Rozdział 69
To nie jest miłość
1944–1945 r.
Harry żył w złudzeniu, że jest bliski sukcesu – że skutecznie zawrócił Lorda Voldemorta ze złej drogi i zapobiegł dalszej metamorfozie dziecka.
Tom się zmienił.
Zamiast samotnych wycieczek do Zakazanego Skrzydła w bibliotece, młodzieniec wolał zapukać do drzwi do gabinetu nauczyciela obrony. Zamiast wabić i słowami nęcić ślizgonów, aby jak najwięcej zyskać, wolał władczo przywłaszczyć sobie połowę profesorskiego biurka. Zamiast pod pretekstem nocnego patrolu włóczyć się do zamkowych kryjówkach, wolał wziąć na siebie poprawianie prac domowych młodszych roczników, kiedy Harry był zbyt zajęty – z radością wyszukiwał wszystkie błędy gramatyczne w gryfońskich wypracowaniach, a następnie pisał na górze pergaminu przeogromne T. W rzeczywistości Tom Riddle zrezygnował ze wszystkiego, co niegdyś było dla niego ważne. Nie próbował już poszerzać horyzontów, rozwijać podejrzanych zainteresowań, czy domagać się praw.
Do przełomu doszło, gdy profesor Merrythought przeszła na emeryturę, a Harry awansował na stanowisko pełnoetatowego nauczyciela. Od czasu nominacji, ślizgon stał się codziennym gościem, a także, jakby nie patrzeć, prawą ręką swego opiekuna.
Brunet nie miał nic przeciwko, a wręcz przeciwnie – był zadowolony z towarzystwa. Za każdym razem, kiedy odwracał głowę, napotykał poważną twarz swojego dziecka. Widząc w delikatnym świetle świec jego determinację i skupienie, czuł rozchodzące się po ciele przyjemne ciepło.
Gdy Tom się uśmiechał, sprawiał wrażenie szczęśliwego człowieka, który doczekał się niewiarogodnego i dotąd niemożliwego cudu.
Naturalnie, można było wątpić i zastanawiać się, czy to zachowanie jest szczere, jednakże Los uparcie milczał.
Listopad 1944 r.
Miesiąc ten przeszedł do historii.
W listopadzie 1944 roku Gellert Grindelwald wyzwał Albusa Dumbledore'a. Harry wiedział, co to oznaczało – definitywny koniec niemieckich rządów.
Mężczyzna mimowolnie się zastanowił, czy Grindelwald po prostu nie chciał się zobaczyć z Dumbledore'em, a pojedynek stanowił jedynie wymówkę.
II mugolska wojna światowa chyliła się ku końcowi, a do kapitulacji Niemiec oraz samobójstwa Adolfa Hitlera pozostało tylko pięć miesięcy.
Sytuacja w świecie niemagicznym wpływała na tę w czarodziejskim. Niemcy były również na przegranej pozycji z innego powodu – otóż Grindelwald ściśle współpracował z Hitlerem i teraz stopniowo się wycofywał. Nawet gdyby Dumbledore nie wkroczył na scenę, długo by nie pociągnął.
Tak, pojedynek zdecydowanie był wymówką.
Harry wiedział o związku Gellerta z Albusem. Kiedy dyrektor zginął, prasa postarała się, aby szczegóły ich potajemnego związku ujrzały światło dzienne oraz zdobiły pierwszą stronę każdego szanującego się w tamtych czasach pisma. Stary człowiek, który poświęcił wszystko magicznemu światu, łącznie z miłością swego życia, nagle stał się obiektem plotek, dyskusji, a nawet żartów.
Osobiście nie sądził, aby orientacja homoseksualna była plamą na honorze czarodzieja, nawet jeżeli prasa przedstawia to w ten sposób. Chociaż nie mógł zrozumieć dynamiki związków jednopłciowych, uważał, że miłość jest błogosławieństwem, a nie skazą.
Harry nie miał żadnych wątpliwości – Grindelwald i Dumbledore byli w sobie zakochani. Nawet gdyby różniło ich sto lat, a po drodze od Anglii do Niemiec wyrosłoby wiele przeszkód, nawet biorąc pod uwagę nieomylną granicę pomiędzy życiem a śmiercią, ich uczuć nie dało się zmienić, bo zostały wyryte w kamieniu, posągu odpornym na działanie czynników zewnętrznych.
Ta historia była daleka od bajki – pachniała śmiercią, krwią i dymem – ale mimo to zabarwiona była kolorem miłości.
Wszystko to utwierdziło Harry'ego w przekonaniu, że obu mężczyzn łączy głębokie uczucie. Niestety, społeczeństwo tego nie dostrzegało.
Tom Riddle także nie pojmował.
– Dlaczego Grindelwald chce się pojedynkować z Dumbledore'em? – Ślizgon bawił się swoim piórem, raz za razem przeczesując chorągiewkę lub naciskając opuszkiem palców na ostrzejszą część. – Nie sposób zaprzeczyć, ze Dumbledore jest potężnym czarodziejem, ale na pewno nie na tyle, aby zmusić Czarnego Pana z Niemiec, żeby ten go wyzwał. Czy to możliwe... że łączy ich coś na kształt przyjaźni?
