Rozdział 74

Zacieranie granic


12 lutego 2001 r.

Hogwart przepełniony był strachem – Czarny Pan sforsował szkolne zabezpieczenia i niespiesznie postawił stopę na kamiennym gruncie. Tym, który stworzył mu sposobność i zrobił wyrwę w barierze ochronnej, był Severus Snape, najnowszy dyrektor.

– Zdrajca! Morderca! – Gryfoni byli rozeźleni, ale nie zebrawszy się na odwagę, nie krzyczeli. Mogli tylko ściszyć głosy w nadziei, że nie przyciągną niechcianej uwagi. Pełni słusznego oburzenia, przeklinali bezgłośnie, jakby wulgaryzmy naprawdę mogłyby przynieść im korzyści. – Przeklęty śmierciożerca!

Czarny Pan, wyłapując bezmyślnie powtarzane frazy oraz urażone nuty, niemalże się roześmiał.

W obliczu władzy absolutnej sprawiedliwość i zło są nieistotne, ponieważ granice zwyczajnie się zacierają.

Wystarczy spojrzeć.

– Gdzie wasz złoty wybawca? – Czarnoksiężnik przeszedł obok wystraszonych uczniów, uśmiechając się złośliwie. Otaczający młodzież śmierciożercy przypominali złoczyńców z bajek, którzy najzwyklejszymi w świecie zaklęciami potrafili niszczyć dziecięce marzenia i słowami obdzierać z resztek nadziei. – Gdzie wasz o jakże prawy, wściubiający nos w nieswoje sprawy zbawiciel?

Ślizgoni sprawiali wrażenie rozbawionych szyderczym żartem, ale atak nerwowych chichotów porwał niespokojny tłum. Większość młodych twarzy zdobiła pogarda i zjadliwość.

– Minęły trzy lata, a Wybraniec nadal nikogo nie uratował – zadrwili, rozglądając się po bladych ze strachu kolegach z roku.

– Właściwie to... Czarny Pan nigdy nas nie skrzywdził. W gruncie rzeczy jesteśmy bezpieczni, dopóki nie wspieramy Harry'ego Pottera – niespodziewanie stwierdził stojący niedaleko puchon.

Cóż, mały naiwny borsuk.

Voldemort się uśmiechnął, usiadł na miejscu przeznaczonym dla dyrektora i sięgnął po wino. Z aprobatą zakręcił kieliszkiem, odnotowując, iż konsystencja alkoholu przypominała ludzką krew, a kolor jego oczy. Całość idealnie się komponowała.

Z dnia na dzień czarodziejskie społeczeństwo coraz bardziej zadziwiało go swoim podejściem. Przekonanie o solidnych podstawach własnego bezpieczeństwa, opartych tylko na kapitulacji i zmianie stron, oraz możliwości zakończenia wojny bez większych ofiar, było zwyczajnie śmieszne i zakrawało pod głupotę.

Kierując się tymi przeświadczeniami, połowa społeczeństwa się poddała, a zagubiona opinia publiczna zagwarantowała, że wciąż wiernych „uciekającemu wybrańcowi" buntowników uznano za zdrajców.

Nie sposób odróżnić dobra od zła, prawda?

Granica dawno się zatarła, prawda?

Taka jest właśnie ludzka natura – zarówno miła, jak i okrutna; obłudna. Dopóki ci tak zwani źli, wykazują choćby najmniejszą chęć do zmiany przekonań, a co za tym idzie zachowania, społeczeństwo natychmiast ustępuje, hojnie okazując tolerancję oraz uległą akceptację nowego stanu rzeczy, niezależnie od zachowywania, bądź nie, pozorów. Zły, aczkolwiek chcący się zmienić człowiek, zostaje określony mianem „zrehabilitowanego". To miłe, prawda, choć jednocześnie głupie. Gdy zaś sprawiedliwość zawodzi, ludzie zbierają się w kupę i przystępują do ataku, zapominając po drodze o wszystkim, co „nawrócony" poświęcił. W momencie podnoszą z oburzeniem pięści i protestują przeciw niemu, dumnie i arogancko, jakby dokonywali osądu na niegodnym przychylniejszego spojrzenia więźniu. To z kolei okrutne i wyjątkowo ohydne.

Rana zadana Harry'emu Potterowi została ponownie otwarta, a tłum żerował na niej niczym robaki.

Uznając sytuację za niemały sukces, Voldemort się uśmiechnął.

– Mój panie. – Snape zajął miejsce obok i pochylił głowę, oczekując dalszych instrukcji.

Czarnoksiężnik spojrzał obojętnie na Severusa. Nikt nie mógł przewyższyć Lorda Voldemorta w dziedzinie mrocznych sztuk, a co za tym idzie w obronie przed czarną magią, nawet niegdyś potężny Gellert Grindelwald. Puste, matowe oczy i pozbawiona wszelkich emocji twarz sługi wskazywały jedną możliwość – Snape się oklumował.

To oczywiste, że coś ukrywał.

