
Czy w pobliżu czają się zjadające ludzi potwory?
Marta zdjęła swoje okulary z grubymi szkłami i starła łzy z policzków. Potem, nie zastanawiając się więcej, weszła do znajomej łazienki.
Nie chciała opuszczać imprezy, ale Olivia Hornby głośno ją wyśmiała, że niby wygląda jak trup, który dopiero do wypełzł ze starożytnego grobowca! Przez chwilę oglądała w lustrze swoje przednie zęby, wszystkie piegi na twarzy, staromodne warkocze oraz znienawidzone okulary, które zakrywały jej oczy. Olivia wyśmiewała się dosłownie każdego drobnego szczegółu wyglądu Marty; była niczym zadra w oku i na okrągło ją krytykowała, nawet nie biorąc pod uwagę faktu, iż krzywdzi inną dziewczynę.
Żadna niewiasta nie byłaby w stanie znieść tylu upokorzeń – zwłaszcza szczególnie wrażliwa i delikatna Marta Shirley.
Im dłużej o tym myślała, tym bardziej czuła się ofiarą – w końcu nie wytrzymała i rzuciła się pędem do najbliższej kabiny. Zatrzasnęła drzwi i wybuchnęła spazmatycznym płaczem.
Szloch wkrótce wyczerpał dziewczynę, która oparła się plecami o kamienną ścianę boksu. Szybko zasnęła.
Tom wszedł do toalety dziewcząt i potarł wyrzeźbiony w kształcie węża kran. Zrobił krok do tyłu i pozwolił, aby z jego ust uciekł syczący, wibrujący dźwięk.
Umywalka powoli się rozsunęła, odsłaniając ukryty tysiącletni sekret.
Oblizał usta, a w jego ciemnych oczach odbiła się przyjemność płynąca z kontroli nad tak potężną mocą.
Uczucie było całkowicie inne od tej udawanej radości podczas balu karnawałowego. Błogość mieszała się z szaleństwem, które można było powiązać także z okrucieństwem.
Od odkrycia Komnaty Tajemnic minął ponad tydzień. Taki okres wystarczył mu, aby dokładnie zbadać strukturę podziemnego pomieszczenia. Pragnął odnaleźć największe dziedzictwo Salazara Slytherina, obudzić i uwolnić swą moc.
Dziś zamierzał wyzwolić bazyliszka z więzienia!
– Przemów do mnie, Slytherinie, najpotężniejszy z czwórki założycieli! – Tom nie miał zamiaru schodzić na dół. Po prostu stał przy wejściu, mówiąc w języku węży. Chociaż nie podnosił głosu, przy użyciu odpowiedniego zaklęcia, dźwięk mógł dotrzeć wszędzie, nawet do najdalszych zakamarków Komnaty, gdzie rezydował sławny bazyliszek.
Gad klapnął paszczą i powoli wyściubił łeb ze swej samotni – para żółtych oczu wywoływała dreszcz. Niedługo potem w polu widzenia pojawiło się jego przerażające długie ciało.
– Mistrzu. – Bazyliszek* celowo zamknął ślepia. Nie chciał w jakikolwiek sposób zaszkodzić następcy swego pana.
– Doskonałe stworzenie, doprawdy. – Tom przez chwilę się obsesyjnie podziwiał gładką i twardą, podobną do smoczej skórę zwierzęcia. Jego oczy co rusz zmieniały barwę – z czarnych na czerwone – z powodu wahań nastroju, powiązanych z pożądaniem mocy. Nieświadomie zachichotał, będąc niczym kolekcjoner antyków, który zachwycał się najnowszym nabytkiem.
– Dwa dni temu pewien mężczyzna otworzył Komnatę Tajemnic, mistrzu. – Bazyliszek nie mógł zrozumieć ludzkiego języka, tak więc postanowił poinformować swego pana o anomalii, której ostatnio doświadczył. – Zszedł na dół aż do serca Komnaty. Ukryłem się w tunelu za ustami posągu Slytherina. Wyszedł, zanim wyjrzałem.
Wspaniały nastrój ślizgona prysł niczym mydlana bańka. Zmrużył oczy i przybrał niebezpieczną pozę.
– Kto?
– Nie wiem, miał czarne włosy.
Tom nie musiał nawet zgadywać – wiedzący, gdzie szukać Komnaty Tajemnic brunet. Spośród wszystkich znanych mu ludzi, mogła być to tylko jedna osoba: pochodzący z przyszłości Harry. Twarz chłopca przybrała mroczniejszy wyraz.
Czy to znaczyło, że... Harry był wężousty?
Nikt nie był bardziej świadomy warunków potrzebnych do odziedziczenia tej zdolności, aniżeli on sam – wymagana była płynąca w żyłach krew Salazara Slytherina. Jeżeli mężczyzna mógł otworzyć Komnatę, to znaczy, że jest wężousty. Z racji tego, że Harry posługuje się tym językiem i pochodzi z przyszłości, wniosek mógł być tylko jeden: Harry Potter potomkiem Toma Riddle'a? Cóż za niedorzeczność.
Przetrawiwszy w głowie tę myśl, niechętnie musiał się z nią zgodzić. W istocie, byli do siebie fizycznie podobni – obaj posiadali ciemne włosy i podobną posturę. Gdyby przywdziali te same ubrania, nikt by nie wątpił w to, że są spokrewnieni.
