Rozdział 79

Następnego dnia


1 lipca 1945 r.

W założeniu Amortencja działała dobę, zaś w praktyce mniej niż dzień. Gdy wyparowywała z organizmu, różowe okulary, przez które czarodziej pod wpływem patrzył na świat, natychmiast traciły swą moc.

W końcu więc nadszedł czas na moment kulminacyjny przedstawienia. Tom był podekscytowany.

– Harry...? – Schylił głowę, klęcząc przy łóżku. Skrusze przeczyły wyprostowane plecy. Zanim przystąpił do działania, włożył spodnie, specjalnie zostawiwszy odsłoniętą klatkę piersiową.

Malinki i zadrapania, których dopatrzył się na karku, ramionach i piersi syna, bardzo Harry'ego raziły. Zuchwale zaczerwienione miejsca stanowiły żywy dowód wczorajszej namiętności.

Czego jeszcze się dopuścił...?

Leżał na brzuchu, a pod skórą czuł miękkość materaca, co znaczyło, że nie miał na sobie żadnej piżamy. Pomimo oczywistej nagości, był dziwnie zrelaksowany, a od pasa w dół odrętwiały, jakby zupełnie stracił czucie w nogach. Skórę gdzieniegdzie miał popękaną, a od ramion i obojczyka aż do pasa był ozdobiony żółto-fioletowymi siniakami. Najgorzej się jednak sprawa miała pomiędzy jego udami. Zarówno rozrzucone po podłodze ubrania, jak i lepkie pośladki przypominały mu zeszłonocną przygodę...

Przespał się z wrogiem.

Uprawiał seks z adoptowanym synem.

Będę chory, pomyślał, próbując wstać z łóżka. Ostry, pulsujący ból w dolnych partiach ciała w połączeniu z odrętwieniem nóg, utrudniający normalne poruszanie się, jedynie pogłębił jego rozpacz. Załamany, z niedowierzaniem spojrzał na klęczącego przy łóżku młodzieńca.

– Co... się stało...? – wydusił z trudem. Głos miał zachrypnięty, gardło nieprzyjemnie suche, a brzuchu go skręcało na wymioty. Samo otwarcie ust sprawiało, że miał ochotę zwrócić wczorajszą kolację.

Tom nie wykonał żadnego gwałtownego ruchu – ani nie podniósł się z kolan, ani nie wdrapał na łóżko. Zamiast tego zwiesił głowę, przez co zapewnił sobie doskonały kamuflaż. Zazwyczaj schludnie ułożone włosy, teraz w całkowitym nieładzie, zasłoniły mu twarz.

– Wy... wybacz – powiedział, a pełen zrozumienia i zawstydzenia, drżący z napięcia głos sprawił, że Harry zadrżał. – Nie mam pewności... Cóż, kiedy się obudziłem... – urwał, z pozoru przygnieciony przez poczucie winy. Dołożył wszelkich starań, by wyglądać na skruszonego. Mięśnie twarzy zadrżały mu z wysiłku, zupełnie jakby był zdenerwowany zaistniałą sytuacją. Nawet z zaciśniętymi zębami, spanikowany, bezradny i skrępowany sprawiał wrażenie silnego i spokojnego.

Harry się zapatrzył, rozsadzany od środka przez gniew i wstyd. Stosunki homoseksualne, sodomia, ojcowsko-synowska relacja, kazirodztwo... oraz fakt, że zupełnie pominęli element przyzwolenia, co w gruncie rzeczy czyniło cały akt gwałtem...

W myślach wymyślał jeszcze bardziej.

Nigdy nawet nie przypuszczał, że przyjdzie mu się zmierzyć z podobną sytuacją. W ciągu dwudziestu lat dorastania oraz siedemnastu znacznie spowolnionego starzenia kierował się całkiem prostym światopoglądem, wolnym od wszelkich komplikacji. Przyjaciele, kochankowie, krewni, mężczyźni i kobiety – wszyscy pozostawali w swoich ramach i nie wychodzili poza z góry określony schemat; nikt nie przekraczał granic, ale też nikt nie cierpiał w samotności.

