W zaokrągleniu – tylko 30 rozdziałów do końca! Po zakończonej publikacji „Albusa Pottera i Twierdzy Umarłych" (20/31) będę pracować tylko nad tym, a więc za jakiś czas możecie liczyć na zwiększenie tempa dodawania nowych chapterów.
Rozdział 70
Skończony
3 stycznia 1945 r.
Na święta nie zostało w Hogwarcie wiele osób.
Wśród kilku „wybranych" był też Harry.
Chociaż pozostanie w szkole podczas przerwy świątecznej było smutnym doświadczeniem, profesorskie udogodnienia o wiele bardziej ułatwiały przystosowanie się, aniżeli uczniowskie dormitoria. Pamiętał, że kiedy był uczniem i na pierwszym roku nigdzie nie wyjechał, przestrzeń do spędzania wolnego czasu miał ograniczoną, a rozrywki naprawdę niedużo. Wtedy chęć przeczytania książki oznaczała potrzebę założenia odpowiednich ubrań i wymarszu do biblioteki – teraz niekoniecznie.
Harry bez ruchu siedział za swoim biurkiem. Nie zamierzał stąd wychodzić, nawet wiedząc, że w Wielkiej Sali rozpoczyna się właśnie świąteczna kolacja.
Lektura w jego dłoniach sprawiała wrażenie wciągającej, ale mimo to nawet ze wzrokiem wbitym w zapisane drobnym druczkiem strony, nie przewracał ich od dłuższego czasu.
Cóż, dziś nie potrafił się cieszyć.
Do rzeczywistości wrócił go dopiero głośny dźwięk porcelanowej filiżanki stawianej na drewnianym blacie.
– Dziękuję, Tom. – Harry sięgnął po gorącą kawę.
– Panie Potter...
Wyraźnie rozemocjonowany głos sprawił, że o mało co wylał na siebie napoju. Pospiesznie podniósł wzrok. Dobrodziejem, który przyniósł mu filiżankę, był skrzat domowy z Hogwartu.
– Profesor Dumbledore poprosił Toma o przyniesienie kolacji... – Stworzenie wbiło w mężczyznę pełen uwielbienia wzrok. Drżący z emocji głos jasno zaś wskazywał, że lada chwila wybuchnie płaczem. – Pan Potter naprawdę Tomowi podziękował!
Słuchając chaotycznego bełkotu, Harry się rozbawił. Gdyby jego syn się dowiedział, że współdzieli ze skrzatem imię, najprawdopodobniej stałby się wobec niego wrogo nastawiony, prawda?
– Wybacz ciekawość, ale kto cię nazwał? – Uśmiechnął się, nie mogąc powstrzymać.
Stworzenie podniosło rękę.
– Profesor Dumbledore! – powiedziało z radością.
Wiedziałem, pomyślał lekko strapiony brunet.
Gdy odesłał skrzata, znów go uderzyło, jak pokój był pusty, a osamotnienie irytujące.
Czemu wcześniej nie odnosił takiego wrażenia? Zatopiony w myślach, usiadł na drugim krześle i sięgnął po książkę leżącą z boku.
Tom był bardzo pracowity i posiadał naturalny talent, a do tego podchodził do spraw poważnie. W lekturze, którą ostatnio analizował, nie było ani jednego wolnego miejsca. Strony były gęsto wypełnione odręcznymi komentarzami, a czcionka zgrabna i przyjemna dla oka. Wiedział, ile pracy ślizgon wkładał w prywatne studia – nie ma ludzi doskonałych, a rzeczy nie da się osiągnąć bez włożenia w nie choćby odrobinę wysiłku.
Harry odłożył książkę na swoje miejsce, trochę przygnębiony i położył głowę na chłodnym stole.
Toma tu nie było. Choć liczył na wspólne święta Bożego Narodzenia, syn udał się w podróż – cóż, w towarzystwie dziewczyny, którą niegdyś mu przedstawił; dziewczyny, która nigdy nie świętowała z nim wspólnie urodzin.
Harry był nieprzyzwyczajony do ciszy. Ani do wieczorów, podczas których nikt z nim nie czytał, czy nie sprawdzał prac domowych. Ani do momentów, kiedy nikt nie podsuwał mu kawy pod nos. Ani do opuszczania przez syna 31 grudnia...
Nie wiedział, kiedy to się zaczęło, ale przyzwyczaił się do obecności Toma. Jak mógłby nie po czternastu wspólnie spędzonych latach?
Przybycie brązowej sowy nieco podniosło go na duchu. Może chłopiec wysłał list...?
Drogi Harry
Wybacz niespodziewaną prośbę, ale obawiam się, że nie możesz odmówić.