Uśmiechnął się, odsłaniając ostre zęby, a potem odwrócił wzrok.

Czyż nie w podobny sposób wykończył Dumbledore'a?

Upił łyk wina, a cierpki smak pozwolił mu w przyjemny sposób oczyścić umysł.

Wraz ze wchłanianiem horkruksów jego dusza powoli stawała się kompletna oraz wracała mu roztropność i skrupulatność myślenia.

Był ślizgonem, a ślizgonom nie wypadało ignorować oczywistych nieprawidłowości i potencjalnych zagrożeń skupionych wokół siebie.

Dobrze, że Severus Snape specjalizował się głównie w eliksirach – nie dało się zaprzeczyć, że miał prawdziwy talent do ważenia mikstur oraz świetnie radził sobie w walce. Dopiero od niedawna zaczął sobie zadawać pytanie, czemu wcześniej nie szukał dla niego odpowiedniego zastępstwa – przecież to niemożliwe, aby w czarodziejskiej Wielkiej Brytanii nie było żadnego mu podobnego.

Cóż, Snape był potrzebny, choć nie niezastąpiony. Jeżeli stanie się nieprzydatny, po prostu zniknie.

Wracając do rzeczywistości, Voldemort, wyglądając tak, jak za czasów swej młodości, odwrócił głowę i zmrużył oczy.

– Czego nauczasz, Severusie?

– Obrony przed czarną magią, panie – odpowiedział z szacunkiem mężczyzna. – Mojego poprzednika niespodziewanie zmorzyła choroba.

Czarny Pan zachichotał.

– Czy wiesz, dlaczego zmarł? – zapytał, jakby żartobliwym tonem. – Na tym stanowisku ciąży klątwa. Nie chwaląc się, to moja zasługa. – Zamilkł i potarł palcem swój pierścień, czując przepływającą przez kamień moc. Sprawiał wrażenie zobojętniałego. – Może wkrótce nie będziesz piastował tego urzędu, Severusie...

Snape zadrżał. Całe szczęście, że obszerne szaty posłużyły za doskonały kamuflaż.

Oczywiście, w mig zrozumiał przekaz Voldemorta – to było ostrzeżenie, a nie gwarancja awansu w szeregach.

Nie łudził się, że Czarny Pan darzy go zaufaniem. Gdyby osobiście nie zabił Albusa Dumbledore'a, najprawdopodobniej dawno temu straciłby życie. A teraz, kiedy został zaalarmowany...

Zaśmiał się w myślach. Twój cudowny plan, Albusie... zaraz legnie w gruzach. Twoja śmierć poszła na marne.

Zniechęcony, przy posiłku przypominał maszynę.

– Dlaczego przekląłeś tę posadę, mój panie? – zapytała z zaciekawieniem Pansy Parkinson, siedząca na samym końcu długiego stołu. Ambitna, choć w temacie polityki nadal raczkująca dziewczynka, od dzieciństwa była rozpieszczana przez rodziców, a następnie przez swojego chłopaka, a Czarny Pan, za którym podążała, doceniał jej zaangażowanie. Wszystko to sprawiło, że otworzyła się na świat i zaczęła odprężać w towarzystwie czarodzieja, którego imienia bała się wymówić i paplała z zainteresowaniem.

Czarny Pan odpowiedział, zanim młody Malfoy zdążył skarcić dziewczynę.

– Kilka lat temu po Hogwarcie krążyła pewna legenda, prawda? – zapytał, zupełnie jakby był w dobrym nastroju.

Snape zamrugał, zaskoczony najnowszym odkryciem. W jaki sposób Czarny Pan dowiedział się o krążących po szkole plotkach z minionych lat? Czy zrozumiał ich przesłanie?

Voldemort odwrócił wzrok.

– Legenda głosi, że rzuciłem klątwę, bo Dumbledore odrzucił moją kandydaturę – zadrwił.

– To prawda? – zapytała Pansy.

Naiwna, mała dziewczyneczka.

– Kto wie? – Uśmiechnął się Voldemort.


Jeżeli Tom Riddle nie lubił snów, Voldemort ich szczerze nie znosił.

Wymykające się spod wszelkiej kontroli mrzonki sennie zawsze go zniesmaczały. Na te odczucia nie miał wpływu proces tworzenia horkruksów.

Nienawidził snów.

Odkąd zespolił swą duszę w całość, zapieczętowane emocje powróciły ze zdwojoną siłą, a przechowywane w głowie wspomnienia z młodszych lat zaczęły odżywać, czym nie dość, że przypominały mu o słabości w postaci mglistej śmiertelności, ale i uwydatniały wcześniejsze dziury w pamięci i zamazane sceny, których dotąd nawet nie zauważał.

Ot, teraz.

Sen oglądał z perspektywy jakby pająka – obraz szpeciły poplątane nici, przez co najprawdopodobniej obudzi się z zawrotami głowy.

