Rozdział 67

Przeklinam cię ostatnim moim tchnieniem!


28 lutego 1944 r.

Ovidius Parkinson stał się niemową.

Nikt nie wiedział, co się stało. Wystarczył jeden weekend w Hogsmeade, aby uczeń w niewytłumaczalny sposób stał się niezdolny do mówienia. Zdeformowane bądź uszkodzone struny głosowe zazwyczaj nie stanowiły żadnego problemu dla czarodzieja. Z różdżką w dłoni przy pomocy odrobiny magii mógł on artykułować dźwięki, które stawały się słowami, a te zaś kształtowały się w pełne zdania. Chociaż nie było to wygodne, daleko temu było do utrudniającej życie przeszkody.

Ovidius Parkinson zaniemówił – powierzchownie niby nic groźnego, aczkolwiek to stwierdzenie miało drugie dno.

Otóż, chłopiec nie tylko stał się niemową, ale też charłakiem.

Nagły zanik magicznych zdolności był prawdziwą rzadkością w świecie czarodziejów, zwłaszcza bez poprzedzającego zmianę czynnika wywoławczego, do którego zaliczyć można między innymi poważny, zagrażający życiu uraz, potężną traumę, wypompowanie się z pokładów magii, zatrucie różnego pochodzenia eliksirami oraz przedawkowanie supresantów z powodu alergii pokarmowych. Teoretycznie wyżej wymienione sytuacje mogły spowodować utratę zdolności czarowania, lecz prawdopodobieństwo było tak znikome, że zostało zwyczajnie zignorowane.

Magomedycy ze skrzydła szpitalnego długo się zastanawiali nad przyczyną kalectwa Ovidiusa Parkinsona, a następnie doszli do konkluzji – po zjedzeniu jakiegoś nieznanego czerwonego owocu, chłopiec zabrał się za inne, które, dziełem przypadku, nie reagowały ze sobą dobrze. Owa toksyczna kombinacja doprowadziła do efektu ubocznego w postaci utraty głosu i magii.

Jakże niefortunnie, wzdychali zarówno nauczyciele, jak i uczniowie.

Państwo Parkinson nie chcieli dopuścić do siebie myśli, niedowierzając, że dziedzic, którego wychowywali przez ponad dekadę, w okamgnieniu stał się charłakiem. Krzyczeli i protestowali, zgodnie się upierając, że to nie był wypadek, a spisek – zgłosili nawet sprawę do biura aurorów. Niestety, ci nic nie wskórali, gdyż nikt siłą chłopca nie zmusił do zjedzenia trującej mieszanki.

Stając się pozbawionym magii, Ovi nie mógł dłużej pobierać nauk w Hogwarcie, nie mówiąc już o mieszkaniu w zamkowych lochach. „Im czystsza krew, tym większa moc", mówi słynna ślizgońska mantra, a przecież pojawienie się charłaka w rodzinie to największy wstyd.

Jak współdomownicy mogli tolerować egzystencję takiej osoby?

Ovidius schylił głowę i otworzył drzwi do pokoju wspólnego Slytherinu. Podczas drogi do dormitorium, pokornie znosił pogardliwe spojrzenia innych uczniów – nie ograniczali się nawet pierwszoroczni. W porządku, i tak dziś odejdzie.

Wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Wiedział, że jest to ostrzeżenie Riddle'a – miał trzymać język za zębami. Gdyby wcześniej ośmielił się powiedzieć coś więcej, kto wie, może straciłby coś więcej aniżeli tylko głos i magię?

Zbyt cenił sobie życie, aby dalej w to brnąć. W myślach wyrzucał też sobie fakt, iż zniżył się do poziomu pomocy obcej osobie, która nie miała z nim zupełnie nic wspólnego.

Żałował. Gnębił się, że za tę pomoc musiał zapłacić tak wysoką cenę – przede wszystkim przyszłością i statusem.

