Rozdział 75
Przystąpić do ataku
Luty-marzec 1945 r.
Pająki to przerażające stworzenia.
Skryte wśród własnej sieci, gotowe do ataku każdej istoty, która znajdzie się w zasięgu, kontrolują każdy, nawet najmniejszy ruch; z okrucieństwem i zdecydowaniem czekają na możliwość powiększenia rozpiętości swojej pajęczyny, aż obejmie ona cały świat.
Mimo anielskiej twarzy Tom Riddle był ich ludzkim odpowiednikiem.
Niczym pająk, zaczął działać. Codziennie tkał sieć, co rusz umacniając słabsze nitki. W końcu zaczęła ona przypominać całun, sprytnie zakamuflowany nad głowami niczego niepodejrzewających naiwnych.
Luty
– Rany, ale nagłówek!
– Na brodę Merlina. Istna niedorzeczność, doprawdy. Do czego to doszło – masowe zgony wśród dementorów...?
Wszyscy byli zdziwieni – dementorzy umierali? Największą krzywdę wyrządza im przecież zaklęcie patronusa – odstrasza od czarodzieja, który znajduje się w niebezpieczeństwie. Aby żyć, nie potrzebują ani jedzenia, ani picia. Nie mają żadnych potrzeb, nie odczuwają bólu, zaś przyjemność czerpią z pochłaniania pozytywnych emocji oraz doświadczeń nieszczęśników. Czy tak potężne stworzenia naprawdę mogą... umrzeć?
Siedzący obok prefekta naczelnego Cygnus najpierw nałożył sobie na talerz spory kawałek ciasta, a potem odwrócił głowę, by zlustrować niespodziewanie zadowolonego towarzysza. Nie mógł zrozumieć, dlaczego w momencie ogarnęło go osamotnienie.
– Co z Azkabanem? Słabiej pilnowani, więźniowie nie uciekną?
– Powinieneś być szczęśliwy, Cygnusie. – Uśmiechnął się szerzej Tom. – Czy przypadkiem nie gościło tam paru twoich bliższych krewnych...?
Black był zszokowany. Mało się kontrolując, poderwał głowę i nieznacznie wytrzeszczył oczy. Twarde spojrzenie Riddle'a spowodowało, że po kręgosłupie przeszedł mu dreszcz.
Skąd wiedział...? Ród Blacków cenił honor, a więc każdy, kto się zhańbił i tym samym naraził na szwank reputację całej rodziny, był wydziedziczany – automatycznie blokowano światu zewnętrznemu dostęp do informacji, a imię delikwenta wypalano z drzewa genealogicznego. Ci głupcy, którzy zostali zesłani do Azkabanu, umrą ze starości, zapomniani przez młodsze pokolenia. Skąd Riddle – czarodziej bez przeszłości i pokaźnych pleców – się o tym dowiedział...?
Od Malfoya? Nie, nawet Abaraxas był nieświadomy.
Tom zachichotał, pozwalając Cygnusowi oswoić się z niecodzienną sytuacją. Gdy wystarczająco upoił się widokiem znerwicowanego kolegi, wstał od stołu.
– To tylko żart – powiedział i nawet jego spojrzenie złagodniało. – Czym się tak przejmujesz?
Gdy Riddle wychodził z Wielkiej Sali, Cygnusa znowu przeszedł dreszcz, a potem plecy zrosił mu pot. Jak mógł się nie denerwować, ktoś niewtajemniczony poznał skrywany od zawsze rodzinny sekret?
Opuściwszy „przyjaciela", Tom powolnym krokiem skierował się ku drugiej stronie zamku, przechodząc przez nasłoneczniony trawnik. Cóż, doszedł w życiu do takiego punktu, że przestał mieć opory przed staniem w centrum. Dzięki swojej sile przekroczył wszelkie granice i z młodzieńca stał się dorosłym mężczyzną.
Tom Riddle odszedł w zapomnienie.
Ci, którzy służyli pod rozkazami Lorda Voldemorta, nie byli ani pierwszymi, ani ostatnimi. Upozorowawszy śmierć dementorów, wyzwolił ich od azkabańskich murów, aby stopniowo gromadzili się w chłodnej wylęgarni – na terenie lęgowym, gdzie czekać będą na swoją pierwszą ofiarę.
Oczywiście, Tom zwróci także uwagę na czystokrwistych. Nie od dziś wszak wiadomo, że dysponują najlepszymi w czarodziejskim świecie zasobami.
Marzec
– Nieco się zmieniłeś, przyjacielu. – Malfoy trzymał w rękach drewnianą, symbolizującą moc laskę z głową węża. Siedział na skórzanym krześle, leniwym wzrokiem lustrując swego młodszego towarzysza. Byli w wężowisku.
Tom się uśmiechnął, odwzajemniając spojrzenie.
– W tobie też widać zmianę, szanowny panie nadzorco szkoły.
Nie zaprzestając uważnej obserwacji, Abraxas pieszczotliwe pogładził berło.
Riddle naprawdę wydoroślał.
