Rozdział 62

Ustanawiasz granice Toma


Listopad 1943 r.

Historia toczyła się własnym torem.

W nocy 31 października 1943 roku uczennica mugolskiego pochodzenia z Ravenclawu zmarła na skutek utraty nadmiernej ilości krwi w wyniku uszkodzenia tętnicy szyjnej. Na pierwszy rzut oka rana wyglądała na zaschniętą samotną łzę.

Rankiem 1 listopada sprawą zajęło się Ministerstwo Magii - koniec końców odnaleźli w rogu łazienki lepkie, aczkolwiek twardawe białe włókna. Na podłodze dostrzegli również dwa, krótkie czarne włosy - po bliższym rozpoznaniu jednak doszli do wniosku, że bardziej przypominały one sierść.

Nawet w tak trudnym dla siebie czasie Tom Riddle, ślizgon, prefekt Slytherinu, dzięki doskonałej obserwacji wywnioskował, że podejrzane włókna to nici pajęczyny, a krótkie włosy to puch pająka.

Po zatwierdzeniu tych informacji aurorzy natychmiast zbadali próbkę krwi dziewczyny pod kątem różnego rodzaju toksyn i rzeczywiście, znaleźli śladowe ilości jadu, który dobrze współgrał z innymi zebranymi dowodami.

1 listopada, w godzinach popołudniowych, funkcjonariusze czarodziejskich organów ścigania zidentyfikowali zabójcę jako pajęczaka oraz oficjalnie rozpoczęli śledztwo.

Wieczorem Tom Riddle doniósł, że trzecioroczny z Gryffindoru w Zakazanym Lesie opiekował się młodym pająkiem, którego można sklasyfikować jako "niebezpiecznego".

4 listopada zarząd zdecydował się na wydalenie z Hogwartu hodowcy stworzenia, Rubeusa Hagrida, oraz na przełamanie jego różdżki. Ostatecznie dzięki dobroci serca Albusa Dumbledore'a uzyskał zgodę na zamieszkanie na terenie zamku i zostanie gajowym.

Tom Riddle zaś otrzymał Specjalną Nagrodę za Zasługi dla Szkoły.

Bez względu na to, w jaki sposób zapisała się historia lub jak zaprezentowała się Harry'emu, nie można było jej odmienić oraz zmanipulować.

Wszystkie wydarzenia dawno temu zostały wyryte w chłodnym czarnym marmurze - każda próba strzaskania go kończyła się niepowodzeniem, a zarysowanie było niemożliwe. Był wieczny - wspaniały i dystyngowany. Harry stanął przed pomnikiem i spojrzał na niego z trudem, po raz kolejny czując się maluczkim i słabym.

Czy po tylu próbach podróżnik nie powinien być zmęczony? Był blady i z ledwością trzymał się na nogach. Wyszedłby na tym lepiej, gdyby w swoje posiadanie wzięła go apatia.

Niestety, było wręcz odwrotnie.

Harry cierpiał - ból przeszywał go na wskroś. Z wyjątkiem nieustannej, miażdżącej wręcz agonii, która opatulała go niczym szczelnie okrywający płaszcz z powodu częstych skoków w czasie i przestrzeni, stres, na którego działanie na okrągło był wystawiany, stał się przytłaczający i duszący, odbierał możliwość zaczerpnięcia oddechu.

Wielokrotnie podejmowane wysiłki okazywały się daremne w skutkach - przeszłość nadal była pełna przelanej krwi oraz niespokojna. Coraz więcej wymagało powiedzenie sobie i przekonanie, że "następnym razem będzie lepiej". Czy naprawdę się łudził i ćwiczył swą wytrwałość, tylko po to, aby patrzeć, jak jego wysiłki idą na marne?

Wykluczone. Absolutnie wykluczone.

Harry nie mógłby wyrzucić z pamięci przyjemności płynącej z pierwszej dokonanej przez siebie zmiany historii czarodziejskiego świata - modyfikacji miejsca narodzin Lorda Voldemorta. To właśnie wszechogarniająca nadzieja sprawiła, że zdecydował się towarzyszyć Tomowi przez ponad dekadę. Niestety, bez względu na to, jak niezłomna była jego wola i jak mocno kierował się miłością, nadejdzie dzień, w którym wysiłki czarnookiego młodzieńca zniweczą jedno i drugie.

Na zawsze?

Absurdalna opcja.

Harry spojrzał z ukosa na ślizgona, któremu przyznano na podium specjalną nagrodę, na jego nienaganny uśmiech. Niby ta sama twarz, podsumował, ale teraz dziwna i niepokojąca.

Po raz pierwszy zaczęły go dręczyć niewygodne i natrętne myśli.

Czy nadszedł czas, aby odejść?


- Wszystko w porządku, Harry? - Siedzący naprzeciwko starzec zamrugał, chociaż jego spojrzenie wydawało się równie odległe, co niebo. Ich pozornie potulny wygląd sprawiał, że ludzie opuszczali przy nim gardę, dzięki czemu potrafił - nieświadomie - oczarować. Albus Dumbledore zawsze taki był - godny zaufania i inteligentny; wspaniały mentor i doradca.

