Rozdział 80
Cisza przed burzą
Lipiec 1945 r. / Rok i pięć miesięcy do 31 grudnia 1946 r. / Trzy dni
Wszystko szło zgodnie z planem, a więc szczęście mu dopisywało. Harry został, aczkolwiek z dnia na dzień stawał się coraz to bardziej małomówny, skupiony na własnych badaniach oraz studiach, jakby zdecydował, że najlepszym rozwiązaniem niezręcznej sytuacji będzie... odwleczenie konfrontacji w czasie.
Włożył koszulę w spodnie i poprawił krawat. Z lustra spoglądał na niego przystojny i schludnie ubrany młody mężczyzna. Wyprasowane w kant spodnie i dopasowana do sylwetki kamizelka dodawały mu atrakcyjności. Z pozoru sprawiał wrażenie człowieka w kwiecie wieku, pełnego wigoru i optymizmu, zaś wewnątrz skrywał ciemną, zepsutą duszę.
Zapiął mankiety i się uśmiechnął.
Nastał nowy dzień.
– Dzień dobry. – Gdy zszedł na dół, zastał Harry'ego przy stole – jadł właśnie śniadanie. Nie zważając na przyjętą przez czarodzieja strategię, normalnie się z nim przywitał, zupełnie jakby wszystko było po staremu.
– Hm.
W odpowiedzi otrzymał tylko obojętne skinięcie głową i niewyraźne, nic nieznaczące mruknięcie. Harry nawet nie spojrzał znad swojego talerza, uparcie odmawiając próbie dekoncentracji – szkoda, bo w jego oczach zawsze odbijała się gama emocji.
Tom zachichotał. Aby ukryć skrzywienie, zrobił dobrą minę do złej gry.
Lubił nawiązywać kontakt wzrokowy, zwłaszcza podczas rozmowy. Nie tylko dlatego, że był to najszybszy sposób na dostrzeżenie zmian w czyimś nastroju, ale też dlatego, że lubił patrzeć we własne odbicie. Oczy, ot para ciemnych źrenic, niezdolna do przepuszczenia zbyt dużej ilości światła, ale odzwierciedlająca czyjś wygląd – nic tak nie zadowalało ślizgońskiej zaborczości, jak ujrzenie swojej duszy w najbardziej pożądanych męskich oczach.
Gorzej, że Harry nie podniósł wzroku.
Nie szkodzi. – Uśmiechnął się Tom.
Usiadł naprzeciwko, niezrażony ignorancją.
Gdyby byli sami w świecie, na kogo innego patrzyłby...?
– Skończyłem, dziękuję. – Odłożył sztućce. – Cóż, idę do pracy.
Słuchanie podobnego rodzaju oświadczeń z ust Voldemorta jest naprawdę dziwacznie zabawne, pomyślał Harry, ale potem, gdy przypomniał sobie, gdzie jest zatrudniony młodzieniec, nie mógł unieść nawet kącika ust w parodii uśmiechu.
W sklepie u Borgina i Burkesa.
W ostatecznym rozrachunku Harry niczego nie osiągnął – w żaden sposób nie zmienił historii czarodziejskiego świata. Tom Riddle, pomimo wszystkich jego wysiłków, dorósł i stał się Lordem Voldemortem. Czy jest więc sens wciąż się trudzić...?
W końcu wypracował pesymistyczne podejście do życia.
Cóż, nie można ślepo obwiniać „wybrańca" za zblazowane zachowanie. W tej chwili, gdyby pominąć szesnaście lat zawieszonego procesu starzenia, miałby zaledwie dwadzieścia lat. Nawet po osiągnięciu dwóch dekad, ludzki mózg jest jeszcze na etapie rozwoju, a kości rozrostu. Jeżeli by liczyć te szesnaście lat, nieustannie się powtarzające emocjonalne parabole od motywującej „nadziei" do „gorzkiego rozczarowania", nawet trzydziestolatek przyjąłby bierną postawę.
Co ważniejsze, kończył się czas.
Jakby odniesienie sukcesu miało znaczenie tylko dla przyszłości Harry'ego, to z niezachwianą determinacją i odwagą konsekwentnie posuwałby się naprzód, aby ostatecznie polec na polu bitwy, ale problem w tym, że w grę wchodziło całe magiczne społeczeństwo.