Oczywiście, do ostatniej nocy.

Stłumił cisnące się na usta przekleństwo, a potem wyciągnął rękę po różdżkę. Wszystko, czego potrzebował, by znów było dobrze, to jedne poprawnie rzucone zaklęcie pamięci.

Gardło wciąż dawało mu się we znaki, ale zbyt skupiony na poszukiwaniach różdżki, zupełnie to zignorował. Nie zauważył nawet, że w oczach błysnęło mu szaleństwo.

Śmiało, może być tchórzem, który z podkulonym ogonem ucieka od rzeczywistości, ale przecież chodziło o jego syna!

Czym w ogóle jest dziecko? W najprostszej definicji: zapewnieniem ciągłości życia oraz dziedzictwa krwi. To, czemu się poświęcił, powinno być rodzicielskim uczuciem i oczekiwaniami, a nie obrzydliwym pożądaniem seksualnym.

Tom wciąż klęczał przy łóżku, ograniczając się do biernej obserwacji. Co chwilę przesuwał wzrokiem po drobnych rysach na ciele mężczyzny, zadrapaniach i zaczerwienieniach, a następnie lekko się uśmiechnął. Obliviate...? Zapomnienie jest niemożliwe.

Zanim starszy czarodziej dokopał się swojej różdżki, ciszę w pokoju zakłócił znajomy głos wypowiadający łacińską inkantację zaklęcia.

Alohomora.

Zamek charakterystycznie kliknął, a Harry rzucił w stronę drzwi zdesperowane spojrzenie. Nim minęła minuta, do środka wszedł Abraxas Malfoy.

– Och, nie śpicie. Wczorajszej nocy... – przerwał w pół zdania, zastygł w bezruchu, a z jego twarzy odpłynęła cała krew – w momencie zrobił się blady niczym trup.

– Spieprzaj! – warknął w stronę intruza brunet, robiąc przy tym naprawdę paskudną minę.

Zegar może chodzić do tyłu, ale cokolwiek się stanie, nie zostanie wymazane z linii czasowej.

Tom również zerknął na Abraxasa i, kiedy Harry nie widział, uśmiechnął się z satysfakcją.


Tuż po tym, jak wyrzucił Malfoya za drzwi, Harry opadł z powrotem na łóżko. Nawet nie zauważył, kiedy się podniósł. Odczekawszy chwilę, aby nabrać sił, zaczął wstawać.

Co powinien zrobić...? Najpierw pomyślał o ucieczce do 2001 roku, ale... był zbyt słaby na podróż w czasie. Ze złości zacisnął zęby i sięgnął do zawieszonej na łańcuszku klepsydry. Wtem jego palce natrafiły na gołą skórę.

Z początku był zaskoczony brakiem artefaktu, ale szybko się zorientował, że wisior leży tuż obok poduszki. Odetchnął z ulgą i zawiesił go z powrotem na szyję.

– Najpierw się ubierz, Harry. – Tom ponownie spuścił głowę, najwyraźniej chcąc uniknąć kolejnej niezręcznej sytuacji.

Oczywiście, z zasłaniającą mu widok pościelą, mężczyzna nie widział, co takiego trzyma w dłoniach młodzieniec. Wciąż skryty za kaskadą nieułożonych włosów, ślizgon zmrużył oczy. W międzyczasie bawił się klepsydrą.

A więc to jest urządzenie do podróży w czasie... – Uśmiechnął się w myślach.

Gdy obaj przywdziali ubrania i zeszli na dół, ponownie przywitał ich Abraxas Malfoy.

Harry starał się, jak mógł, aby uspokoić gwałtownie bijące serce.

– Wybacz, panie Malfoy, ale uważam, że najlepszym rozwiązaniem tej niezręcznej sytuacji będzie usunięcie twoich wspomnień.

– Och, mi również proszę wybaczyć, panie Potter, ale żaden ślizgon nie zgodziłby się na dobrowolne wymazanie wspomnień; żaden nie wyraziłby zgody na lukę w pamięci. Co więcej, nie ma pan prawa robić takich rzeczy – odpowiedział bez wahania Abraxas.

