Wybaczcie tak długi zastój, ale nie dość że chorowałam, to jeszcze skupiłam się na zakończeniu drugiego tłumaczenia. Obiecuję, że po zakończeniu „Albusa (...)" przyspieszymy trochę tempa. Zdradzę, że dużymi krokami zbliżamy się do mroczniejszej części opowiadania. Przełom nastąpi za dosłownie kilka rozdziałów. Będzie dość graficznie, nastrójcie więc wyobraźnię ;)

Zapraszam!


Rozdział 72

Osłódź sobie życie


4 stycznia 1945 r.

Siedząc przy stole, Harry pogardliwie się uśmiechnął. W dłoniach trzymał pocztówkę.

- Harry? – Joan nie wiedziała, dlaczego przyjaciel nagle popadł w smętny nastrój, a tym bardziej, nie potrafiła go w żaden sposób pocieszyć.

- Wszystko w porządku. – Nawet nie podniósł wzroku. Po prostu patrzył na malowniczy obrazek, jakby podziwiał dzieło sztuki.

Kobieta nie musiała długo się zastanawiać nad tożsamością nadawcy, a jej przypuszczenia potwierdziło zerknięcie w róg kartki, gdzie odręcznie napisane było „Tom Riddle".

- Tom wyruszył w podróż? – zapytała, chcąc nieco rozproszyć niecodzienne skupienie bruneta.

- Tak, w podróż. – Uśmiechnął się Harry. Nadal nie potrafił przejść z tym do porządku dziennego. Tak mocno zacisnął palce na pocztówce, że niemalże ją zmiażdżył. Kartka wydawała się napisana dwa dni temu, czyli najprawdopodobniej sowa najpierw poleciała do Hogwartu, a dopiero potem z powrotem do Niemiec, stąd opóźnienie.

Słowa smakowały gorzko.

W końcu dotarłem do Czarnego Lasu, Harry. To naprawdę wspaniałe miejsce do zbierania leczniczych ziół. Cóż, na razie mogę powiedzieć tylko tyle, że tutejsze słodycze są zdecydowanie za słodkie – Kasia z kolei je uwielbia.

Kasia to dziewczyna, z którą pojechał.

Istna nieszczerość, choć gdyby Harry przeczytał notkę dwa dni temu, szczerze by się uśmiechnął. Teraz wiedział, że wcześniej był głupi i naiwny.

Naprawdę myślał, że Tom będzie cieszył się życiem z miłą dziewczyną, zamiast po kryjomu przywdziewać śmierciożercze szaty oraz gonić za pragnieniem władzy i potęgi?

Skończ marzyć, Harry Potterze, zganił się w myślach.

Tom Riddle jest Voldemortem.

Są jednością.

- Przepraszam, ale nie mogę ukończyć tej misji, Joan. Chciałbym wrócić do domu... – To był pierwszy raz, kiedy zrezygnował z zadania, którego się podjął. Nie sprostał oczekiwaniom.

Aż do dzisiaj, przez bite czternaście lat nigdy wcześniej nawet nie pomyślał o porzuceniu swojej misji.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby porządnie nim potrząsnąć i w międzyczasie zapytać: „Taki z ciebie gryfon? Czemu nie kipisz optymizmem? Porzuciłeś rolę wytrwałego, nieustraszonego rycerza?".

Nikt, nawet chroniony ciężką zbroją rycerz, nie przeżyłby przeszycia serca mieczem.

Gryfoni, wbrew powszechnemu myśleniu, nie zawsze rzucają się do przodu, jakby nigdy nie zaznali bólu. Powoli, ale uczą się poprzez cierpienie i strach, aż w końcu „mądrzeją". Po prostu nauka przychodzi im z większym trudem, a cały proces jest bardziej skomplikowany.

Zapadła noc, a wraz z nią przyszedł chaos. Harry desperacko biegł, jakby goniąc zachód słońca, uporem przypominając Prometeusza i jego ogień.

Co z rezultatem?

Cóż, wystarczy spojrzeć na „Dzwonnika z Norte Dame" – zapoczątkowane przez zaćmienie, nocne upadki i wzloty.


Tom wbił zachmurzony wzrok w leżącego na podłodze mężczyznę.

Harry wie.

Mimo wielkiego intelektu nie potrafił doprowadzić się do porządku. Jego mózg skupiał się tylko i wyłącznie na tej jednej myśli, która była niczym gąbka – pochłaniała pozostałe informacje jak wodę. Brak możliwości otrzeźwienia był druzgoczący oraz prowadził do zawrotów głowy.

Wiele go kosztowało przytłumienie buzujących emocji, ale ciągle miał wrażenie, że w piersi płonie mu ogień. Niepokój w krótkim czasie przeobraził się we wściekłość, która tylko czekała na uwolnienie.

- Kto cię pojmał...?

Wyraźny głos sprawił, że Karkarow natychmiast – w miarę możliwości – się wyprostował. Był tak skoncentrowany, iż słyszał nawet cichy oddech swego pana; przypominał syczenie wypełzającej z ciemnej kryjówki żmii, w pełni gotowej do przeprowadzenia ataku, zatopienia kłów w aorcie ofiary i wstrzyknięcie jej śmiercionośnego jadu.

