Rozdział 71
Nie do Wyleczenia
3 stycznia 1945 r.
Joan nie miała prawa przesłuchiwać pojmanego jeńca, ale stanowcze, uparte podejście przyjaciela sprawiło, że dała się przekonać. Ostatecznie Harry otrzymał pozwolenie na rozmowę z więźniem, ale dopiero po długich negocjacjach z tutejszym oddziałem aurorów oraz pod nadzorem niemieckiego stróża.
Wciąż miał na sobie płaszcz Alphonse'a. Mimo że puszysta podszewka gwarantowała ciepło, nadal było mu zimno.
Kim był Karkarow? Na ten moment najprawdopodobniej tylko on wiedział, że młodzieniec tak właściwie był jednym z pierwszych śmierciożerców, najpewniej nieoficjalnie.
Co może oznaczać to, że Igor pałętał się po okolicy, odziany w szatę z kapturem?
Czy za wszystko odpowiada Tom?
A co ze zmianą, co do której był wcześniej przekonany? Czy chłopiec tylko podtrzymywał pozory...?
Harry nie zapomniał, w jaki sposób została oszukana Helena Ravenclaw. Najwidoczniej również dał się nabrać, pozwolił się oślepić i ogłupić, uzależnić od starannie wykreowanej fasady, z której nie mógł się otrząsnąć. Szczerze uwierzył, nawet fanatycznie, że ta zmiana jest punktem zwrotnym w przejmującej rozpaczy; była niczym światło w ciemności. Ciężko pracował i dawał wiarę w tkwiące w człowieku dobro, więc dlaczego koniec końców okazywało się, iż zawsze żył w błędzie? Czemu to zawsze była tylko gra? Czemu ognik, który tak czcił, dawał się poznać jako pieczołowicie utworzona iluzja?
Wtem zabrakło mu tchu. Odniósł wrażenie, że z każdą sekundą uchodzi z niego wdychane powietrze. Mimo że dyszał, był niedotleniony.
Przecież prosił syna, aby był tylko Tomem Riddle'em.
Przecież chłopiec się zgodził.
Czy wyraził aprobatę, bo od samego początku planował nie wywiązać się z umowy?
– Kto wydał rozkaz?
Karkarow nie odpowiedział i wbił w przesłuchującego ponure spojrzenie, przez co w nikłym świetle jego haczykowaty nos sprawiał wrażenie bardziej przerażającego, aniżeli zazwyczaj.
Harry przelotnie spojrzał na stojącego nieopodal aurora i siłą woli powstrzymał się od wypowiedzenia imienia syna.
– On? – zapytał zamiast tego.
Igor zrozumiał przekaz. Chociaż Potter ujrzał jego twarz i nabrał podejrzeń, chociaż to potknięcie najprawdopodobniej będzie go bardzo kosztować, nie może zdradzić swego pana. W tej chwili przyszło mu wybierać pomiędzy bólem a brakiem bólu – gdyby odezwał się niewłaściwie, czekałaby na niego śmierć w męczarniach.
Jakże mógł tolerować przedwczesne zakończenie swego życia, zwłaszcza teraz, kiedy był w trakcie poszerzania horyzontów?
– Nie wiem, do jasnej cholery, o kim mówisz – odpowiedział, patrząc na przesłuchującego hardo.
– W porządku. – Harry się roześmiał. – Zastanawiałem się, jak mógł tak swobodnie podchodzić do tematu podróży, a tu proszę... nawet Niemcy.
W końcu zrozumiał – Tom zaplanował każdy krok.
Ta myśl sprawiła, że zadrżał. Czy to możliwe, aby od maleńkości – od momentu pierwszego zapukania do drzwi jego sypialni, czy też założenia na ramię szkolnej torby – zwyczajnie ćwiczył? Czy jako ojciec był zaledwie dodatkiem, skaczącym wedle ściśle ustalonego rytmu, tylko i wyłącznie po to, żeby uwznioślić wielki plan?