– Więc wytłumacz mi, co się właściwie stało – warknął Harry i złapał Malfoya za szaty, aby przypadkiem nie uciekł. Jego zielone oczy emanowały niesamowitą jasnością, zdawały się wręcz płonąć i przede wszystkim były tak piękne, że Tom Riddle, który szedł za nim w milczeniu, nie potrafił oderwać od nich wzroku. Wtem jego uwagę przykuła przekrzywiona w okolicach kołnierzyka koszula, odsłaniająca cudowną malinkę na szyi.

Pociągnięty za przód szaty, Abraxas siłą rzeczy pochylił się do przodu. Udawał oazę spokoju, choć w rzeczywistości był zakłopotany.

– Naprawdę bardzo przepraszam za wtargnięcie bez zapowiedzi do waszego pokoju, ale nie miałem złych intencji. Byłem przygotowany na zwykłą pobudkę...

– Skończ z tą maskaradą! – warknął Harry. Rozwścieczony, przestał się kontrolować. Wybuch był nieunikniony. Nie marząc o niczym innym, jak rozerwaniu Malfoya na strzępy, zrobił krok naprzód. – Coś żeście wykombinowali – podsumował swoje rozważania. – Musieliście coś zrobić, bo w przeciwnym razie nigdy bym nie... – urwał, niezdolny do dalszej rozmowy. Obolałe mięśnie ponownie dały o sobie znać, czym przypomniały mu, że pod ubraniami skrywał posiniaczone, zbezczeszczone ciało. Każdy zaś odsłonięty kawałek skóry automatycznie przywodził mu na myśl rozpustne, lubieżne czyny, których dopuścił się w nocy.

W pokoju na górze pieprzył się z Tomem – swoim odwiecznym wrogiem, swoim adoptowanym synem!

Abraxas z trudem wyswobodził się z uścisku.

– Cóż, po prostu... bawiliśmy się eliksirem miłosnym – wytłumaczył, wciąż wyraźnie zakłopotany.

– Czemu wymieszaliście go z winem? – zapytał Harry. Nadal był sucho w gardle, przez co przełknięcie śliny stanowiło niemały wyczyn.

– To był ślizgoński prezent z okazji ukończenia szkoły. – Blondyn zacisnął usta. – Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, wina skosztowałaby... dziewczyna.

Czarodziejem aż zatrzęsło. Nim się zorientował, znów forsował swe mięśnie. Bezwiednie uniósł w powietrze pięść, a potem uderzył Malfoya prosto w twarz. Z nadmiaru emocji i historii, którą przed momentem usłyszał, zrobiło mu się ciemno przed oczami.

– To wciąż byłaby czyjaś córka! – wywarczał.

– Ach!

Abraxas zatoczył się do tyłu, a ostry ból sprawił, że dodatkowo cofnął się o dwa kroki. Wziął głęboki oddech, aby się trochę uspokoić. Gdyby zrobić mu teraz zdjęcie, czarodziejska fotografia uchwyciłaby moment rozrostu opuchlizny i pojawienia się okolicznego zaczerwienienia. Uderzenie w mugolskim stylu uraziło czystokrwistą, ślizgońską dumę, dlatego też natychmiast się wyprostował i, sprowokowany, przyjął bojową postawę. Jeszcze nigdy tak bardzo nie przypominał napuszonego pawia.

– To był tylko eliksir miłosny, a nie afrodyzjak. To dwie osobne mikstury i nie dają nawet podobnych rezultatów. Amortencja tworzy jedynie iluzję miłości, a nie pobudza seksualnie. Nawet gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, ta dziewczyna, która wypiłaby kieliszek doprawionego wina, ostatecznie skorzystałaby ze wspaniałej randki! Czemu w nocy została przekroczona granica...? Tom był wczoraj mocno wstawiony, więc to raczej nieprawdopodobne, aby zapoczątkował zabawę. Biorąc wszystko pod uwagę, czy nie rozsądnie byłoby założyć, że to pan wyszedł z inicjatywą? Innymi słowy, w swojej podświadomości żywi pan... nienaturalne uczucia względem Toma... – podsumował z okrutnym uśmiechem, specjalnie zniżając głos. Słowa, które wyszły mu z buzi, przywodziły na myśl syk śmiertelnie jadowitego węża. Opuchnięte, podbite oko jedynie dodawało mu punktów do nikczemnego wyglądu.