Umaczana w czerwonym atramencie końcówka pióra Harry'ego zatrzymała się w połowie drogi do pergaminu. Ręka profesora zadrżała, a potem, aby zatuszować wpadkę, postawił ocenę na wypracowaniu.
– Profesor Dumbledore, Tom. – Zakaszlał, lecz brzmiało to bardzo nienaturalnie. – Skąd u ciebie przekonanie, że wiem coś więcej?
To oczywiste, mój ukochany podróżniku.
– Wydawało mi się, że dobrze znasz profesora Dumbledore'a. – Uśmiechnął się chłopiec, a potem zmrużył oczy.
Nawet gdy Harry nie odpowiedział, Tom w inny sposób pozyskał tę wiedzę. Chociaż Igor Karkarow był w gruncie rzeczy przeciętnym czarodziejem, był też doskonałym psem tropiącym i z wszechobecnej paplaniny potrafił wyłapać bardziej nieprzyzwoite plotki. W krótkim czasie dokopał się do szczegółów przyjaźni Gellerta z Albusem, potem okresu ignorancji, a następnie dramatycznego zerwania wszelkich kontaktów.
Zakochani geje?
Ślizgon się roześmiał.
Doprawdy, śmieszne i żałosne. To właśnie z powodu tak zwanej miłości Czarny Pan zaczął się poddawać i wycofywać z Niemiec. Kierowany uczuciem, nagle przestał pożądać Wielkiej Brytanii oraz był gotów zrezygnować z Czarnej Różdżki i znosić najróżniejsze cierpienia.
Czym zatem była miłość?
Jeżeli kogoś lubisz, znajdziesz sposób, żeby się poddał – jeśli zaś kogoś kochasz, sam się poddasz.
Ambitni powiedzą, że miłość jest trucizną.
„Jesteś w nim zakochany" – podsumował Toma kiedyś Abraxas, chociaż użył wtedy innych słów.
Ślizgon nie zawahał się obalić tej tezy.
„Użyłbym słowa lubię, bo nie darzę go miłością", odpowiedział.
„Lubić" jest synonimem „posiąść bez skrupułów", zaś „kochać" – „życzliwie odpuścić".
Grindelwald i Dumbledore stanowili idealny przykład.
Czy Tom Riddle się podda? Zdecydowanie nie. Odkąd sięga pamięcią, nigdy nie czuł wyrzutów sumienia.
Wniosek jest więc jeden – Tom nie kocha Harry'ego.
Grudzień 1944 r.
Kiedy Albus w drodze powrotnej przekroczył kanał La Manche, prawie wszyscy widzieli w nim bohatera. Gazety rozpływały się nad sposobem, w jaki pokonał niemieckiego Czarnego Pana, a jego ruchoma podobizna znaczyła pierwsze strony gazet. Wróciwszy, mężczyzna wziął dzień wolnego.
Dumbledore osadził Grindelwalda w najwyższej wieży Nurmengardu.
Niektórzy byli bardzo niezadowoleni, uparcie twierdząc, że to więzienie nie powstrzyma potężnego czarnoksiężnika, ale tylko Harry wiedział, że niezależnie od tego, czy Gellert miał siłę przebicia, do końca swoich dni pozostanie w zamknięciu.
Grindelwald nigdy nie podjął inicjatywy, ale też nie był w stanie zabronić wtargnięcia osobom z zewnątrz.
Najwyższa wieża, mimo że stanowiła część kompleksu budynków, wyglądała nie na miejscu i była jakby odizolowana od reszty.
Od samego patrzenia na szarość zamku niejeden wpadał w depresję oraz miał trudności z oddychaniem. I pomyśleć, że właśnie w tak ponurym miejscu osadzono Czarnego Pana.
Żaden ze strażników nie spodziewał się też, że 30 grudnia więźnia odwiedzi gość.
– Naprawdę nie chcesz się stąd wydostać? Nawet jeżeli wszystko jest zaplanowane? – Zakapturzony mężczyzna stał przed celą i nie zwracał na siebie uwagi straży. Więzienne światło było nikłe, przez co nie widać było jego twarzy.
Grindelwald się roześmiał. Czas odbił na nim swe piętno, a blond włosy wyblakły, jednakże młodzieńczość odbijała się w zachowaniu – bystrymi, uważnymi oczami, które doświadczyły okrucieństw wojny i śmierci wgapiał się w towarzysza.
– Jak się tu dostałeś?
Gość się uśmiechnął, ale długi, zarzucony na głowę kaptur, skutecznie zakrył ten gest.
– Bez najmniejszego problemu. Aby osiągnąć sukces, wystarczą pokaźne nakłady pieniężne, pociągnięcie za odpowiednie sznurki oraz umiejętnie wykorzystany ludzki strach.
– Wspaniała mieszanka. – Czarny Pan zamknął oczy i wrócił do ignorowania mężczyzny.
Intruz przez moment milczał.
