Uwaga, uwaga! DUB–CON!


Rozdział 77

Najpotężniejszy i najskuteczniejszy eliksir miłosny


30 czerwca 1945 r.

Jakże przerażające są efekty Amortencji.

Podczas zajęć profesor Slughorn powiedział, że to najpotężniejszy, najbardziej podstępny eliksir miłosny, którego ofiarami mogą paść nawet „najwięksi rywale". Po zażyciu odpowiedniej dawki czarodzieje pałają do siebie bezwarunkową miłością.

Właśnie w ten sposób Meropa Gaunt uwiodła Toma Riddle'a Seniora, a teraz, kilkanaście lat później, jej syn sięgnął po tę samą strategię.

Och, cóż za straszliwa i nieporadna tragedia. Niczym klątwa, przekazana we krwi i genach z matki na dziecko, z pokolenia na pokolenie, zbierała coraz większe żniwa, a przeklęty nie wykazywał żadnej skruchy.

Eliksir, mikstura jak każda inna, bo płynna, jest łatwy w aplikacji – jego struktura powoduje, że naturalnie miesza się z innymi substancjami.

Spieniona piana oraz intensywny zapach piwa kremowego idealnie nadawały się do ukrycia specyficznego zapachu amortencji. Wraz z łagodnym smakiem alkoholu, eliksir spływał w dół gardła, aż do żołądku, w którym następowało wchłanianie zawartej w nim magii. Podczas gdy krew krążyła po organizmie, rozchodził się po całym ciele, znieczulając nerwy i otępiając logiczne myślenie. W końcu dotarł do mózgu, gdzie zasiał największe spustoszenie.

– Co powiesz na jeszcze jednego, Harry? – zapytał sugestywnie Tom, unosząc w górę kielich. Na jego twarzy odzwierciedlało się niby pijackie odurzenie.

Mieszanina alkoholu i amortencji, dwóch substancji, które w podobny sposób paraliżują nerwy, a tym samym wzmacniają swe wzajemne działanie, sprawia, że nawet wypicie odtrutki nie odniosłoby oczekiwanego rezultatu.

– Jasne, czemu nie? – Harry posłusznie uniósł na powrót pełen kufel, a następnie trochę nim zakręcił. Wypite piwo sprawiło, że jego spojrzenie się zamgliło, a wizja trochę rozmazała. Czuł się dość dziwnie, chociaż paradoksalnie jeszcze nigdy nie był równie trzeźwy. Właśnie dzięki temu mógł pojął, kim jest oraz czego dokładnie pragnie. Cóż, istniało też prawdopodobieństwo, że źle ocenił sytuację i wręcz przeciwnie – niczego nie rozumiał, a tylko nabrał obezwładniającego przekonania, że coś polubił.

Gdy tylko zobaczył Toma, serce Harry'ego zatrzepotało z radości. Wrażenie było wszechogarniające i sprawiało, że chciał zrobić krok do przodu i wziąć młodzieńca w ramiona.

Uczucie przypominało działanie Felix Felicis, tak zwanego Płynnego Szczęścia, z tym wyjątkiem, że wywołane podekscytowanie było dwa razy silniejsze – dawało nieokiełznaną radość i przyjemność.

Tom? Och, Tom…

Tom oparł się dłońmi o blat barku, a napór ciężaru jego ciała sprawił, że zadźwięczało całe szkło. Najbliżej stojące grupy natychmiast przerwały rozmowy.

– Riddle? Co z tobą?

Niecodzienne zachowanie prefekta naczelnego nie obyło się bez komentarzy. Zazwyczaj schludnie odziany, młodzieniec sprawiał wrażenie wymiętoszonego. Co dziwne, pomimo tradycyjnego uśmiechu na twarzy, miał jasne i troszkę rozbiegane spojrzenie; wyglądało na to, że ciężko mu było skupić uwagę.

– Jesteś pijany, Riddle. – Abraxas przystąpił do działania, zawczasu przepraszając młodszych ślizgonów. Nie zwlekając, wyjął kielich z dłoni chłopca i odłożył go na bok. Od momentu, gdy potajemnie przysiągł mu lojalność, sumiennie odgrywał swoją rolę. Nikt nie mógł dostrzec, jak wiele blizn skrywał Tom Riddle. – Może wyjdziemy stąd na chwilę, abyś odetchnął? Wypiłeś za dużo – oświadczył, po czym pociągnął go za nadgarstek. – Na górze przygotowano pokoje gościnne, specjalnie na takie okazje. To nie tylko komfortowe, ale również bezpieczne rozwiązanie.