Nie mógł przestać się śmiać, porwany teorią. Szybko rozbolał go brzuch, więc po prostu się za niego złapał, aż niemalże skończył na podłodze, zwinięty w kłębek.
Niemiecki strażnik podejrzliwie przyglądał się przedstawieniu szaleńca, w duchu zastanawiając się, czy powinien przerwać ten spektakl.
Karkarow spojrzał na roześmianego Harry'ego, również zdezorientowany. Żeby przetrwać, potrzebował dobrego kłamstwa – może nie doskonałego, ale wystarczającego, aby udobruchać wroga i zatrzeć trochę śladów. Dzięki temu złagodzi także swoją karę.
– O kim w ogóle mówisz? Nie znam twojego podejrzanego – stwierdził z udawanym spokojem, starając się wyglądać na zrelaksowanego. – Godność mojego zleceniodawcy sprawi, że zatrzęsiesz się ze strachu. – Uśmiechnął się arogancko. – Czy mówi ci coś nazwisko Malfoy? – Igor nie był głupi. Rozumiał sytuację i wiedział o planie zwerbowania Abraxasa. Niestety, wyczerpał swoje ograniczone aktorskie umiejętności.
Harry przestał się śmiać.
– Och, naprawdę? – Udał zaskoczonego. – Zaledwie wczoraj spotkałem panią Malfoy i uwierz, słowem nie wspomniała o tym, że...
– Kto by się wygadał? – skontrował pospiesznie Karkarow.
Potter znów się roześmiał, sprawiając przy tym wrażenie człowieka, który niespodziewanie odkrył coś zastanawiającego.
– Żona Abraxasa Malfoya, zabawne. – Śmiejąc się donośnie, ukrył twarz w płaszczu Alphonse'a. Słychać go było nawet na zewnątrz, gdzie jego towarzysze z niepewnością spojrzeli na pokój przesłuchań. Mimo iż brzmiał radośnie, wprawny słuchacz z łatwością mógł stwierdzić, że przywodził na myśl rozpadającą się wiarę.
Zleceniodawca, na którego stawiał Harry, był nieświadomy ostatnich wydarzeń. Bez względu na to, jak wielki był i potężny, nie mógł przewidzieć rozwoju wypadków. W międzyczasie ponownie zawitał do Nurmengardu.
– Jak efekty? – Młody mężczyzna wciąż skrywał swe oblicze za kapturem, przez co jego twarz spowijała ciemność.
Czarny Pan siedział w kącie.
– Oczywiście, oczywiście – mruczał do siebie, chwilami z podobnym do pochlipywania śmiechem. – Czy można sobie, ot tak kogoś wskrzesić...?
– Czyżby jednak porażka? – Gość uniósł brwi, ale zamknięty we własnym świecie Grindelwald nawet go nie słyszał.
Kim był Gellert Grindelwald? Czarnoksiężnikiem, który podbił Niemcy. Zahartowany wojną i przelewem krwi, z całą pewnością potrafił odróżnić fikcję od rzeczywistości, a więc wiedział, że przywróceni przez Kamień Wskrzeszenia byli tylko odbiciem duszy. Próbował niezliczoną ilość razy, ale w końcu się poddał. Po wielu, wielu próbach pozostało mu jedynie zwieszenie głowy i zduszenie wszelkiej nadziei, jaka zapłonęła mu w piersi. Sytuacja zmusiła go do przyznania, że Insygnia Śmierci nie były wszechmocne.
Dumbledore...
Skulony pod ścianą, wyciągnął rękę i rzucił nieznajomemu pożyczony pierścień.
– Niestety, nawet jeżeli jesteś niezadowolony z wyników, nasza umowa się rozwiązała.
– Nie masz powodów do zmartwień, dzieciaku – odpowiedział ochryple Gellert. – Rób, co chcesz. Jestem zmęczony.
