Witajcie po dłuższej przerwie. W grudniu zakończyłam „Albusa Pottera i Fortecę Umarłych", tak więc teraz będę pracować tylko i wyłącznie nad tym opowiadaniem. Możecie się śmiało nastawić na częstsze, choć nadal nieregularne aktualizacje tekstu. Po zakończeniu tego tłumaczenia opublikuję oneshota i całkowicie zakończę tę serię.

Po przerwie wrócę z następną częścią „Albusa", następnie zabiorę się za miniatury, a potem zacznę pracę nad nowym opowiadaniem.

Nie przedłużając, wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

Zapraszam do lektury : )


Rozdział 73

Dorosłeś


9 stycznia 1945 r.

Zamieniwszy dociekliwość na pracowitość, Harry spędził całe trzy dni w szkolnej bibliotece, nieustannie studiując opasła tomiszcza. Odpoczywał wieczorami, kiedy to dosłownie padał nieżywy na łóżko. Wyczerpany czytaniem, zasypiał w okamgnieniu.

Rutynę przerwało dopiero przybycie Toma.

– Wróciłem, Harry. – Uśmiechnął się młodzieniec. Nie zaprzątał sobie głowy ściszaniem głosu, bo nawet gdyby szeptał, w przestronnej i przede wszystkim pustej bibliotece, dźwięk rozszedłby się echem. Zrelaksowany, rozsiadł się wygodnie obok pogrążonego w lekturze towarzysza. Gdy ten nie odpowiedział, a jedynie się spiął, kontynuował: – Ciastka z podróży położyłem na twoim biurku. – Pochylił się nad opiekunem i przez jego ramię spojrzał na rozłożoną na blacie książkę.

Gest był dość intymny, ale niewystarczający, aby pobudzić mężczyznę do działania – był, co najwyżej, lekko zniesmaczony. Od dawna, nieświadomie, przywykł do tej odległości.

Tom najpierw napatrzył się na bladą skórę Harry'ego, a dopiero potem zerknął na tytuł czytanego rozdziału.

– „Obrona przed czarną magią. Zastosowanie w praktyce" – przeczytał. – Naprawdę jesteś pasjonatem swojego przedmiotu.

Czarodziej skinął głową, wciąż w ponurym nastroju.

Przywoławszy tomiszcze dla siebie, Riddle zaczął badać fakturę twardej oprawy. Zajęcie rąk pobudzało go do myślenia.

– Gdy odkładałem ciastka, zauważyłem, że twoje biuro było puste. Powiesz mi, dlaczego? – W pełni skoncentrował się na postawie towarzysza – nie zamierzał niczego przegapić, nawet najmniejszej zmiany ekspresji. Nie potrafił jednak utrzymać swojej fasady, ponieważ jego uśmiech wyraźnie nie sięgał oczu. Nie trzeba dodawać, że mgliście wiedział, dokąd zmierza ta rozmowa.

– Cóż, należało je zwolnić – odparł niewzruszenie Harry, zaś serce Toma przeszył ostry ból. – Właśnie zamierzałem ci powiedzieć. – Potarł skronie, a następnie wbił wzrok w stojący naprzeciwko regał, uparcie odmawiając choćby przelotnego zerknięcia w stronę adopcyjnego dziecka. Szkoda, bo gdyby się obejrzał, zobaczyłby jego krwistoczerwone oczy. – Odchodzę.

Tom pochylił głowę.

– W porządku, rozumiem. Ciągłe nauczanie rzeczywiście może być trochę kłopotliwe, więc dobrze ci zrobi odpoczęcie w domowym zaciszu.

Harry zachichotał, jakby w próbie pocieszenia naprawdę wychwycił żartobliwą nutę.

– Najprawdopodobniej nigdy nie wrócę.

Niedopowiedzenie zawisło w powietrzu. „Odchodzę" miało dwojaki wydźwięk – zrzeknięcie się posady oraz powrót do swoich czasów. Niby jedno słowo, a tak wiele możliwości...