Nie miał czasu, żeby w koło plątać się i motać w zazębiających się trajektoriach rzeczywistości oraz ścieżek historii. Nie miał energii, aby na każdym kroku tłumić swe instynktowne i zdradzieckie reakcje. Nie był w nastroju do rozważania potencjalnych możliwości zbawienia duszy Toma Riddle'a.
Nikt nie widział, jak dwoi się i troi, a na końcu zostaje dźgnięty w plecy, a potem zostawiony na pastwę losu, żeby się powoli wykrwawił.
Zwyczajnie odeszły mu siły.
Miał misję do wykonania – wygrać wojnę. W 2001 roku nie będzie stawiał czoła korupcji, czy też roztrząsał kwestii odkupienia, a życia bądź śmierci.
Z tych nieszczęsnych 47 dni w przeszłości wyniósł jedną naukę, a mianowicie, jak się poddać. Przyswoił wiedzę, bo nie miał innego wyboru.
– Wychodzę – zakomunikował Tom, uprzednio włożywszy buty. Zabrzmiał niczym wybierający się do pracy mąż, posłusznie składający żonie sprawozdanie.
Niby drobiazg, a jaki interesujący. W duchu przyznawał, że rzeczywiście trochę się zafiksował na punkcie małżeńskich zachowań; podobała mu się domowa atmosfera.
Ręka, w której Harry trzymał łyżkę, zatrzymała się w powietrzu.
– Nie sprawiaj żadnych problemów – odpowiedział z charakterystyczną, ostrzegawczą nutą. Kiedy otrzymał potwierdzenie, odetchnął z ulgą.
Tom się uśmiechnął, by po chwili zmrużyć oczy, które przybrały ciemniejszy odcień.
Harry nawet nie spojrzał na wychodzącego ślizgona, zbyt skoncentrowany na rozłożonych na stole księgach. Szukał właśnie wskazówek na temat słabości Riddle'a wśród jego zgromadzonej przez lat literatury.
To jeszcze nie koniec, wciąż masz siedemnaście miesięcy. Nerwy nikomu nie pomogą, powtarzał w myślach co minutę.
Joan bardzo się ucieszyła na wieść, że Harry wreszcie wrócił.
– Dzień dobry! – Najpierw przebrała buty na kapcie, a potem poszła za mężczyzną do gabinetu. Wzruszyła ramionami, kiedy zobaczyła nagromadzone na biurku księgi. – Sprawiasz wrażenie bardzo zajętego.
– Cóż, przygotowuję się... do dłuższej podróży – skłamał. Nie musiał wtajemniczać przyjaciółki, ani zdradzać, że tym razem zniknie na zawsze. W przeciwieństwie do poprzednich powrotów, po tym Los weźmie sprawy we własne ręce i rozwiąże wszystkie supełki na nitce czasu, zacierając ślady jego wizyt. – Nie powinnaś wyznaczać nowych misji? – zapytał, uprzednio odwróciwszy stronę w podręczniku.
Joan się wyprostowała.
– Właśnie to robię.
Harry uniósł brwi.
– Hm...?
– Myślę, że jest coś, o czym powinieneś wiedzieć. – Gdy postukała palcami w blat stołu, zrozumiał, że pod osłoną ostrożnego spojrzenia, skrywa głębsze znaczenie. – Kilka miesięcy temu doszło do masowych zgonów wśród dementorów. Należy również zaznaczyć, że doszło do bliżej nieznanego zamieszania wśród olbrzymów ze wschodnich lasów, bo ostatnio ewidentnie stali się zaniepokojeni, zaś czarodziejskie rodziny czystej krwi zaczęły organizować częstsze spotkania towarzyskie.
– Z jakiego powodu?
– D7234. – Joan zmierzyła Harry'ego czujnym wzrokiem. Gdy wspomniała o grupie, którą badali, natychmiast wytrzeszczył oczy. – Odkąd wykryliśmy ich działalność w Wielkiej Brytanii, równowaga w czarodziejskim świecie została zachwiana. Wiesz coś na ten temat? – zapytała, święcie przekonana, że przyjaciel jest w posiadaniu dodatkowych informacji. Gdyby naprawdę był nieświadomy, nie zareagowałby tak gwałtownie w Niemczech.