Nie czułby się dobrze w Hogwarcie, o domu już nie wspominając. Bez względu na to, komu służyła rodzina lub ile poświęciłeś dla jej dobra, bycie charłakiem przynosiło wstyd i okrywało hańbą. Chcąc sprawiedliwego traktowania, Ovi marzył o decyzji o przesiedleniu go w ustronne miejsce, gdzie mógłby doczekać śmierci, dosłownie milcząc aż po grób. Tak czy inaczej, nie będzie żył długo. Utraciwszy magię, a więc należy brać pod uwagę mugolskie realia.

Charłak.

Z trudem powstrzymał łzy.

Kiedy otworzył drzwi do swojej sypialni, nie zdziwił się widokiem porozrzucanych na podłodze rzeczy. W rzeczywistości miał nawet ochotę się zaśmiać na tę dziecinadę.

Schylił się i zaczął zbierać swój dobytek. Bez możliwości rzucenia prostego zaklęcia, wszystko musiał robić ręcznie.

I pomyśleć, że w ciągu jednej nocy, Ovidius Parkinson dorósł.

– Ovi?

Pukanie do drzwi sprawiło, że chłopiec nie mógł się powstrzymać od cichego westchnienia. Ludzie, którzy do tej pory z ciepłem tak go nazywali, teraz prychali i parskali, praktycznie wypluwając z siebie jego nazwisko.

– Profesor Slughorn prosił mnie, żebym cię odprowadził – powiedział przybysz i poprawił spadające z nosa okulary.

Ovidius, wbrew wszystkiemu, potrafił czytać pomiędzy wierszami. Harry Potter próbował być delikatny, ale przesłanie było jasne. Mimo że Horacy Slughorn nie był fanatykiem czystej krwi, był ślizgonem, który dążył do zachowania swoich interesów i reputacji. Czy pomógłby gnębionemu przez współdomowników charłakowi? Nigdy.

Ovi zerknął na Harry'ego, ale ten nie zauważył dziwnego spojrzenia chłopca. Zamiast tego mężczyzna skupił się na porozwalanych na podłodze książkach i ubraniach, po czym w jego oczach rozbłysło zrozumienie. Zdjął więc po prostu szatę i podwinął rękawy, chcąc pomóc podopiecznemu się spakować.

– Zajmij się odzieżą, a ja wezmę się za podręczniki.

Asystent Potter, podobnie jak inni gryfoni, zachowywał się swobodnie oraz był beztroski, a nawet sprawiał wrażenie troszkę nieostrożnego – wbrew wszystkiemu jednak szeroki uśmiech na twarzy nie oznaczał nonszalancji.

Ovi zacisnął usta, lecz podążył za poleceniem.

Ostatecznie obaj w mugolski sposób powkładali rzeczy do walizki chłopca.


Harry odprowadził Ovidiusa. W trakcie drogi, mijając Czarne Jezioro, Zakazany Las, a nawet Bijącą Wierzbę, nie zawracali sobie głowy rozmową. Bez względu jednak na to, jak długi był to spacer, w końcu dobiegł końca.

Zatrzymali się tuż przed żelaznym, potężnym ogrodzeniem, które od wieków otaczało tereny Hogwartu.

– W porządku. Do zobaczenia, Parkinson. – Harry czuł się głupio, nie będąc zdolnym do jakiegokolwiek pocieszenia byłego podopiecznego. Ograniczył się więc do poklepania młodzieńca po niezbyt umięśnionych ramionach.

Przez trzy lub cztery dłużące się sekundy, Ovi przyglądał się Potterowi. Wtem otworzył swój plecak i zaczął w nim czegoś szukać.

– Coś nie tak? – zapytał czarodziej. Nie mógł zrozumieć tego zachowania, więc po prostu, zaczynając się denerwować, obserwował poczynania chłopca.

Ovi wyciągnął losowy podręcznik i pióro. Z racji tego, iż końcówka nie została namoczona w atramencie, zdanie, które napisał na pergaminie, było prawie że niewidoczne. Parkinson się nie poddawał, czym zaskoczył Harry'ego i jak szalony nieustępliwie skrobał po papierze. Ostatecznie osiągnął swój cel.