Z pewnością wiesz, że niemiecki Czarny Pan upadł.
Kiedy wciąż był na wolności, jego siły nigdy się nie panoszyły. Gdy ich przywódca zniknął i zostali spuszczeni ze smyczy, niektórzy stali się niespokojni i niesforni. Aurorzy z niemieckiego Ministerstwa Magii ponieśli ciężkie straty i albo otrzymali już misje, albo odmówili pracy w święta. Chciałabym, żebyś do nas dołączył. Zadanie będzie trwało maksymalnie pięć dni.
Nie daj się bardziej prosić.
Pozdrowienia,
Joan.
Zwięzła odpowiedź Harry'ego „w porządku" najprawdopodobniej doprowadzi Joan do szału. Naskrobał ją na odwrocie listu, a następnie poskładał tak, żeby sowa nie musiała się namęczyć.
W podjęciu decyzji przeważyła nieobecność Toma.
Otrząsnąwszy się z emocjonalnego dołka, rzucił w wir przygotowań.
Praca była najlepszym sposobem, aby zapomnieć o wszelkich kłopotach.
W Niemczech było jeszcze zimniej niż w Wielkiej Brytanii.
Gdyby mógł, Harry odziałby nawet głowę. Kości znów zaczęły mu doskwierać, jakby zagnieździł się w nich pożerający go od środka robak. Ból wydawał się nie mieć końca oraz był niemalże niemożliwy do zniesienia.
– Wcześniej ciężko mi było to zauważyć, ale naprawdę nie radzisz sobie na mrozie. – Rozbawiona Joan obserwowała, jak przyjaciel mocniej owija się szalikiem.
Kobieta pokręciła głową i zebrała wokół wszystkich członków zespołu. Każdemu przekazała kopię dokumentów.
– To ogólne informacje, większość nieistotna. Wyłuszczyłam te, na które powinniśmy zwrócić szczególną uwagę. Chociaż misja nie jest wybitnie niebezpieczna, należy pamiętać, że w pełni za siebie odpowiadacie – jesteście panami własnego losu, a nie jakiś kraj.
– Moment – powiedział Alphonse, który był sędzią w Turnieju Trójmagicznym. – Dlaczego o tej grupie – D7234 – nie mamy żadnych informacji?
– Cóż, to akurat dość istotne. Grupa jest całkiem nowa i iluzoryczna, pojawiła się nagle na początku grudnia. Nikt nie wie, kim są, ponieważ skrywają się za kapturami i osłaniają twarze. Sprawiają wrażenie niegroźnych i najprawdopodobniej dążą do złączenia się z innymi gromadkami. – Joan spojrzała na akta. – Przez ponad miesiąc niemieckie Ministerstwo niczego się o nich nie dowiedziało. To śmieszne, że nadal posługują się kryptonimem.
Harry z szybko bijącym sercem utkwił wzrok w przypadkowym ciągu liczb.
Coś rozbudziło się w jego podświadomości, gotowe się wyrwać na wolność. Na szczęście udało mu się stłumić bestię.
Dajże spokój. Przestań się wreszcie straszyć. Naprawdę nie widzisz, że Tom się zmienia?
Uspokojony, Harry się uśmiechnął i odsunął od siebie nieprzyjemne myśli.
Złe przeczucie, raz potwierdzone, przeobrazi się w desperację.
Zebrana przez Joan grupa szybko otrzymała pierwsze zadanie: osaczyć pomniejszą, czarnomagiczną organizację.
Kiedy ukradkiem otoczyli punkt zbioru celu, zobaczyli sześciu albo siedmiu ludzi, wszystkich w ciemnych szatach, z kapturami zarzuconymi na głowy. Stłoczeni w jednym miejscu, negocjowali z inną grupą. Byli tak zafiksowani na ukryciu tożsamości, że nawet włosy mieli ciasno związane, aby żaden kosmyk nie był widoczny.
W momencie, gdy wystrzelone zostały pierwsze zaklęcia, bliżej niezidentyfikowana grupa natychmiast się wycofała – nie podjęła żadnych prób oporu, po prostu czmychnęli. Uciekali przez aurorami na różne sposoby – na miotłach, używając animagicznych postaci oraz skryci pod pelerynami niewidkami.
Jeden podejrzany jednak wolno reagował.
– Hej, niczego nie próbuj! – Alphonse natychmiast cisnął w niego zaklęciem wiążącym, które niestety spudłowało. Liny nie oplotły ani rąk, ani nóg uciekiniera, który zbiegł czarowi z drogi i z wyciągniętą różdżką rzucił się ku rozwidleniu dróg. – Harry! – krzyknął Tullson.