- Harry Potter... – Przygotowawszy się na karę, zacisnął zęby. Chwilę potem uderzyło w niego oślepiające czerwone zaklęcie. – Ach! – krzyknął, upadając na ziemię. Wyglądał naprawdę paskudnie, rzucając się po podłodze niczym ryba wyjęta z wody. Nie panował nad swoimi reakcjami, gdyż klątwa Cruciatus wymierzona była w zakończenia nerwowe.

Wtem zapłonął gorszym bólem.

Poprzez Mroczny Znak Tom Riddle torturował go iluzją rozczłonkowywania, powodując dodatkowe cierpienie.

Karkarow nigdy nie był silnym człowiekiem, a tym bardziej wytrzymałym, tak więc szybko zaczął błagać o litość.

- Wybacz! WYBACZ MI!

Ból nie ustąpił.

Ukarz go, ukarz! Zabij! Niech słono zapłaci za swe błędy! – krzyczała uśpiona natura Toma, jakby był to jedyny sposób na uspokojenie gniewu, który w nim wrzał.

Harry wiedział, czyli teraz będzie go celowo unikał, odpychał na wszelkie możliwe sposoby oraz będzie się na niego gapił z dokładnie taką samą załamaną miną, co wtedy podczas spotkania w Komnacie Tajemnic. Co gorsza, jego oczy utracą swój blask.

Tom, owszem, lubował się w pełnych strachu spojrzeniach oraz negatywnych emocjach wypisanych na twarzy. Uwielbiał, kiedy w akcie desperacji ludzie posuwali się do najgorszego. Niemniej jednak wszystko powinno znajdować się pod kontrolą, napędzane jego mrocznymi pragnieniami.

Wpadka Karkarowa była nieprzewidziana.

Ścisnął różdżkę, aż mu kłykcie zbielały. Nawet na sekundę nie zamierzał przerywać klątwy.

Czy Harry zniknie? Jakby nie patrzeć, nie byłby to pierwszy raz...

Tom w momencie poczuł się oszołomiony. Gdy zawładnęło nim zaniepokojenie i panika na myśl o ponownym porzuceniu, odniósł wrażenie, że wrócił do czasów swojego dzieciństwa. Zastygł w bezruchu, pozwalając, aby buzujące emocje wzięły nad nim górę. Wtem uświadomił sobie, że z największą pokorą i smutkiem po cichu modlił się, żeby Harry został.

STOP. Przysięgał zmienić tę odrażającą postawę!

Przecież obiecał sobie, że będzie wystarczająco silny, aby determinować życie oraz śmierć tego mężczyzny, a tym samym zablokować upływ czasu; że w końcu będzie kontrolować świat, a także odwracać bieg historii.

Dopóki ma siłę, Harry może tylko drżeć i czołgać się u jego stóp...

Tom bał się porzucenia, ponieważ nie miał mocy, aby zatrzymać opiekuna.

- Karkarow.

Czarodziej, który był boleśnie torturowany, podniósł w agonii głowę; patrzył, jak kontrolujący jego byt mężczyzna stoi niedaleko, dziwnie się uśmiechając. W momencie ogarnęło go przerażenie.

- Potrzebuję sojusznika, silnego sojusznika. – Riddle przechylił głowę w bok. Z powodu niecodziennego uśmiechu, jego rysy twarzy się wyostrzyły i przybrały pokręcony wyraz. – Cóż, co z dementorami?

- Nie możesz, panie! – wycharczał niskim tonem Igor. Zdecydowanie nie chciał, aby te zimne, straszne stworzenia wyssały jego duszę.

- Owszem, mogę. – Oczy Toma rozbłysły czerwienią. – Tak jak powiedziałem wcześniej, Karkarow. Nie chcę twej lojalności, a oddania mi wszystkiego, co posiadasz. Twoje życie już kupiłem – dodał z okrucieństwem.

- Można zawrzeć o wiele lepsze sojusze – argumentował. – Choćby z olbrzymami... – W porównaniu do dementorów, który polegali na pierwotnych instynktach*, olbrzymy łatwiej przekonać do współpracy oraz kontrolować.

- Więc dlaczego się tak boisz? – zapytał retorycznie przystojny diabeł, unosząc z pogardą brew. – Nawet nie próbuj mnie kwestionować, Karkarow. Masz pojechać do Anglii, prosto do Azkabanu. Jakby nie patrzeć, wysłanie reprezentanta świadczy o szczerości i uczciwości, prawda?

- Tak, panie. – Igor zbladł.

Jak czasem nieproporcjonalna jest odwaga i umiejętności w stosunku do paraliżującego strachu, pomyślał Tom i odwrócił wzrok. Najbardziej drżysz przed... dementorami, prawda? Mam bardzo dobrą pamięć, Harry.

Zaśmiał się z dumą, niczym dziecko, chcące odwdzięczyć się rodzicom.