Młody mężczyzna wzruszył ramionami i odwrócił się na pięcie.
– Jeśli będziesz chciał się stąd wydostać, znajdź mnie. Strażnik na dole jest jednym z moich ludzi – powiedział na odchodne. – Na moment zamilkł. – Oczywiście, oferta nie będzie trwała wiecznie – dodał, lecz Grindelwald nawet na niego nie spojrzał.
Gdy tylko opuścił mury Nurmengardu, z mroku wyłoniło się kilka postaci.
– Mój panie. – Lider grupy wysunął się naprzód i pochylił usłużnie głowę. – Karkarow został złapany – oświadczył z wahaniem.
– Idiota – parsknął w odpowiedzi. – Który oddział go pojmał? Jeżeli lewe skrzydło, sprawa okaże się kłopotliwa. – Wszak przekupił prawe skrzydło. Gdyby Igor trafił w ich ręce, wróciłby po dwóch, może trzech godzinach.
Podwładni się zawahali. W końcu głos zabrał jeden z nich – kobieta.
– Wyglądali na... brytyjskich aurorów.
Czarny Pan zmrużył oczy.
– Rozpoznaliście kogoś? – zapytał lodowato, przez co grupę przeszedł dreszcz przerażenia.
– Nie... nieszczególnie, ale ich przywódczynią była czarownica z krótkimi włosami. – Kobieta w kapturze w końcu zebrała się na odwagę. – Wydaje mi się, że... mężczyzna, który złapał Karkarowa, ma na imię...
Nawet pośród ciemności czuła przeszywające na wskroś spojrzenie swojego pana, a czoło zrosił jej pot.
– Harry! – uzupełnił jeden z mężczyzn, czym zasłużył sobie na przywołujące do porządku zaklęcie w kolorze czerwonym. Nie mogąc wytrzymać bólu, jęknął przeciągle.
Sprawy wymknęły się Tomowi Riddle'owi spod kontroli.
Z największą ostrożnością wykorzystał dziewczynę, która ostatecznie stała się jedną z jego podwładnych, jako doskonałą wymówkę, stworzył przebrania i zatarł wszelkie ślady swojej podróży, a nawet wysilił się i aby rozwiać podejrzenia Harry'ego, wysyłał mu pocztówki. Cały semestr poświęcił też na przyzwyczajenie adopcyjnego ojca do swojej obecności i uśpienie jego czujności. Karkarow, głupiec jakich mało, zniweczył wszystkie starania!
Cholera! Cholera! Cholera!
Drżący ze strachu śmierciożercy nie mogli zobaczyć wyrazu twarzy swego pana. Oczy Toma stały się czerwone, wygłodniałe i żądne krwi – przypominały rozbudzony wulkan, którego erupcja miała zaraz nastąpić, a lawa pochłonąć wszystko na drodze, nie zostawiając po sobie nawet śladu.
Wziął głęboki oddech i zerknął na zbierającego się z ziemi mężczyznę.
– Wróćcie i odbierzcie nagrodę – powiedział wszem wobec.
– Tak! – Fanatyzm natychmiast zastąpił przerażenie grupy.
Podążanie za Czarnym Panem może i przysparzało cierpienia, zwłaszcza z powodu jego okrutnych kar za niesubordynację i nieposłuszeństwo, ale dawało również poczucie mocy i siły, której inni nie oferowali.
Za każdy błąd należy się wszak kara.
Znak palił go żywym ogniem do tego stopnia, że aż nie mógł złapać tchu. Przez ból prawie stracił przytomność.
To nie była zwyczajowa reprymenda, a gniewna informacja zwrotna – że prawdziwa kara dopiero nastąpi. Jak bardzo będzie dotkliwa, kiedy w końcu przyjdzie jej czas?
Karkarow otworzył oczy i wykręcił się, na próżno próbując uniknąć bólu. Im dłużej go odczuwał, tym bardziej poddawał się torturom.