– Harry… – Zazwyczaj nad wyraz dojrzały i spokojne młodzieniec uczepił się szaty siedzącego obok towarzysza oraz nie chciał puścić.

Aa, no tak, pomyśleli uczniowie. To Harry Potter, ich były nauczyciel. Najprawdopodobniej również wypił o wiele za dużo, bo leżał rozpłaszczony na blacie i niezależnie od tego, jak bardzo był ciągnięty i potrząsany, nie mógł się obudzić.

Absolwenci, którzy nigdy nie widzieli dziecinnej strony Riddle'a, zaśmiali się dobrodusznie.

– No proszę, co za niespodzianka. Wygląda na to, że ślizgoni nie zawsze są irytujący. – Uśmiechnęli się gryfoni.

– Dobrze, w porządku. Harry też z nami pójdzie. – Malfoy potrząsnął bezradnie głową, jakby rzeczywiście nie było innego rozwiązania. Bawiąc się w dobrego opiekuna, podtrzymał dwóch śpiących się mężczyzn. Niestety, ciężar go przytłoczył. Spojrzawszy na wyraźnie zainteresowaną ich poczynaniami, stojącą niedaleko grupę, zapytał jednego z chłopaków: – Przepraszam, ale czy mógłbyś mi pomóc z profesorem?

– Z przyjemnością.

W ramach podziękowań Abraxas uśmiechnął się olśniewająco, a potem pozwolił, by absolwent do niego dołączył. Nim minęła chwila, razem asekurowali wchodzących na piętro pijaków, jeden z przodu, a drugi od tyłu.

– Cudownie, „ślizgoni nie zawsze są irytujący". Zjednałeś do siebie gryfonów, Tom. – Malfoy się pochylił, żeby nikt go nie słyszał. Zasłonił się też kaskadą platynowych blond włosów. Zachichotał. – Wspaniała gra aktorska, mój panie.

Mistrzowsko powłóczący nogami Riddle, uniósł spuszczoną zawczasu głowę. Wbił w Abraxasa surowe, karcące spojrzenie. Ostrzeżenie było oczywiste.

Natychmiast się zamknij.

Tom nie pozwoliłby, żeby plan legł w gruzach, a szansa została bezpowrotnie zaprzepaszczona. To logiczne, że nie będzie więc tolerował żadnych czynników o potencjalnie szkodliwym charakterze; niczego, co choć zapachniałoby niepowodzeniem.

– Panie Malfoy...? – zapytał poproszony o pomoc uczeń, niepewnie rozglądając się po pokoju.

– Niech się obaj prześpią. – Uśmiechnął się Abraxas, patrząc na bezwładnie leżących na łóżku mężczyzn, a następnie wypchnął młodszego kolegę z komnaty i odpowiednio zabezpieczył drzwi.

Westchnął z ulgą i zdjął muszkę. Przez chwilę stał na korytarzu, by w końcu wzruszyć obojętnie ramionami i zejść na parter.

Wypełnił swe zadanie.

Reszta leżała w gestii Toma.

Nie było się czym martwić, naprawdę. Wszystko wyszło perfekcyjnie.

Każdy, bez żadnych wyjątków, kto zażyje Amortencję, będzie pod jej wpływem. Na wzór silnego zauroczenia, na widok obiektu westchnień, ofiara wpada w stan podwyższonego podniecenia oraz fałszywą radość. Gdyby wylano na nią hektolitry eliksiru i miałaby się utopić, gdyby wydano na nią wyrok śmierci, nie byłaby w stanie rozróżnić obsesji od prawdziwego uczucia. Jedyne, co dla niej by wtedy istniało, to druga osoba.

W momencie kiedy Amortencja przestaje działać, wraz z odczuwanym pożądaniem i miłością, wszystkie wspomnienia się rozmazują, zaś związane z nimi szaleństwo, hipokryzja, czy też ujawnione skandale, nie zostaną zapamiętane.

– Obudź się, Harry. – Tom ukląkł na łóżku, patrząc na leżącego, niczego niepodejrzewającego, wstawionego mężczyznę. Miał rozmyty wzrok.

Czy naprawdę był pijany? Do tego stopnia, że nie mógł wstać?

Kpina.

Przygotowując się do przedstawienia, opanował rolę do perfekcji. Udawanie podchmielonego było dziecinnie proste.

Uniósł dłoń i wymierzył Harry'emu policzek. W końcu wyrwał go ze snu.

Amortencja była najpotężniejszym oraz najskuteczniejszym eliksirem miłosnym w czarodziejskim świecie, jednak nie tworzyła miłości z powietrza – wywoływała silnego bzika.