Harry spojrzał na Joan, a jej przenikliwe spojrzenie przywodziło mu na myśl rozwiązującą strasznie skomplikowaną zagadkę Hermionę.
W momencie zrozumiał, że uchylenie jej rąbka tajemnicy będzie rozsądnym wyborem. Gdy niebezpieczeństwo zostanie poprawnie zdefiniowane, aurorzy przygotują się na każdą ewentualność, a może stłumią buntowniczą grupę. Z nawet niewielką wiedzą na temat przyszłych wydarzeń, będąc praktycznie o krok do przodu, świat może się przygotować do stawienia zagrożeniu czoła...
– Cóż, trochę się w międzyczasie dowiedziałem – przyznał z wahaniem. – D7234 to „śmierciożercy". Znacznie zwiększyli liczebność, ponieważ przyjęli w swoje szeregi stare siły poprzedniego Czarnego Pana. Sieją zamęt, bo chcą przywrócić dawny porządek. Na ich czele stoi następny czarnomagiczny despota.
– Gdybym usłyszała tę historię trzy miesiące temu, nieźle bym się ubawiła. Wtedy równie dobrze mógłbyś mi powiedzieć, że pierwszy dzieciak, który dotknie najbliższego miecza, zostanie Merlinem. – Uśmiechnęła się smutno Joan. Sprawiała wrażenie poważnej. – Czy wiesz, kim jest Czarny Pan...? – zapytała z wahaniem, jakby nieświadoma widocznego dyskomfortu przyjaciela.
– Wybacz, nie posiadam takich informacji...
Borgin Burkes* nie faworyzował nowego pracownika. Nie lubił ludzi i niczego w świecie nie cenił równie mocno, co pieniędzy, dlatego też bardzo bolał go fakt, że musiał zapłacić dzieciakowi więcej, aniżeli powinien.
– Nie waż się ukraść choćby knuta spod lady, chłopcze! – zagrzmiał, paskudnie się wykrzywiając. Z włosami przypominającymi siano przywodził na myśl mugolskiego stracha na wróble.
Tom wzruszył ramionami.
– Czemu miałbym...? – spytał przekornie. Mógł sobie pozwolić na odrobinę swobody, bo odkąd tylko przekroczył próg sklepu, cały asortyment właściwie stał się jego własnością.
Chociaż Borgin & Burkes był zaniedbany do tego stopnia, że z trudem tolerował wszechobecny brud, bez żadnych wątpliwości był również miejscem najciemniejszych interesów. Wszyscy odwiedzający sklepik heretycy ubóstwiali mroczne sztuki, a tym samym obsesyjnie maczali palce w czarnej magii. Czarodzieje, którzy byli skorzy do zaprzedania swojej duszy w zamian za sznurki władzy, stanowili najodpowiedniejszy materiał na użytecznych śmierciożerców.
To miejsce zdecydowanie nie przypominało zwyczajnego domu handlowego. W rzeczywistości wystawione na półkach artefakty i magiczne bibeloty wcale nie były wystawione na sprzedaż, a prawdziwy towar, paradoksalnie, stanowili klienci.
Tom był zarówno sprzedawcą, jak i klientem. Obiektem jego zainteresowania byli przyszli śmierciożercy.
– Witam, czego panu potrzeba? – Uśmiechnął się do nowo przybyłego mężczyzny, który sprawiał wrażenie chciwego.
Ach, doskonale. Obrócił różdżkę w dłoniach. Właśnie taki wygląd najbardziej mu odpowiadał – przedstawiał przedsmak celu.
Gdzie tym razem należy umieścić Mroczny Znak?
Tom wrócił do domu dopiero wpół do siódmej.