Wyrwawszy kawałek kartki z podręcznika, przekazał ją mężczyźnie. Potem, nie czekając na jego reakcję, odwrócił się na pięcie i pobiegł do czekających za bramą rodziców. Opuścił Hogwart, kolegów z klasy i współdomowników... Czy potrzebował wsparcia bliskich znajomych? Zdecydowanie nie. A Harry'ego Pottera? Cóż, to był tylko jego ulubiony nauczyciel.

Asystent nie ruszył się z miejsca, zwyczajnie stojąc z pogniecionym kawałkiem pergaminu w ręce. Lekko odchylił papier w kierunku słońca, aby więcej na nim dostrzec – dopiero wtedy mógł odczytać niewyraźne, składające się na zdanie, litery.


13 lutego 2001 r.

– Tutaj? – Czarny Pan bawił się białą niczym kość różdżką. Wydawałaby się całkiem zwyczajna, gdyby nie fakt, że w każdej sekundzie jej końcówka mogła rozbłysnąć na zielono i w mgnieniu oka odebrać życie jakiemuś buntownikowi.

– Tak, mój panie – odpowiedziała z szacunkiem śmierciożerczyni, wskazując dłonią na domostwo.

– Niech Parkinson wejdzie i się rozejrzy, panie – podpowiedział młody mężczyzna, stojący tuż za Voldemortem; czarny kaptur nie w pełni zasłaniał mu platynowe blond włosy. Draco Malfoy miał już dwadzieścia lat i był w stanie zastąpić swego ojca w gronie śmierciożerców. Najpierw niepewnie zerknął na towarzyszkę, a potem na podniszczony dom.

– Nie ma potrzeby. – Przystojny diabeł się zaśmiał. – W spotkaniu z dawnym znajomym należy wykazać się szczerością.

Właśnie w ten sposób grupa weszła do środka.

– Ile lat ma twój dziadek, Pansy? – zapytał Czarny Pan, w dobrym nastroju przechadzając się po pozornie opuszczonej wilii.

Zachowanie dziewczyny wskazywało na to, iż w szeregach śmierciożerców nie była zbyt długo. Wciąż nie potrafiła powściągnąć emocji.

– Jak on mógłby być moim dziadem, panie? To tylko przyrodni brat mojego dziadka! Charłak!

– Parkinson! – Malfoy zniżył głos, ostrzegając koleżankę. Następnie znów odwrócił się do Voldemorta. – W tym roku skończył siedemdziesiąt pięć lat, mój panie. W młodzieńczych latach był niemową i mieszkał wśród mugoli. W pewnym okresie życia przeszedł niemagiczną operację na strunach głosowych, a następnie został przyjęty pod dach ojca Pansy.

75-letni mag to czarodziej w średnim, albo nawet młodszym, wieku. Dla mugoli jednak sprawa przedstawia się zgoła inaczej – 75 lat oznacza siwe włosy i zmarszczki.

– Witaj, Ovi. – Voldemort machnął ręką na swych popleczników, niewerbalnie każąc im wyjść. Patrząc na siedzącego w fotelu starca, nie mógł się powstrzymać od śmiechu.

75-letni Ovidius Parkinson w niczym nie przypominał czarnowłosego, nawet ładnego chłopca o ostrzejszych rysach twarzy. Starca cechowały zgarbione plecy, skóra, która z biegiem czasu uległa zwiotczeniu, tworząc zmarszczki, białe rzadkie włosy i oczy, które niegdyś może nie były czarujące, ale przyciągały wzrok, teraz zmętniałe. Mimo że mężczyźni byli rówieśnikami, różnice w wyglądzie zewnętrznym sprawiały, że nikt by się na tym nie poznał.

– Tom Riddle... – Charłak z trudem mówił, gdyż dzięki truciźnie nadal miał problemy z głosem. Brzmiał ohydnie i ochryple, a przez wzgląd na wiek dodatkowo nie był w stanie kontrolować swojej ekspresji.