Niemniej jednak to bez znaczenia. Bez względu na więzy krwi przeznaczeniem Harry'ego było pozostać u boku Toma, nigdy mu nie uciec. Prawdę powiedziawszy, po chwili namysłu, doszedł do wniosku, że jest zadowolony z obrotu wydarzeń.
Mimo że świat jest tak olbrzymi, tylko my dwaj władamy wężomową.
Ta wyjątkowa seria odkryć napełniła dziecko dziwacznym, poniekąd pokręconym poczuciem satysfakcji.
Niezbity dowód! Harry'emu było przeznaczone należeć do tego samego świata, co Tom – byli dla siebie stworzeni. Wtem przystojne oblicze ślizgona oszpecił szaleńczy uśmiech. Jak inni, na przykład ten wielkolud, Hagrid, mogli w ogóle pomyśleć o próbie wtrącenia się i angażu?
W międzyczasie ku swojej wielkiej irytacji Martę obudziło coś, co brzmiało jak wymiana syczących dźwięków, poniekąd przypominająca rozmowę. Zmarszczyła płaski nos, czując wściekłość z powodu zakłócenia snu i naruszenia prywatności.
– To toaleta dla dziewcząt! Idź sobie! – Była prawie pewna, że żeńskie terytorium naruszył jakiś chłopiec. Nie powinno go tu być! Ze zirytowaną miną otworzyła drzwiczki kabiny. Miała zamiar wygonić stąd nieproszonego gościa, ale kiedy zdradziło ją skrzypienie zawiasów, ostatnią rzeczą, jaką przyszło jej zobaczyć, była para wielkich żółtych ślepi.
Tom nawet nie przypuszczał, że ktoś się tu ukrywał. Przyłapanie na włóczędze zawsze było najmniejszym z jego zmartwień, niemniej jednak uczennica, która została zabita przez bazyliszka na jego oczach, zapewniła najbardziej niewygodny obrót wydarzeń.
– Cholera – mruknął ze złością. Zazwyczaj spokojny i opanowany prefekt nie mógł powstrzymać się od kąśliwego przekleństwa oraz zaciśnięcia dłoni w pięść. – Niech to cholera!
Co za parszywy prosiak! Wykiwałby dziewczynę, gdyby bazyliszek go nie wyprzedził.
Tom nie przewidział przypadkowej śmierci koleżanki. I pomyśleć, że nieprzyjemności wyniknęły z napadu płaczu durnej dziewuchy – teraz przyjdzie mu się zmierzyć z konsekwencjami.
Aby się uspokoić, zwolnił trochę oddech. Oczy, którymi patrzył na martwą krukonkę, stały się zimne.
Sześć lat wysiłku pójdzie na marne przez jednego głupiego prosiaka!
Wypadek z pewnością sprowadzi do Hogwartu oddział aurorów, którzy przeprowadzą szczegółowe śledztwo – tak naprawdę nie ma czasu na żadne porządne przygotowanie. Co gorsza, może go to zmusić do wstrzymania planów i doprowadzić do utraty największego dotychczasowego osiągnięcia.
Nie było nawet czasu na zastanowienie się, czy dałby radę wypróbować teraz trochę nowej mocy. Trzeba natychmiast zatrzeć ślady i rozproszyć wszelkie podejrzenia, które dotąd mogły zakiełkować w umysłach mieszkańców zamku. Harry zapewne mógł przewidzieć taki rozwój wydarzeń, ale na szczęście nie miał żadnych dowodów. Gorzej, że Dumbledore też nie był naiwnym głupcem.
Z rozwścieczoną miną Tom stanął obok ciała dziewczyny, a następnie bezlitośnie je kopnął.
Gdyby nie ograniczenia i niuanse, zakończyłby to w prosty sposób: Marta Shirley dołączyłaby do jaskiniowego grona trupów, przemieniłaby się w inferiusa i nigdy nie zaznała spokoju – nie zasługiwała na niego nawet w życiu pozagrobowym. Bezużyteczny prosiak!
Wziął głęboki oddech, zablokował wszystkie niechciane emocje i zaczął myśleć o racjonalnych sposobach wybrnięcia z tej sytuacji.
Ze wszystkimi utrzymywał dość przyjazne stosunki i postrzegano go jako godnego zaufania. Czy gdyby zasugerował innego podejrzanego, ktokolwiek byłby w stanie przejrzeć oszustwo?
Nie.
Poza Harrym i wiecznie paranoicznym Dumbledore'em nie było żadnej osoby, która mogłaby dostrzec prawdę. Na potrzeby realizacji planu trzeba wybrać idealnego kozła ofiarnego – kogoś zbędnego; kogoś, kogo można łatwo zapomnieć, czy nie lubić; jakiś łatwy cel, może nawet kogoś, kogo Tom przy okazji nienawidził.
Umysł ślizgona natychmiast wypełnił obraz wielkiego, niezdarnego idioty, na którego Harry lubił marnować swe czarujące uśmiechy.
Oczy Toma rozbłysły, kiedy obnażył zęby.
Rubeus Hagrid, niegodny półkrwi. Wykrzywił się złośliwie.
* Z „Fantastycznych Zwierząt (...)" wiemy, że bazyliszek nie jest stworzeniem wyłącznie jednopłciowym – mamy żeńskiego gada i męskiego. Samicę można odróżnić od samca po pojedynczym szkarłatnym jakby piórku na głowie, tak więc bazyliszek Salazara Slytherina był samicą. W opowiadaniu, za autorem i tłumaczem, idę w męską formę