– Nie skończyłeś jeszcze swojej pracy. Jestem twoim przełożonym, więc moje słowo jest najważniejsze! – ryknął Borgin, zaniepokojony pensją, którą miał wypłacić. Nie mogąc oszczędzić sobie wydatków, postanowił odegrać się emocjonalnie. Jeżeli nie zyska, przynajmniej pozbawi asystenta trochę energii. Gdy młodzieniec na niego spojrzał, nagle zaczął się dusić. – Nie... nie wyjdziesz wcześniej – dodał stanowczo, po czym odwrócił się na pięcie i natychmiast zniknął w swoim pokoju na zapleczu.
Tom usiadł za ladą i oparł dłoń o chłodny blat. Cmoknął, zniecierpliwiony.
Niespodziewanie zapragnął wrócić do domu.
Nie mógł się doczekać pożegnania Burkesa.
Światła w Dolinie Godryka migotały od czasu do czasu. Nawet z oddali dodawały ciepła, otuchy i poczucia spełnienia.
Szydził z podobnych uczuć. Satysfakcja i szczęście, ot dwie iluzje wykreowane przez stymulację narządu wzroku.
Okrążył statuę przed wejściem do wioski, a potem ruszył w kierunku swojego domu. Nawet z daleka zobaczył, że Harry stoi w otwartych drzwiach, a ze środka wylewa się na podwórko wiązka jasnego światła, tworząc mu nad głową swoistą aureolę. Obok niego stała... Joan.
Nie lubił jej – może przez wzgląd na podobieństwa w iście ślizgońskim charakterze, albo zwyczajną niechęć, która dzieli dwa potężne, rywalizujące ze sobą gepardy. Czy trzeba szukać innego powodu?
Harry i Joan wydawali się roztrząsać jakiś problem. Oboje mieli intensywne, przeszywające spojrzenia, czym zupełnie nieświadomie zirytowali wracającego z pracy Toma. To do niego niepodobne, ale nie potrafił się powstrzymać przed przyspieszeniem kroku.
– Mimo twojej niechęci do współpracy, dojdziemy do sedna sprawy. Jakby nie patrzeć...
– Jakiej sprawy? – zapytał, nieznacznie unosząc kąciki ust w imitacji przymilnego, standardowego uśmiechu. W międzyczasie ukłonił się kobiecie, a jego pełen wdzięku sposób bycia sprawił, że zdławiła wszystkie słowa w gardle. – Dobry wieczór, panno Joan.
– Dobry wieczór, Tom – odpowiedziała, uprzednio wziąwszy głęboki oddech i uspokoiwszy nerwy. Upewniła się też, że jej spojrzenie złagodniało.
Ślizgon odwrócił się w stronę Harry'ego, a potem podniósł głowę.
– Jestem głodny.
– Hm – odmruknął w odpowiedzi brunet i sprawnie zmienił temat, specjalnie kierując rozmowę na zupełnie inne tory. – Kolacja jest już przygotowana. Jesteś pewna, że nie chcesz do nas dołączyć, Joan? – zwrócił się do przyjaciółki. – Jedzenia starczy dla trójki osób.
– Wszystko w porządku. – Uśmiechnął się Tom, patrząc na reakcję kobiety. – Jestem naprawdę bardzo głodny, dlatego też będę wdzięczny za dodatkową porcję.
Joan zamrugała, a potem zlustrowała wzrokiem zaborczą postawę Riddle'a, który mówiąc ostatnie zdanie, objął Harry'ego w talii; był od niego o głowę wyższy. Zorientowała się w sytuacji i postanowiła zignorować chłodne oczy młodzieńca.
Skinęła głową.
– Niestety, ale obowiązki wzywają. Aurorzy cały czas mają wiele na głowie – stwierdziła i opuściła posiadłość. Gdyby się w trakcie drogi odwróciła, zauważyłaby, że z domu na podwórko wciąż wydobywa się światło.
To, że Harry nie chce niczego więcej powiedzieć, oznacza, że jest w posiadaniu ważnych informacji. Musimy sami je rozszyfrować.
Podczas rozmowy dziwnie się zachowywał. Może śledztwo należy zacząć od Doliny Godryka...?
* W opowiadaniu Borgin i Burkes to w sumie jedna osoba. W rzeczywistości sklep prowadziło dwóch czarodziejów, a mianowicie Borgin (imię nieznane) oraz Caractacus Burke