Harry nagle zaczął tęsknić za 2001 rokiem. W sumie to tęsknił za nim zawsze, ale teraz stłumione dotąd emocje wzięły górę. Marzył, żeby znowu być otoczonym przez przyjaciół, marzył za uściskami przepełnionymi zapachem potu i dymu, a nawet za śmiałością swobodnego biegania z początku wojny.

Najgorzej, że nie mógł wrócić.

Wciąż czuł się zobowiązany do wypełnienia misji.

Z pewną paniką odkrył też, że udawany spokój Toma stopniowo osłabiał jego determinację. Uświadomił sobie to, dopiero kiedy odkrył oszustwo dziecka.

Twoi przyjaciele i współdomownicy walczą o ciebie w przyszłości. Co więc wyprawiasz, Harry Potterze?

Jeszcze jeden rok, najwyżej dwa.

Pięć dni w 2001 r., dwa lata tutaj.

Mógł dokończyć to, co tam było niemożliwe.

Dwa lata – wystarczająco, aby móc się wzmocnić, zahartować ducha, przemienić się w prawdziwego wojownika, zwiększyć szanse na przeżycie; może i nie wystarczy, żeby wygrać wojnę, ale w ten sposób ochroni pozostałych.

A Tom? Dorósł i nie potrzebował już Harry'ego Pottera.

Pierwszą rzeczą, jaką więc zrobił po powrocie do Hogwartu, było przekazanie dyrektorowi wypowiedzenia.

- Harry! Dopiero co świętowaliśmy Boże Narodzenie, a semestr jeszcze się nie skończył. – Do drzwi jego dawnego gabinetu zapukał Albus Dumbledore. – Co z lekcjami?

- Bardzo przepraszam, profesorze. – Spuścił wzrok. Przy pomocy magii spakował cały swój nauczycielski dobytek i umieścił go w rogu sali. W istocie, był gotowy do wyruszenia w każdej chwili. Kuferków nie było dużo. Poza kilkoma zestawami ubrań oraz książek, które ze sobą zabrał z domu, nie miał wielu rzeczy. – Potrzebuję czasu.

Harry chciał wyjawić Dumbledore'owi wszystkie sekrety; zwyczajnie porozmawiać ze starszym, bardziej doświadczonym życiowo i mądrzejszym człowiekiem, który – co najważniejsze – wciąż był wśród żywych, człowiekiem, który poprowadziłby go we właściwym kierunku, ale gdy tylko otwierał usta, coś ściskało mu gardło i uniemożliwiało wyznanie prawdy. Nacisk ten szybko przekształcał w drapanie w krtani, a następnie w gwałtowny kaszel. Harry nie miał żadnych wątpliwości, że to ostrzeżenie od Losu, który wyciągał swe niewidzialne ręce, aby po mugolsku udusić chcącego podważyć historię śmiałka.

Należy zdementować każdy wyciek informacji.

Ochrona wobec utrwalonych trendów czasowych była niezwykle krucha.

To była gra bez nadziei na sukces. Jej zasady dawno temu ustaliło Przeznaczenie.

Starzec stał z boku, spokojnie obserwując, jak młody mężczyzna starannie uzupełnia plan lekcji, aby następny nauczyciel nie rozpoczynał semestru z bałaganem w papierach i sylabusie.

- Powiedziałeś Tomowi? – zapytał po chwili milczenia, a Harry przerwał pracę. – Powinieneś. Chłopcu na tobie zależy.

- Cóż, powiem.

Dumbledore spojrzał uważniej na byłego współpracownika. Znał go od ponad dekady i z łatwością mógł stwierdzić, że w międzyczasie jego wygląd nie uległ żadnej zmianie. Nie zamierzał szczędzić słów na odpowiedni komentarz. Zamiast tego uśmiechnął się słabo i spróbował pocieszyć kolegę.

- Jeżeli jesteś smutny, osłódź sobie życie. – Wyjął z kieszeni szaty garść landrynek i podał Harry'emu. Spojrzenie, jakim go obrzucił, dawało do myślenia. Nie czekając na reakcję, rozpakował jedną, a potem wepchnął towarzyszowi w usta. – Słodkie, prawda? – Uśmiechnął się uprzejmie.

Brunet poczekał, aż Dumbledore wyjdzie i wypluł galaretkowatą fasolkę. Wbrew temu, co powiedział Albus, cukierek był gorzki i pozostawiał nieprzyjemny, przyprawiający o mdłości posmak, od którego zdrętwiał mu język. Zaintrygowany, spojrzał na papierek. „Cynowód chiński"** głosił napis dziecięcą czcionką.

Wybuchnął śmiechem.


* Najwyraźniej w oryginale napisane jest, że dementorzy polegają również na różnego rodzaju żądzach. Mając wątpliwości, angielski tłumacz zrezygnował z takowego dopisku. Idę w jego ślady

** Cynowód chiński (z ang.: Chinese Goldthread) – roślina stosowana w tradycyjnej medycynie chińskiej