Ovi nie wiedział, że Tom Riddle był Lordem Voldemortem. Odizolowane od świata życie sprawiło, że omijały go najważniejsze informacje, ale twarz, bardzo podobna do tej sprzed ponad sześćdziesięciu lat, pozwoliła mu rozpoznać stojącą przed nim osobę.

Spotkanie ze starym znajomym w połączeniu ze świadomością upływu czasu dołożyło mu cierpienia. Gość był młody i przystojny, podczas gdy on stary i umierający.

Z półprzymkniętymi szkarłatnymi oczami diabeł się zaśmiał.

– Gdybyś władał magią, mógłbyś się ocalić.

– Wtedy... to byłeś ty...

Nieprzyjemny głos starca przypominał tarcie o coś papierem ściernym. Chociaż operacja mugolskim sposobem przywróciła mu głos, pozostawiła następstwa.

Voldemort usiadł przed nim, a uśmiech na jego twarzy był równie fałszywy, co w Hogwarcie.

– Zawrzyjmy... nieskomplikowaną umowę – powiedział kusząco i zmrużył oczy. – Gdy odpowiesz na moje pytania, zwrócę ci magię.

Ovi otworzył szerzej oczy.

– Słu... słucham.

W rzeczy samej, rozmowy pomiędzy ślizgonami są mniej kłopotliwe. Czarny Pan cicho się zaśmiał.

– Dlaczego pozbawiłem cię magii?

Starzec przymknął powieki, najprawdopodobniej próbując sobie przypomnieć.

– Zdradziłem nauczycielowi twój sekret.

– Jaki? – Voldemort zmrużył oczy. Słyszalna w jego głosie groźba sprawiła, że rezydentowi zrobiło się zimno.

Parkinson pokręcił głową.

– Nie pamiętam, jestem już stary.

– Nazwisko nauczyciela? – zapytał w zamyśleniu, przyszpilając charłaka wzrokiem.

Ovi wydawał się zmęczony niecodziennym przesłuchaniem. To było dla niego za dużo. Potrząsnął głową, nie mogąc sobie przypomnieć.

Czarny Pan wstał.

– Draco. – Uśmiechnął się, wzywając podwładnego.

– Tak, panie? – Malfoy natychmiast zjawił się w drzwiach.

Kiedy przystojny Voldemort się uśmiechał, czuć było powiew wiosny, gdyż fizycznie nieszczególnie się zmienił od czasów szkolnych. Oczy jarzyły mu się bardziej aniżeli słońce.

– Zabij.

Jak mógł tolerować człowieka, który zdradził jego sekret? Jak mógł pozwolić, aby zdrajca wciąż żył, nawet jeżeli starość odebrała mu pamięć? Znów się zaśmiał.

Ovi wytrzeszczył oczy. W jednej chwili, w obliczu realnego niebezpieczeństwa, jego umysł się rozjaśnił. Czarodziej, który zawał z nim umowę, tak po prostu ją złamał!

Sześćdziesiąt lat temu odebrano mu magię, status i przyszłość. Sześćdziesiąt lat później ten sam człowiek chce odebrać mu życie!

Ovidius nie popuści, nawet stojąc twarzą w twarz ze śmiercią.

Kiedy zielone światło poszybowało w jego stronę, umierający zużył ostatek sił, aby przekląć swego oprawcę.

Tomie Riddle, przeklinam cię ostatnim moim tchnieniem – żebyś nigdy, przenigdy, nie zdobył tej osoby!

Czyli... kogo?

Zginął, zanim zdążył się zastanowić nad tożsamością tego, o kim pomyślał. Kiedy uderzyła w niego klątwa zabijająca, jego serce stanęło, a funkcje życiowe ustały.

W taki oto sposób Ovidius Parkinson opuścił ziemski padół.

Tym, co odebrało mu życie, nie była Avada Kedavra.

Nikt jednak nie zauważył różnicy.

– Wracajmy.