Profesor zerknął na list z rezygnacją Harry'ego.

- Jestem tylko zastępcą, chłopcze. Jeżeli naprawdę chcesz zwolnić stanowisko, będziesz musiał porozmawiać z dyrektorem.

Asystent się ocknął, a następnie ręką przeczesał włosy.

- Przepraszam. - Najzwyczajniej w świecie był przyzwyczajony do tego, że Dumbledore zajmuje najwyższy w szkole urząd.

- Czy mógłbyś mi powiedzieć, o ile nie masz nic przeciwko, gdzie byś się udał po rezygnacji? - Starzec spojrzał na rozmówcę przenikliwie.

Nadal ma kasztanowe włosy i brodę, zauważył mimowolnie Harry.

- Najprawdopodobniej... ruszyłbym w podróż. - Nie mogę wrócić, przyznał, pokonany. Nadal nie ukończył misji poznania słabości Toma, nie wspominając o tym, że fizycznie nie byłby w stanie wytrzymać częstych skoków w czasie. Innymi słowy, był uwięziony w tej epoce.

- Dlaczego jednak nie rozważysz pozostania? - Albus wykonał zachęcający gest. - Dzieci cię kochają.

Asystent nie był w stanie się nawet zaśmiać.

- Z powodu Toma, profesorze. - W drzwiach stanęła młoda, szczupła brunetka ze spokojnym wyrazem twarzy. - Nie wierzę, że pan nie zauważył.

Starzec wsunął do ust landrynkę, która zamiast słodyczy pozostała na języku smak goryczy. Odkąd Harry Potter - celowo bądź nieumyślnie - zasugerował mu, że powinien baczniej obserwować Toma Riddle'a, zaczął to robić. Nie mógł w pełni pojąć powagi sytuacji, ale niejasno zauważył źle dopasowane elementy układanki dotyczącej śmierci Marty Shirley. Niestety, nie miał żadnych niezbitych dowodów, więc chcąc nie chcąc, przez wzgląd na cele, zdecydował się na milczenie.

- Bardziej zastanawia mnie... - przerwał, ważąc słowa - ...skąd wiedziałeś? - Dumbledore odniósł wrażenie, że ojciec będzie nieuważny, by przejrzeć podstęp syna. Co więcej, był pewien, że Tom nie zaryzykowałby ujawnienia swojej kłamliwej strony. Ślizgon zawsze się pilnował i kontrolował, dobrze maskował swe motywacje i intencje, a osobą, którą najbardziej chciał oszukać, był właśnie Harry Potter. Zaskakujące, że mężczyzna wydawał się świadomy rzeczywistości. Chociaż był prowadzony na smyczy - jak na ironię - był także najbardziej przytomny w kwestii swojej obroży.

Dumbledore mu nie zazdrościł najprawdopodobniej bardzo bolesnego doświadczenia - bycia wystarczająco nieodrealnionym, aby wiedzieć, co się wokół dzieje i jednocześnie pragnąć tylko się położyć i zasnąć.

- Rozumiem, profesorze. To coś w guście Alkora* i znajomości trajektorii ciał niebieskich - odpowiedział brunet, blady niczym ściana.

Starzec pokręcił przecząco głową.

- To nie to samo, chłopcze. Trajektorię można obliczyć i zawiera ona w sobie pewną prawdę.

Wszystko, co wiem, profesorze, to niepodważalna historia. Czym niby różni się ona od prawdy? Harry uśmiechnął się słabo, nie mogąc powiedzieć tego na głos.

- Tom bardzo o ciebie dba. - Albus złożył dłonie i położył je na biurku, a jego oczy zamigotały równie głęboko i tajemniczo, co morze. - Wydaje mi się, że wiele osób już ci to mówiło, ale pozwól, że ja też powtórzę. To nie jest jedynie moje spostrzeżenie. Każdy, kto zna pana Riddle'a, zgodziłby się ze mną, chłopcze. Ustanawiasz granice Toma. Gdybyś kiedykolwiek zdecydował się odejść, nie miałby nikogo, kto naprowadzałby go na właściwą drogę.

Nie było żadnych wątpliwości, że najprawdopodobniej jedyną osobą, którą Tom Riddle darzył szacunkiem, był siedzący przed nim młody mężczyzna. Gdyby nie ten respekt, nic nie powstrzymałoby ślizgona przed odizolowaniem Harry'ego od świata zewnętrznego i daniem mu dostępu tylko do starannie przefiltrowanych informacji. Myśl ta sprawiła, że Albus poczuł się zmęczony - bo niby jakim sposobem można wyrazić miłość poprzez absolutną kontrolę?

Na całe szczęście, Harry Potter jest uosobieniem cech przykładnego gryfona. Odczuwszy ulgę, possał landrynkę.

- Możesz próbować się oszukiwać, chłopcze, ale mnie nie omamisz. - Dumbledore wsunął do ust kolejnego cukierka. - To żaden wstyd, że nie możesz się przestać martwić o syna. Nie okłamuj się, proszę - w przeciwnym razie, już dawno siedziałbyś w gabinecie dyrektora szkoły.