Przyznaję, że się mylę. Proszę, nie odchodź. Proszę... – gniewnie krzyczał, zaniepokojony i zrozpaczony. Emocje, które odczuwał, były przytłaczające i powodowały nudności. Od bardzo dawna nie czuł się tak obnażony. – Nie odchodź. Nie odchodź! – Nie mógł wyrzucić z głowy tych dwóch słów. Wirowały i wirowały, przyprawiając go o potężną migrenę.

Naprawdę nie zostaniesz? Lubisz uczyć obrony przed czarną magią, prawda? – pytał we śnie. Tyrańskie wahania nastroju sprawiły, że drżał mu głos. Był na granicy wybuchu, ale wciąż stawiał opór i starał się utrzymać fasadę, która kawałek po kawałku rozpadała mu się w dłoniach.

Ktoś miał odpowiedzieć, ale nie widział swego rozmówcy. Odnosił wrażenie, że odgrywa jednoosobowe przedstawienie, bo drugi aktor nagle, niespodziewanie zniknął, jakby został wymazany z historii.

Nie odchodź. Zostań – wyszeptał, a prośba ta przypominała poniekąd wężomowę. – Nie rezygnuj z nauczania.

Przytłoczony obezwładniającą bezradnością, zacisnął dłonie w pięści i gniewnie uniósł głowę. Oczy miał tak brunatne, że niemalże przechodziły odcieniem w czerń.

Siedemnasto– albo osiemnastoletni Tom Riddle wbił wzrok w pustkę przed sobą i rzucił najbardziej upiorną ze wszystkich klątwę.

Każdy twój następca... zginie.

Lord Voldemort się przebudził, wracając do ponurej rzeczywistości. W uszach ciągle słyszał irytujące brzęczenie.

Obezwładniły go tłumione od dekady emocje. Nawet ktoś tak potężny, jak on, nie był w stanie odeprzeć ataku.

Nie potrafił się przystosować.

Przed oczami zatańczyły mu ciemne plamki, a skronie wybuchnęły paraliżującym bólem. Nerwy go dobijały.

Kiedy po dwóch bądź trzech sekundach Czarny Pan doszedł do siebie, stłumił poczucie dezorientacji. Chaotyczne urywki zdań zaczęły łączyć się w całość, podobnie jak wstrząsające błagania oraz rzucona klątwa.

Zostań. Jeżeli odejdziesz, każdy twój następca zginie!


Marzec 1945

Biuro Aurorów

– Zdecydowanie nie poprzestali na Niemczech. – Alphonse zmarszczył brwi, wchodząc do gabinetu Joan i przeglądając teczkę z dokumentami. – D7234, odziane na czarno ugrupowanie. Otrzymaliśmy wieści, że praktycznie zaanektowali sobie Ministerstwo, którym rządził niegdyś Czarny Pan.

– Jak to możliwe? – Kobieta nawet nie podniosła głowy, skryta za plikami arkuszy leżącymi na biurku. Wyjątkowo krótkie włosy dodawały jej urody. – Niemiecki Czarny Pan nie jest ubezwłasnowolniony. Podwładni nie odwrócą się do niego plecami, a zwykłymi sługusami nie należy się przejmować.

Alphonse zamarł, a potem zaśmiał się optymistycznie.

– Yhym, ale tak czy inaczej, są w Niemczech, po drugiej stronie cieśniny.

– W porządku – powiedziała Joan, a następnie zatrzymała współpracownika, który już się odwrócił do wyjścia. – Czy wiesz, kto stoi za D7234?

Auror wzruszył ramionami.

– Nie mamy żadnych konkretów, a same nieistotne informacje. Hm, poczekaj chwilę. Coś sprawdzę. – Otworzył teczkę i przewertował kilka kartek. – Och, najprawdopodobniej przewodzi im niejaki... Voldemort, aczkolwiek wątpię, aby było to jego prawdziwe nazwisko.

Nawet tak mądra czarownica, jak Joan, nie mogła przewidzieć, jak wielkiego spustoszenia w czarodziejskim społeczeństwie dokona ten pseudonim.

– To tylko przydomek – podsumowała po chwili zastanowienia.

Gdyby wśród nich był Harry, może zagrodziłby im drogę i zapędziłby ich w ślepy zaułek, dając swojemu synowi więcej czasu na opamiętanie. Niestety, był nieobecny.

Zbieg okoliczności? A może pomyłka? Czy coś nim potajemnie sterowało?

W „Bladym Ogniu*" Vladimir Nabokov napisał, że „czas jest więzieniem sferycznym". Według niego wszyscy są zakutymi w kajdany więźniami, bo nie sposób uciec od swojego przeznaczenia. To niemożliwe ani dla podróżnika z przyszłości, ani z przeszłości, czy też człowieka z teraźniejszości. To po prostu niewykonalne.


Za 21 miesięcy i 4,2 dni Tom będzie obchodził dwudzieste urodziny.


* „Blady Ogień" (z ang.: Pale Fire") – najprawdopodobniej zakamuflowany traktat filozoficzny, gra literacka i szarada eksplorująca tematykę życia po śmierci, autorstwa Vladimira Nabokova, rosyjskiego i amerykańskiego pisarza