Owładnął go strach. Mimowolnie zaczął sobie wyobrażać najróżniejsze kary. Nagle poczuł się chory.
– Co ci jest? – Widząc dziwne zachowanie pojmanego, niemiecki strażnik natychmiast ku niemu pospieszył. Jego zadaniem było monitorowanie więźnia, odpowiadał za bezpieczeństwo, nie wspominając już o instrukcjach, żeby ostatecznie go wypuścić. Gdyby umarł na jego wachcie, musiałby ponieść odpowiedzialność.
Igor nieudolnie walczył, zaciskając jedną dłoń na ukrytym znaku, a drugą na oparciu krzesła, które prawie że połamał.
– Uspokój się! – Auror chwycił przedramię Karkarowa z zamiarem przyciśnięcia jego rąk do brzegów siedziska. Kto by pomyślał, że mężczyzna wyda z siebie przeraźliwy krzyk w momencie, gdy obce ręce dotknęły jego palącego przedramienia.
Gdy Harry wszedł do środka, Niemiec puścił ręce więźnia.
– Z drogi – powiedział brunet z mocno bijącym sercem. Nie wahając się nawet minuty, rozerwał rękaw szaty Igora. Światło dzienne ujrzał w istocie paskudny tatuaż, który widział niezliczoną ilość razy.
Nie miał dużo czasu, bo każdy, którego znak się wydawał, natychmiast próbował go zakrywać. W momencie dotknięcia czarnych linii, Harry'ego zabolała blizna.
Wzór nieco różnił się od tego, którego działania będzie doświadczał za 50 bądź 60 lat. W przyszłości najprawdopodobniej zostanie poprawiony i udoskonalony przez geniusza, który go stworzył, aż w końcu z czasem uzyska zwyczajowy wygląd.
Czaszki i węża.
Oto kolejny doskonały przykład na potwierdzenie tezy, iż przeznaczonej przeszłości nie da się odmienić. Dlaczego? Ponieważ gra była z góry ustawiona przez Los, a jej zasad nie można ani zmanipulować, ani kwestionować.
Kiedy podróżnik w czasie się odprężył i odegnał wątpliwości, nastąpił historyczny przełom.
Odkrycie odebrało Harry'emu siły.
W międzyczasie Karkarow próbował podnieść rękę, żeby w desperacji przycisnąć ją do palącego tatuażu, ale był zbyt słaby, zwyczajnie nie miał sił na mierzenie się z młodzieńcem, który go naznaczył – nie, z mężczyzną.
– Co to jest?
Zainteresowany auror zamierzał dotknąć znaku, ale Igor się szarpnął.
– Nie!
– Przestań się miotać, chyba że chcesz umrzeć – powiedział Harry, a potem usiadł na krześle naprzeciwko, nadal otulony płaszczem Alphonse'a.
Spróbował oczyścić myśli.
„Twoim zdaniem jest po prostu znaleźć jego słabość", powiedziała mu niegdyś Hermiona. Tę frazę powtarzali po niej także Ron, Ginny, Neville, Luna, Cho Chang... Wszyscy mówili jednym zgodnym głosem, którego nie dało się niczym zagłuszyć, nawet po usilnych staraniach...
Przypominało to trans. Harry stopniowo zaczynał się chwiać w swych postanowieniach, a dotąd niezłomna wiara rozwiała się niczym dym.
Przyjaciele mieli rację – powinien był skupić się tylko na tym.
Czemu się zaangażował? Dlaczego tak się uparł, aby zmienić Toma Riddle'a? Czemu musiał przez to doświadczyć złamanego serca, gorzkiego rozczarowania oraz oszustwa?
Niegdyś zapytano go, czy warto się poświęcić.
Schował głowę w płaszczu, wydychając powietrze w puch kołnierza. Z czasem oddychanie stało się trudniejsze.
Żałował po raz pierwszy w życiu.