Czy ma to jakieś znaczenie? Tom chciał tylko zobaczyć, jak Harry Potter traci swe zasady i popada w szaloną obsesję na jego punkcie.

Patrząc na swe dzieło, na pozbawionego godności i pokonanego przez złudzenia oraz przyjemność czarodzieja, był... usatysfakcjonowany.

Zadowolenie sprawiło, że się rozochocił. Był naprawdę podekscytowany.

Mimo że zrozumienie przyszło po czasie, dzięki alkoholowi jego zmysły stały się niezwykle wrażliwe na bodźce zewnętrzne.

Piekący ból przywrócił Harry'ego do rzeczywistości. Sapnął parę razy, a potem, wciąż otumaniony, spróbował poprawić zsuwające się z nosa okulary. Gdy to zrobił, zobaczył Toma.

Pod wpływem Amortencji jego serce przyspieszyło swój rytm, czym rozpyliło eliksir do każdej komórki ciała. Niespodziewanie myśli nabrały parnego, lepkiego charakteru; stały się zamglone z powodu działania wywaru. Gdy utracił zdolność logicznego myślenia, poczuł się zdezorientowany oraz zagubiony we własnych, obsesyjnych doznaniach.

– Tom... – Uśmiechnął się, niebotycznie uszczęśliwiony. Miał wrażenie, że z radości wyskoczy mu serce. Wyciągnął przed siebie rękę, chcąc dotknąć młodzieńca. Pragnął akceptacji. Wszystkie jego myśli sprowadzały się do ukochanego. – Tom, Tom, Tom... – Niczym bełkoczące nieskładnie dziecko, nie potrafił powiedzieć nic więcej.

Widok nie zadowolił Riddle'a.

Nie pierwszy raz widział człowieka pod wpływem Amortencji. Niezależnie od płci i poziomu wytrzymałości, czy też kontroli pierwotnych instynktów, wszyscy się łamali. Bardzo często pokazywali wówczas światu swoją brzydką stronę, błagali o uwagę niczym zwierzęta w rui i rozpaczliwie potrzebowali seksu, aby sobie ulżyć. W międzyczasie mamrotali pod nosem i bez zastanowienia najobłudniejsze zdania pod słońcem, w tym także „kocham cię", wyznania miłosne.

Naturalnie, Harry stanowił wyjątek. Zamiast jęczeć i się poniżać, patrzył wprost na niego, czujnie i uważnie. Nie wykazał żadnej inicjatywy, ani nawiązać kontakt, poza wyciągnięciem doń ręki. W zamian słownie wyrażał swe uczucia, co rusz wypowiadając na głos jego imię.

Nieświadomie opierał się prostej deklaracji, nawet pod wpływem eliksiru miłosnego.

Czy można to tolerować...?

Absolutnie nie.

– Powiedz, że mnie kochasz – nakazał ponuro Tom.

Wyraźnie odmawiał sobie miłości, lecz nienasycenie żądał jej od innych. Był chciwy i samolubny.

Harry westchnął.

– Och...

Kochał Toma, prawda? Oczywiście. Kochał go równie mocno co Syriusza – przecież byli rodziną.

Jest wiele odmian miłości, a romantyczna różni się od rodzicielskiej. Ciężko je utożsamiać, bo granicę trudno przekroczyć.

Nawet najpotężniejszy w świecie eliksir nie zdziała cudu. To po prostu niemożliwe.

Prawda z kolei nie przypadła Tomowi do gustu.

Złapał czarodzieja za podbródek i zwrócił jego twarz ku sobie; najprawdopodobniej niedelikatność poskutkuje jutro siniakami. Nie skrzywiwszy się z bólu, mężczyzna wypuścił wstrzymywane powietrze. Ciężko oddychał.

Widoczny zza zębów, język Harry'ego uwodził i kusił. Tom wykorzystał go jako zaproszenie do dalszej zabawy. Swoim ciężarem wgniótł towarzysza w łóżko, a różnica w temperaturach sprawiła, że zadrżał.

Harry nie widział świata poza synem, zaś sytuacja, w której się znaleźli, w pełni zaspokajała ślizgońskie pragnienie władzy i kontroli nad drugim człowiekiem. W plątaninie mokrych pocałunków język Toma utorował sobie drogę w głąb ust mężczyzny, zupełnie jakby chciał go pochłonąć od środka. Od czasu do czasu skubał delikatne wargi, by w końcu ugryźć dolną, a następnie przeniósł usta na jego szyję, by kąsać ponętną skórę. Czerpał niemałą satysfakcję z każdego cichego sapnięcia kochanka.