– Słucham...? Jestem przecież jego ojcem! – wywarczał poprzez zaciśnięte zęby Harry, do cna oburzony podłymi insynuacjami. W oczach błyszczało mu szaleństwo.

Malfoy zachichotał, a potem wzruszył ramionami.

Tom zapatrzył się w zaciśnięte pięści swojego „taty". Stojąc z tyłu, niemalże promieniował pewnością siebie.

Co z tego, że Harry naprawdę uważał ich za rodzinę? Co, że darzył go ściśle ojcowską miłością? Zasiane w ciemności ziarno, następnego dnia zaczęło kiełkować. W nocy zachwiał się cały jego światopogląd i system przekonań. Wątpliwości stopniowo doprowadzą do wycofania i rozmyślań nad prawdziwą naturą własnej seksualności. Czy aby naprawdę pożądał własnego dziecka...?

Wybornie.

Czy dalsza walka ma jakikolwiek sens, Harry? Wygrałem.


– Jedzmy. – Harry położył noże i widelce obok talerzy, a następnie potarł skronie i ze znużeniem usiadł na krześle. Zachowywał szczególną ostrożność, bo z dolnych partii ciała ból nadal promieniował w górę, a z nogami wciąż czuł się niepewnie. Samopoczucia nie poprawiała mu świadomość, że spieczone gardło najprawdopodobniej jest skutkiem całonocnych krzyków.

– Przepraszam...

Tom uważnie zlustrował mężczyznę wzrokiem, po czym zwiesił głowę. Źrenice miał rozszerzone, lekko, niemalże niezauważalnie czerwonawe.

– Przestań się martwić. – Uśmiechnął się gorzko Harry. Może to on powinien prosić o wybaczenie...?

– Mam się nie zadręczać? – Ślizgon podniósł głowę. Miał przeszywające spojrzenie. – Łatwiej powiedzieć, niż zrobić – przecież jesteś moim ojcem... – wyszeptał dramatycznie i z niemałym zadowoleniem zarejestrował, jak brunet zamiera w bezruchu z wyrazem przerażenia wypisanym na twarzy. Odwrócił więc wzrok, mistrzowsko odgrywając rolę skrzywdzonego dziecka. – Przepraszam, nie jestem głodny...


– Jesteś pewien, że przejmie inicjatywę oraz zostanie po fakcie? – Abraxas uniósł podejrzliwie brew.

– Owszem, nie mam żadnych wątpliwości. – Uśmiechnął się młodzieniec, a zachodzące słońce zabarwiło jego oczy na czerwono. – W ciągu wszystkich spędzonych wspólnie lat całkiem dobrze go poznałem. Harry zostanie, dopóki... nasze przygotowania nie dobiegną końca.

Czy mogę wrócić do jaskini, Tom? – Nagini, obecnie grubości człowieczego uda, owinęła się pieszczotliwie od stóp swojego właściciela, aż po jego ramiona. W trakcie wspinaczki syknęła na Malfoya, który mimowolnie drgnął.

Ślizgon pogładził chłodny łeb.

Wstrzymaj się trochę.

Mimo znajomości zwyczajów swojego pana wężomowa zmroziła Abraxasa.

Nagini była nieszczęśliwa. Węże, jako stworzenia z natury zimnokrwiste, lubiły chłodne i wilgotne miejsca. Londyn w czerwcu i lipcu po prostu wzbudzał ich odrazę.

Nie martw się, bo do tego czasu wrócisz z Harrym – dodał i ponownie poklepał gada po łbie.

Mimo że spojrzenie Toma było łagodne i pocieszające, Abraxas nie mógł powstrzymać drżenia.

Z tego, co pamiętam, zawsze chciałaś się z nim pobawić...