Siedzący naprzeciw niego młodzieniec, mimo swojej postawy, wciąż emanował ambicją. Wypełniony od czubka głowy aż do palców od stóp determinacją w dążeniu do władzy, roztaczał wokół siebie atmosferę zagrożenia.
Otóż to – zagrożenia.
Malfoy zawsze postrzegał Toma jako swoją przyszłą prawą rękę. Oczywiście, całkowicie rozumiał związane z tym groźby oraz niebezpieczeństwa, aczkolwiek odważył się go zwerbować, bo wiedział, że nie zdyskredytuje w ten sposób rodziny. Wszak największą słabością Toma Riddle'a był brak rodzinnego wsparcia, zarówno finansowego, jak i politycznego.
Bez potężnego zaplecza nie ma władzy, a brak władzy oznacza niemożność zawierania jakichkolwiek sojuszy. Pozbawiony politycznych aliansów, nie miał innego wyboru, jak zwrócić się o pomoc do wpływowego rodu. Bez pleców cały wysiłek poszedłby na marne.
Tom Riddle przekroczył wszelkie oczekiwania.
Nim Abraxas się spostrzegł, za młodzieńcem opowiedziała się z początku niewielka grupa, potem coraz większa i większa, coraz to bardziej liczna. Malfoy żył w cichym zaprzeczeniu aż do momentu, gdy Blackowie zaprosili Toma na uroczystą kolację; dopiero wtedy zrozumiał, że coś jest nie w porządku.
Wokół uzdolnionego ślizgona bardzo szybko zgromadziła się grupa sprzymierzeńców, pozornie znikąd.
I pomyśleć, że jeszcze trzy miesiące temu widział w nim jedynie utalentowanego, młodszego kolegę; teraz zaś największe zagrożenie.
– W czerwcu skończysz szkołę, Tom – zauważył konspiracyjnym tonem, palcami, niby niedbale, przeczesując swe długie blond włosy. – Czy zamierzasz wstąpić do Malfoy Manor?
Riddle zacisnął na moment usta, a potem się uśmiechnął.
– Niekoniecznie. Zamierzałem popracować trochę u Borgina i Burkesa.
– Och, to… sklep z czarnomagicznymi artefaktami – podsumował z dużymi obawami. Właśnie zaprosił ślizgona, by ten stanął u jego boku, ale został odrzucony.
Dwa lata temu Tom Riddle przyjął ofiarowaną przez Malfoyów przysłowiową gałązkę oliwną i, dzięki czystokrwistemu poparciu, otworzyła się przed nim droga na polityczne salony. W międzyczasie wyostrzył sobie zęby, rozjaśnił umysł oraz spojrzenie na świat, a ciało wzmocnił. Czy naprawdę chciał się teraz pozbyć swojego przewodnika?
Młodzieniec leniwie podniósł głowę. Jego czarne oczy przypominały wydrążone w ziemi tunele, głębokie i niezmierzone.
– Mam nadzieję, że pewnego dnia otrzymam patronat od głowy twojego rodu.
Abraxas, od zawsze wyczulony na punkcie pozycji swojej rodziny, natychmiast wstał i rzucił towarzyszowi protekcjonalne spojrzenie.
– Nie próbuj rzucać mi wyzwania.
Tom również podniósł się z miejsca, pełen dostojności i gracji, a jego oczy, dotąd ciemne, nagle rozbłysły szkarłatnym blaskiem. Niespodziewana zmiana wybiła Malfoya z rytmu.
– Wręcz przeciwnie – zapraszam cię do mojego grona. – Riddle zmrużył oczy. – Korzyści są obopólne, na przykład dzięki mnie możesz umocnić swoją pozycję w czarodziejskim świecie. Zrobię dla ciebie wyjątek, drogi Abraxasie. Złamię zasady. Ustanowię inny porządek, a ty staniesz się najwspanialszym przywódcą swego rodu; zapiszesz się w magicznej historii.
– Cena?
– Twoja lojalność.
– Zabezpieczenie?
– Moja krew i potęga, w pełni pochodzące od Salazara Slytherina. – Miękkie, niezrozumiałe słowa stanowiły naturalny kontrast do rozmowy prowadzonej w ludzkim języku.
Syk mroził krew w żyłach i sprawiał, że po kręgosłupie przebiegały nieprzyjemne dreszcze. Abraxas miał wrażenie, że każde słowo zawierało w sobie określoną dawkę jadu. Nim się obejrzał, niemalże tonął w uścisku śliskiego węża. Gad stopniowo go podduszał, z sekundy na sekundę wyciskając zeń życie. Zbladł, a następnie zadrżał. Z całą pewnością spadła mu też temperatura.
– Wężomowa…? Slytherin…?
Pojedynczo, ani krew, ani potęga nie mogły zmiękczyć Malfoya, ale razem…? W propozycji tak zwanego przyjaciela dostrzegł niemalże nieograniczone możliwości – wiele korzyści oraz sławę. Zawsze wierny swoim interesom, jakże mógł odmówić?