Starzec puścił Harry'ego oko, a jego nagle przebiegły wyraz twarzy sprawił, że podróżnik niechętnie się uśmiechnął. Mimo że śmiech był niemożliwy, niespodziewanie poczuł się bardziej zrelaksowany.


Dziecko spojrzało na swoją matkę, naiwne, jeszcze nieznające realiów świata, i zapytało:

- Mamusiu? Gdybym nie był twoim dzieckiem, nadal byś mnie kochała?

- Oczywiście, kochanie. Zawsze będę cię kochać.

- A gdybym cię zasmucił, to też nadal byś mnie kochała? - drążyło nieugięcie.

- Oczywiście, zawsze. - Kobieta przeczesała palcami włosy dziecka. - Bądź grzeczny i powiedz. To ty stłukłeś tę porcelanową zastawę?

Mamusiu? A gdybym zrobił coś strasznego?


Było już grubo po ciszy nocnej. Korytarze świeciły pustkami, nie mówiąc nawet o usytuowanych na uboczu damskich łazienkach. Tej nocy cichą i pustą przestrzeń wyraźnie przenikał odgłos kapiącej wody oraz piskliwy dziewczęcy lament.

Uczennica, która niedawno została zamordowana, przemieniła się w ducha.

Najwyraźniej widok ludzi ją męczył, bo w momencie, gdy słyszała zbliżające się kroki, natychmiast uciekała poprzez ściany. Wielokrotnie była przesłuchiwana przez oddział aurorów - a przecież naprawdę nic nie wiedziała!

Harry stanął w zalanej wodą łazience i ignorując swoje na wpół przemoczone buty, podszedł do ozdobnej umywalki. Nawet bez konieczności sprawdzenia, wiedział, co jest wygrawerowane na spodzie kranu.

- Otwórz się. - Pomasował zesztywniały kark. Wymowa syczących dźwięków nie przychodziła mu już z taką łatwością, co na drugim roku w szkole. Chociaż stracił zdolność komunikowania się z wężami, nawet Ron mógł wejść do Komnaty Tajemnic, wydając z siebie syczące dźwięki.

Otoczenie było tak znajome - rozległy labirynt rur, rzędy węży z rozdziawionymi szeroko paszczami oraz ogromny pomnik głowy Salazara Slytherina.

Kilka tygodni temu zszedł na dół, aby zawczasu zabić bazyliszka i zapobiec tragicznym wydarzeniom, ale Los mu na to nie pozwolił. Bez płynącej w nim krwi Slytherina lub lepszej znajomości wężomowy nie był w stanie go wezwać. Co by się stało, gdyby jednak sam wypełzł? Któż okazałby się zwycięzcą w tym boju, bez wsparcia Fawkesa i miecza Godryka Gryffindora?

Harry wziął głęboki wdech - jego nozdrza wypełniły się wilgotnym, stęchłym powietrzem zimnego, podziemnego legowiska.

- Wyjdź, Tom.

- W porządku.

Niemalże natychmiast w pasie objęły go umięśnione ramiona, w taki sam sposób, jak po powrocie ze starej chaty Gauntów. Uścisk był śmiertelnie mocny. Harry chciał krzyczeć, bezlitośnie obedrzeć ślizgon z jego przebrania, a następnie wyładować na nim złość i frustrację z powodu zamordowanej dziewczyny. Niestety, żal i gorycz od zbyt dawna zagnieżdżone były w jego umyśle i nagromadzone w gardle, a przez to zniknęły w momencie, kiedy poczuł bliskość ciała swego dziecka. Pozostały w nim jedynie poczucie bezradności i daremności.

Nic nie miało sensu - historia nadal będzie postępować tak, jak robiła to do tej pory. Każda próba zmiany była niczym innym, jak pokazem uporu Harry'ego.

Przełknął zalegającą w gardle frustrację.

- Czy nadal jest w tobie Tom Marvolo Riddle? - wyszeptał zachrypniętym głosem ze świadomością, że młodzieniec niekoniecznie mógł go zrozumieć.

A może już Lord Voldemort wziął cię w swoje posiadanie?


* W angielskim tłumaczeniu Harry używa słowa "Horseman" oznaczającego "Jeźdźca". Niestety, nie ma ciała niebieskiego o takiej nazwie, nie zostało to bliżej objaśnione, a ja nie jestem specem w dziedzinie astronomii. Troszkę pokopałam i doszłam do wniosku, że nie chodzi o Gwiazdozbiór Centaura, a o Alkora (z ang.: Alcor) - gwiazdę w konstelacji Wielkiej Niedźwiedzicy, która sąsiaduje z Mizarem w załamaniu "dyszla" Wielkiego Wozu. Arabowie określali tę parę mianem "jeźdźca i konia" oraz, co więcej, rozróżnienie tych dwóch gwiazd stanowiło test dobrego wzroku i sprawdzian ostrości przy doborze okularów. Uważam, że odniesienie do rozszerzonego pola widzenia stanowi klucz do tej wypowiedzi