Potter, który stał na skrzyżowaniu, konfrontując się z wytatuowanym przeciwnikiem, szybko go pokonał, używając zaklęcia potknięcia. Podczas upadku kaptur trochę zsunął mu się z głowy, odsłaniając kępkę czarnych, kręconych włosów. Mężczyzna okazał się niezwykle inteligentny, bo zaznawszy porażki, natychmiast uniósł różdżkę, żeby się deportować. Nic dziwnego, że Niemcy mieli problem z wyłapaniem tej grupy – jak mogliby osiągnąć sukces, skoro taktyka przeciwnika opierała się na dawkowaniu magii, aby na sam koniec bitwy, kiedy jest się wyczerpanym, zaoszczędzić trochę na ucieczkę?
Całkowicie więc zignorował obecnego oponenta i od razu skierował się ku temu nadbiegającemu. Zareagował w mgnieniu oka.
– Expelliarmus!
– Cholera! – krzyknął mężczyzna, zbierając zaklęciu z toru. W jego szaleńczej ucieczce było coś interesującego – wyglądał, jakby panicznie bał się złapania i odkrycia tożsamości.
Harry pospiesznie go dogonił i wyciągnął rękę, aby strząsnąć mu kaptur.
Była noc, więc nie było szczególnie widno, ale wtem rozbłysło światło na poboczu, dzięki czemu mógł rozpoznać schwytanego. Nigdy nie łączyły ich żadne więzi, ale wszędzie rozpoznałby ten zakrzywiony orli nos oraz rozbiegane, złowrogie oczy.
Igor Karkarow!
Harry wstrzymał oddech, podczas gdy Karkarow wytrzeszczył oczy.
Harry Potter!
W chwili olśnienia Igor zrozumiał, że jest skończony. Wiedział, jak bardzo ten człowiek jest ważny, zwłaszcza dla pewnej osoby, która nakazała im noszenie identycznych czarnych szat z kapturami, najprawdopodobniej w celu zmylenia przybranego ojca. Karkarow nie śmiał sobie nawet wyobrażać tortur, którym zostanie poddany, a znak, który nosił na przedramieniu, palił żywym ogniem – do tego stopnia, że najchętniej odciąłby sobie rękę. Nadal odczuwał bolesność brzucha po poprzedniej karze, a klątwa Cruciatus nie stanowiła już elementu zaskoczenia...
Alphonse szybko doskoczył do Harry'ego i związał Karkarowa, który nie walczył. Zamiast podejmować się ucieczki, bezpieczniej było zostać z aurorami. Och, tak. Ci ludzie z pewnością nie posuną się do użycia Niewybaczalnych.
Jednakże... czy znak na ręce kiedyś zniknie? Wątpił.
Niezależnie, gdzie by się nie udał, może zostać ukarany.
Alphonse otarł pot z czoła. Styczniowa niemiecka temperatura mogła z łatwością sprawić, że auta przymarzały do jezdni, ale po jego skórze wciąż spływały kropelki potu.
Gdy Karkarow został związany, Tullson odetchnął z ulgą.
– Hej. Wszystko w porządku? Nie wyglądasz za dobrze, Harry. Zimno ci...? Mogę pożyczyć płaszcz...
Potter był skostniały. Chłód wziął go w swoje posiadanie, więc gdy zaproponowano mu dodatkowe okrycie, oszołomiony i z mało pokrzepiającym uśmiechem przyjął ciepły płaszcz, a następnie go założył.
– Na odwrót, Harry. – Alphonse rzucił przyjacielowi rozbawione spojrzenie, kiedy ten włożył lewą rękę w prawy rękaw. Uwaga nieco wróciła mężczyznę do rzeczywistości, przez co poprawił niedopatrzenie. Zauważywszy roztargnienie i nieobecność kompana, Tullson zmarszczył brwi. – Naprawdę wszystko w porządku? Prawie skończymy zadanie. Może wrócisz pierwszy?
Miał na myśli, rzecz jasna, gościnny pensjonat tutejszego Ministerstwa Magii.
Twarz Harry'ego była prawie tak blada, że zlewała się z bielą śniegu. W trakcie walki przekrzywiły mu się okulary, a zabłąkane zaklęcie nadkruszyło jedno ze szkieł. Niegdyś soczyście zielone oczy teraz upodobniły się do otoczenia – stały się zimne i nieprzystępne. Spojrzał na Karkarowa, który siedział na ziemi z ponurą miną, a następnie pokręcił przecząco głową.
– Nie, chcę być przy przesłuchaniu.