– W jakiej sytuacji znalazłby się Albus Dumbledore, gdyby media, które tak go teraz uwielbiają, dowiedziały się o łączącej was relacji? – zapytał ostrzejszym tonem.
Grindelwald otworzył oczy, kiedy tylko padło nazwisko „Dumbledore". Potem zmierzył przybysza wzrokiem.
– To miałeś na myśli, mówiąc „umiejętnie wykorzystany ludzki strach"?
– Mniej więcej.
– Gdyby zawiódł, nie byłby sobą. Co do ciebie... nie obawiasz się, że zabiję cię, gdy tylko opuszczę celę?
– Nie zdecydujesz się wyjść. – Uśmiechnął się mężczyzna, niespodziewanie brzmiąc dość młodzieńczo. – I nie możesz mnie zabić.
– Co więc tu robisz? – Czarny Pan zmarszczył brwi.
Gość wzruszył ramionami. Chociaż światło nadal było nikłe, akurat tego gestu nie dało się łatwo przeoczyć.
– Cóż, święta nie są produktywnym czasem – odpowiedział zaskakująco szczerze. Wyciągnął rękę z kieszeni szat i zaprezentował czarodziejowi swoją dłoń. Włożony na palec pierścień błysnął w półmroku – wystarczająco, aby więzień go rozpoznał.
Czerwony. Ciemnoczerwony kamień w kształcie rombu, którego kolor można było zobaczyć w dosłownie każdym świetle. Reprezentował wielką, potężną magię.
Grindelwald w okamgnieniu rozpoznał klejnot. Nigdy nie zapomniał marzenia, które niegdyś dzielił razem z Albusem. Zawsze pragnął ruszyć na poszukiwania insygniów śmierci.
– Zaczekaj! – Z początku chłodny i zdystansowany Czarny Pan, szybko się podniecił, a potem zrugał w myślach za okazywanie entuzjazmu i zainteresowania w towarzystwie równie inteligentnej osoby, która mogła to wykorzystać. Oszołomiony nagłym zaskoczeniem, z trudem ściszył głos. – Czego chcesz? – zapytał, chcąc nakłonić mężczyznę do ponownego zaprezentowania pierścionka.
Zakapturzony nieznajomy się uśmiechnął.
– A czego ty chcesz?
Grindelwald uniósł brwi.
– Wydawało mi się, że przyszedłeś w odwiedziny.
– W porządku. – Intruz machnął lekceważąco ręką. – Chcę twoje Ministerstwo i popleczników – pozostałości niemieckich sił zbrojnych. Na samą myśl jestem podekscytowany – powiedział, a po tonie jego głosu z łatwością można było wywnioskować, że mruży z przyjemności oczy. – W gruncie rzeczy nie potrzebuję twojego przyzwolenia, bo uczta już się zaczęła – dodał radośnie.
– Cóż, zostały tylko ochłapy*. – Czarny Pan zachichotał. – W zamian żądam tylko twojego pierścienia, nic więcej.
Gość wydawał się zaskoczony. Wyciągnął rękę i potarł kanciasty, gładki kamień.
– Jaki jest z niego pożytek? – spytał apodyktycznie.
– Wskrzeszenie – odpowiedział Grindelwald. – Wskrzeszenie umarłych.
– Ach, nie mam bliskiego, któremu chciałbym przywrócić życie. – W głosie mężczyzny słychać było drwinę. – Niemniej jednak pierścień jest moją własnością – dodał i zsunął go z palca.
Czarny Pan się zastanowił.
– Zwrócę ci go.
– Nie przyniesie ci żadnego pożytku – stwierdził nieznajomy.
– Nieprawda. – Gellert zmusił się, żeby zamilknąć. Gdy tylko dziewczyna wróci, znów będą razem...
Gość rzucił więźniowi pierścień, a następnie się odwrócił.
I tak odbierze swój sygnet. Nie ma znaczenia, czy na trochę przepadnie. Jeżeli zaś Grindelwald będzie mu go chciał zabrać siłą, będzie musiał liczyć się z konsekwencjami.
Dotarłszy do wyjścia, odwrócił się po raz ostatni.
– Masz moc. Gdybym był tobą, wziąłbym się za niego, zamiast czekać.
Na twarzy Czarnego Pana odbiło się zmęczenie.
– Nie jesteś mną. – Uśmiechnął się Gellert, a następnie patrzył, jak nieznajomy znika w ciemnościach. To zdecydowanie był młody człowiek. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie doskonałego, potężnego i inteligentnego. W trakcie krótkiej rozmowy Czarny Pan zauważył jednak u niego jedną wadę – był zbyt despotyczny.
Zbyt despotyczny? Może nie powinien się wypowiadać? Jakby na to nie spojrzeć, sam dążył do tego, aby świat przed nim drżał.
* Gra językowa, odnosząca się zarówno do „uczty", „resztek", jak i „plotek". W gruncie rzeczy chodzi o ostatki – niedobitki niegdyś potężnej armii, żołnierzy niższego stopnia oraz mało znaczące informacje, na które rzucają się dziennikarze