Tom Riddle szybko się rozwijał. Przeznaczenie usunęło z jego drogi element chaosu, podróżnika w czasie, Harry'ego Pottera, jednocześnie dając mu wolną rękę, przestrzeń i zasoby potrzebne do rozwoju. Los nieustannie stymulował zaborczość młodzieńca, przyspieszając dojrzewanie gugułki.
W końcu była to prawda, której nie sposób zignorować.
Jeżeli wszyscy są graczami, to Los jest grą.
Maj
Pod osłoną nocy świat należał do Toma.
Ciemność spowiła Ziemię, biorąc ją w swe posiadanie. Wszechobecny mrok rozpraszały tylko zamkowe światełka, wciąż zbyt słabe, by przywrócić światu jasność. Mieniły się, pojawiały i znikały, tańczyły na murze, walcząc o prawo bytu. Kto wie? Może w następnej sekundzie nie będzie po nich nawet śladu? Może zostaną zwyczajnie pochłonięte?
Cóż, Tom Riddle był kłamcą. Zaledwie cztery miesiące temu błagał Harry'ego, żeby został oraz przyznawał się do błędu.
Ovi miał rację, stuprocentową. Pisząc notkę „Nie ufaj T.", nie wiedział tylko, jak blisko był prawdy.
Los ostatecznie zwyciężył. Harry Potter odszedł.
Utraciwszy opiekuna, który skrupulatnie patrzył mu na ręce, Tom mogą przyspieszyć swe plany. W ciągu minionych miesięcy, wykorzystując inteligencję, bystrość i zapał, zorganizował siły, podwładnych oraz imperium. Nie zważał na Albusa Dumbledore'a ani na Ministerstwo Magii, biorąc na siebie całe ryzyko.
Czemu tak się śpieszył? Odpowiedź jest prosta. Musiał w krótkim czasie przygotować najdoskonalszą pułapkę, klatkę dla zagubionego ptaka, a następnie uzbroić się w cierpliwość i czekać.
Muszę się zbierać, ale wrócę, kiedy będziesz kończył szkołę.
Popełniłeś aż trzy błędy, Harry. – Tom potarł wysadzany rubinami pierścień i uśmiechnął się okrutnie. – Po pierwsze – w ogóle nie powinieneś wracać. Po drugie – nie powinieneś wtajemniczać mnie w swoje plany i zdradzać daty powrotu. Tym samym, dałeś mi czas na przygotowanie pułapki. I w końcu, po trzecie, najważniejsze, nigdy nie powinieneś był mnie opuszczać.
Nastał maj, tak więc został mu miesiąc na dopracowanie szczegółów. Złota klatka musi być niezniszczalna.
Trzeba przygotować najdelikatniejsze siano i skórę oraz wyścielić nimi spód. Trzeba zadbać o najodpowiedniejszą temperaturę i wilgotność w środku, a także zapewnić ptaszynie najsmaczniejszą i najbardziej soczystą ściółkę. Wszystko musi być idealne.
Tom stanął w oknie, nieruchomo niczym posąg, z całkowicie pozbawioną wyrazu twarzą. Nie drgnął mu ani jeden mięsień.
Nie sposób było się domyślić, że odczuwa duszący, przytłaczające ból w klatce piersiowej.
Działo się tak za każdym razem, gdy tylko pomyślał o Harrym. Złość i zawroty głowy brały go wówczas posiadanie, przez co tracił panowanie nad własnym ciałem. Czuł się źle i nieswojo.
Otóż to duży problem.
By wypełnić misję, potrzebował w pełni sprawnego umysłu.
Harry nie może ponownie zniknąć.
13 lutego 2001 r.
Czarny pan był zmęczony dniem – nienawidził czekać. Sny sprawiały, że był bardziej rozdrażniony, zaś Wybraniec, pilnie strzegący swojej tajemnicy, nawet się nie pojawił.
Czy pozwolić śmierciożercom na zdemaskowanie bohatera?
Armia Dumbledore'a była w rozsypce. Zamiast przeć do przodu, ciągle się wycofywali. Jak długo pożyje jeszcze Harry Potter?
– Bella. – Voldemort wstał z tronu, z protekcjonalnym wyrazem twarzy spoglądając na czekającą jego rozkazów fanatycznie obłąkaną kobietę. – Niech wszyscy się przygotowują. Jestem trochę znudzony.
– Mój panie, naprawdę chcesz…? – zapytała nieśmiało śmierciożerczyni. Gdy odgadła, o co chodziło Czarnemu Panu, jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, a jej oddech przyspieszył – klatka piersiowa gwałtownie się unosiła, a potem opadała.
Voldemort przez chwilę milczał, bawiąc się zawieszonym na szyi wisiorkiem, w którym niegdyś ukrył kawałek swej duszy. Gdy tak delikatnie się uśmiechał, przypominał z pozoru wrażliwego ucznia, za którego brano go w szkole. Nigdy nie był przystojniejszy.
– Zobaczymy ile czasu zostało Chłopcu, Który Przeżył. Przystąpić do ataku.