Rodzinna rezydencja Harry'ego, kąt z 1980 r. w Dolinie Godryka, została ostatecznie zniszczony przez klątwę zabijającą Lorda Voldemorta. Późniejszy dom, Hogwart z 1991 r., ugiął się pod jego represyjnymi rządami. Iluzja ostatniego, chaty – ponownie – w Dolinie Godryka sprzed tygodnia, roztrzaskała się w drobny mak po odkryciu manipulacji Toma Riddle'a.

Prawdziwy dom – w materialnym oraz niematerialnym sensie – czekał na Harry'ego po drugiej stronie klepsydry.

Odrzuciwszy na bok wahanie, zamknął więc tomiszcze oraz schował do plecaka notatnik, który służył mu do pracy.

– Nie wrócę, ale ty się nie krępuj. Zostań w domu tyle, ile potrzebujesz.

– Gdzie się wybierasz?

Ślizgon złapał Harry'ego za nadgarstek, a kiedy ten wstał od stołu, wzmocnił uścisk, powodując ból. Mężczyzna potrząsnął ręką, nadaremnie próbując strząsnąć dłoń nastolatka.

– Puść mnie, Tom.

– Nie pozwalam – warknął.

Harry się zaśmiał.

– Nie zabraniałem ci wyjazdu do Niemiec, więc jakim prawem chcesz mnie powstrzymać? – zapytał, przechodząc do sedna sprawy, przez co powietrze w bibliotece natychmiast zgęstniało.

Ten problem, od samego początku do końca, rozrósł się ponad jego najśmielsze oczekiwania. Od rozwoju sytuacji, aż po zachowanie i oziębłość mężczyzny – nic nie było takie, jak sobie Tom wyobrażał.

Możliwe, że podświadomie utwierdzał się w przekonaniu, iż ma nad Harrym pewną przewagę. Może powtarzające się ustępstwa opiekuna naprawdę sprawiły, że uroił sobie, iż bez względu na targające Harrym emocje – złość, rozgoryczenie, rozczarowanie – a nawet okazjonalne „ucieczki" w niewiadome miejsca, ten nigdy z niego nie zrezygnuje. Łudził się, że będzie jak wtedy, gdy otworzył Komnatę Tajemnic; że Harry przenigdy nie zostawi go w samopas.

Odważył się zaryzykować, bo miał poczucie bezpieczeństwa. Jakże to żałosne. Był niczym uparta, mierząca się z ojcem panienka, która wyzbyła się zahamowań, bo wiedziała, że pomimo wszystkich okropności, jakie mu powiedziała, ten nie opuści jej boku.

Nieoczekiwanie się jednak okazało, że tolerancja również miała swoje granice. Raz przekroczywszy granicę, nie sposób zawrócić.

Na przykład teraz.

Tom powoli podniósł głowę.

Harry nieraz widział te krwistoczerwone oczy, zwłaszcza podczas pojedynków czy koszmarów sennych. Tym razem było jednak inaczej – należały do jego syna.

Z trudem wytrzymał intensywne spojrzenie.

– Jeżeli jesteś niezadowolony z mojego wyjazdu do Niemiec... – Tom wziął głęboki oddech, decydując się na odegranie nieświadomej i niczemu winnej ofiary. Niby szczera dezorientacja i zagubienie, owszem, były zwodnicze, zwłaszcza na przystojnej twarzy, aczkolwiek szczególnie ostrożny wzrok niszczył cały efekt. – Cóż, Malfoy mnie zaprosił – powiedział.

– Jak się czuje Karkarow? – zapytał w zamian Harry, w momencie kładąc kres wszelkim kłamstwom. – Znak przestał go palić, prawda?

Gra dobiegła końca.

Wizerunek, który Tom przez lata tworzył, rozpadł się w okamgnieniu. Nie mógł dłużej udawać niewinnego, przykładnego chłopca. Zacisnął zęby, czym spiął mięśnie twarzy. Jak nigdy przedtem, przypominał gotową do ataku bestię – paskudnie wykrzywioną, bezlitosną oraz zjadliwą.