Był nieugięty w wysiłkach, zostawiając po pieszczotach pozostałości – głównie siniaki i ślady zębów, a dolną wargę Harry'ego pogryzł aż do krwi.

Uczucie śliskości i przesuwającego się po szyi gorąca było niczym sygnał. Amortencja potęgowała doznania spitego nią czarodzieja.

Kiedy wyłączył swe zmysły, jedyne, co mu pozostało, to wszechogarniające ciepło i ekstaza płynąca z miejsc bezpośredniego kontaktu.

Kierowany eliksirem, Harry odchylił głowę – a może była to zwykła reakcja na przyjemne czułości? Odsłoniwszy gardło, dał kochankowi szerokie pole do popisu. Jeszcze nigdy nie wyglądał równie bezbronnie.

Tom był chory z pożądania i straszliwie usatysfakcjonowany, widząc, jak mężczyzna rozpływał się w jego ramionach.

Małe ustępstwo ze strony partnera sprawiło, że podniecenie młodzieńca osiągnęło apogeum. Krew mu zawrzała, a kończyny jakby stanęły w ogniu. Ciepło skumulowało się w podbrzuszu, uwalniając z wszelkich zahamowań.

Harry też dążył do spełnienia – wił się niespokojnie, szukając tarcia. Napojony eliksirem, pragnął przede wszystkim kontaktu cielesnego. Chciał czuć pod palcami skórę kochanka, jakby tylko i wyłącznie to mogło stłumić żądzę, która zawróciła mu w głowie.

Leżał na łóżku w rozchełstanych ubraniach, z pourywanymi przez ślizgona guzikami. Rozpięta koszula ukazywała lekko wystające żebra, piękne, muskularne linie, które nie były ani delikatne, ani szorstkie. Tom nie mógł się powstrzymać przed wyciągnięciem ręki i przesunięciem dłonią po rozgrzanej, ponętnej skórze.

Chciał naznaczyć Harry'ego.

Im więcej widział odsłoniętego ciała, tym był zachłanniejszy.

Pragnął więcej.

I więcej.

Cóż, mężczyźni różnili się od kobiet.

Wtem Harry się zbuntował. Niespodziewanie wyskoczył do przodu i złapał Toma za nadgarstki, po czym się okręcił, by ostatecznie usiąść okrakiem na odzianej erekcji młodzieńca. Lekko się uśmiechnął, a potem z pragnienia na wpół przymknął powieki.

– Tom...

Oczy ślizgona błysnęły czerwienią, a biodra mimowolnie drgnęły. Warknął, nie mogąc powstrzymać reakcji swojego ciała. Pożądanie wzięło nad nim górę, a pragnienia podboju, kontroli oraz posiadania zmieszały się w jedno, prezentując okazałość, której nie może się równać nawet siedem grzechów głównych. W miarę jak zwiększał się uścisk na jego nadgarstkach, podniecenie rosło.

Eliksir nareszcie zaczął działać.

Nawet Harry Potter staje się bezbronny wobec niezrównanej potęgi Amortencji.

W końcu uległ pokusie, pomyślał złośliwie Tom, czekając, aż jego „ojciec" zaprezentuje światu swoje najpiękniejsze, pożądliwe oblicze.

– Ja... – Harry się zawahał, zmieszany. Nie wiedział, czemu powstrzymuje słowotok. W podświadomości czuł, że zdanie, które zamierzał wypowiedzieć, jest specyficznym przełącznikiem; granicą, która raz przekroczona, zabrania powrotu.

Zmarszczył brwi, a potem z niecierpliwością pociągnął za ciasno dopasowaną sprzączkę paska kochanka. Patrzyli na siebie w milczeniu, niczym mierzący się spojrzeniem przeciwnicy – wrogowie we wszystkim, prócz ludzkich namiętności.

Harry się pochylił, instynktownie przyciskając swój tors do klatki piersiowej Toma. Wtulił się w zagłębienie szyi młodzieńca oraz westchnął z zadowoleniem. Idealnie do siebie pasowali.

W ich ruchach brakowało nawet krztyny elegancji, czy piękna, chociaż wydobywające się z ich ust sapnięcia były szczere. Ocierali się o siebie w dość chaotyczny sposób, co miało swój urok.

Gdy ślizgon podniósł się do siadu, odsuwając nieco biodra, Harry'ego ogarnęła irytacja, lecz mimo to go objął. Oparł brodę na silnym ramieniu, w pełni zadowolony z kontaktu fizycznego.

– Nie ruszaj się, Tom – wyszeptał, gorącym oddechem bezwiednie owiewając wrażliwe na pieszczoty ucho młodzieńca.

Riddle zadrżał.

I jakże tu siedzieć spokojnie...?