– Nie odchodź. – Riddle spanikował. Nawet kiedy stali naprzeciw siebie w Komnacie Tajemnic, potrafił na chłodno analizować rozwój sytuacji, bilans zysków i potencjalnych strat oraz podejmować racjonalne decyzje. Teraz zaś zwyczajnie stał niczym wrośnięty w ziemię, niezdolny do najmniejszego ruchu, mając nadzieję, że jego uścisk wytrzyma. – Niezliczoną ilość razy obiecywałeś, że będziesz w pobliżu; że będziesz patrzył, jak dorastam!

– Jesteś dorosły, prawda? – Harry był nieugięty. Wyciągnął rękę i spróbował uwolnić swój nadgarstek. – Obiecałeś, że będziesz tylko Tomem Riddle'em. – Nie dotrzymałeś słowa. Czemu więc ja powinienem? – Puść mnie – dodał, nagle sprawiając wrażenie zmęczonego.

– Popełniłem błąd. – Nie popuściwszy uścisku, chłopiec spojrzał wprost na opiekuna. Nawet ciepłota drugiego ciała nie potrafiła rozproszyć chłodu, która zawsze go otaczał. – Przyznaję, że się mylę. Proszę, nie odchodź. Proszę.

Harry zaniemówił, nigdy nie doświadczywszy czegoś podobnego. Nawet w najgorszych chwilach w sierocińcu, nawet w obliczu śmierci podczas bombardowania Londynu, Tom nigdy się przed nim nie ukorzył; nigdy nie zniżył się do błagania – zawsze tylko żądał i na różne sposoby wymagał posłuszeństwa. Podczas tych wspólnie spędzonych lat, nigdy nie miał żadnych próśb, nawet najbardziej przyziemnych i trywialnych. Najprawdziwsza bolesna nuta w słowie „proszę" wciąż dzwoniła Harry'emu w uszach.

Mimo to wiedział, że chłopiec – nawet jeżeli powiedział to wszystko – szczerze wierzył w swą nieomylność.

– Lubisz myśleć, że przetrwają tylko najsilniejsi; że to naturalne, że silniejsi ucztują na słabszych. Jesteś przekonany, że najwyższą prawdą jest dążenie do jak największych korzyści. Jesteś przekonany, że wszystko, co dotąd uczyniłeś, powinno zostać zrozumiane, ponieważ próbujesz osiągnąć coś niewyobrażalnie wielkiego, prawda? – zapytał ze smutkiem. – Nigdy nie przyznajesz się do porażek, Tom – wyszeptał łamiącym się głosem, a następnie zaśmiał się cicho z nadmiaru emocji. Całym sercem dotąd wierzył, że nic podobnego nie przejdzie mu przez gardło.

Wbrew sobie i logice, pragnął uwierzyć dziecku.

Kto powiedział, że Harry nie rozumiał Toma? W wygłoszonym przed chwilą monologu nie było nawet cienia zakłamania.

Zaprzeczenie tym stwierdzeniom byłoby najnikczemniejszą rzeczą na świecie, bo w istocie ślizgon nie wierzył w swoją pomyłkę.

– Muszę się zbierać, ale wrócę, kiedy będziesz kończył szkołę. – Harry wyciągnął wolną dłoń i poczochrał starannie ułożone, kruczoczarne włosy syna, nadawszy temu gestowi znaczącego charakteru. – Obiecałem, że będę obserwował, jak wkraczasz w dorosłość. Ukończenie edukacji jest naprawdę istotnym jej elementem.

Nigdy nie uczestniczył w graduacji. Gdyby nie Hermiona i powtarzane przez starszych uczniów plotki, nawet nie wiedziałby, że w Hogwarcie to wyjątkowy dzień. Cóż, nic dziwnego – w końcu nie ukończył szkoły.

Wyswobodziwszy w końcu dłoń z żelaznego uścisku, używając przy tym wyjątkowo dużo siły, odzyskał wolność.

– Gratulacje, Tom. Wszyscy dorośliście. – Uśmiechnął się, wewnętrznie zdruzgotany. – Masz dokładnie to, czego od zawsze pragnąłeś.

Winszuję, Tomie Riddle'u.

Winszuję, Lordzie Voldemorcie.