Rozdział 81
Przeszkoda na drodze
[Sierpień-wrzesień]
Sierpień 1945 r.
Aurorzy dawno skończyli pracę, więc biura były w większości opustoszałe. Ostatni, najambitniejsi pracownicy ziewali i kończyli pakować swoje manatki. Kilka osób zmierzał ku wyjściu z Ministerstwa Magii.
– Zostajesz po godzinach? – Alphonse wstał z krzesła, zmęczony niegasnącym entuzjazmem przełożonej. Poluzował krawat i pochylił się nad jej biurkiem. – David organizuje dziś przyjęcie. – Uśmiechnął się zapraszająco. – Przyłączysz się do nas?
– Nie, ponieważ mam za dużo na głowie. – Joan dotknęła nasady nosa. – Gdy będziesz miał czas, pomóż mi przebrnąć przez dokumenty dotyczące Karkarowa.
Od ponad miesiąca zajmowała się głównie coraz szybciej zdobywającą wpływy podejrzaną organizacją, którą Harry nazwał „śmierciożercami". W międzyczasie rozbierała na elementy pierwsze każdą zdobytą informację, nieustannie walcząc szeroko pojętą ministerialną korupcją. Problem w tym, że podążanie za każdym nowym tropem kończyło się kręceniem wokół zewnętrznej struktury grupy. Kluczem do sukcesu było najprawdopodobniej zdarzenie, w którym brał udział Igor Karkarow.
– Karkarow? Członek D7234? To znaczy, ten śmierciożerca…? – Alphonse dobrze zapamiętał to nazwisko. Odsunął się od biurka szefowej i odwrócił do swojego, aby natychmiast wykonać zadanie.
Stos kartek A4, liczący mniej niż cztery strony, stanowił niezwykle zwięzłe podsumowanie dwudziestu lat życia Karkarowa.
Joan odebrała akta i zajęła się porządkowaniem faktów.
Zanim podejrzany stał się pełnoletni, nie wyróżniał się niczym szczególnym; był tak pospolity, że prawie nudny. Na swoim koncie nie miał żadnych szkolnych wyróżnień, a jego stopnie były mierne. Do reprezentacji Durmstrangu w Hogwarcie został wybrany tylko i wyłącznie przez wzgląd na koligacje rodzinne. Przełomowym momentem w jego życiowej karierze okazał się właśnie Turniej Trójmagiczny, gdyż z Wielkiej Brytanii wrócił jako zupełnie inny człowiek, a mianowicie najlepszy uczeń.
Z bliżej nieokreślonych powodów, zaraz po ukończeniu szkoły, został zatrudniony jako asystent nauczyciela w Durmstrangu.
Cóż za nieprawdopodobny zwrot wydarzeń.
Niezwykły, doprawdy.
Zmarszczywszy brwi, Joan odłożyła akta.
– Coś nie w porządku, szefowo? – Mimo że została awansowana, Alphonse wciąż zwracał się do niej po staremu.
Nie odpowiedziała. Potrzebowała czasu, aby uporządkować myśli.
Co się stało, kiedy Igor pomieszkiwał w Szkocji? Kogo tam spotkał? Gdzie jest miejsce Harry'ego w tej całej układance?
– Alphonse? Czy wśród ludzi, z którymi miał do czynienia Karkarow w Hogwarcie, był ktoś w jakikolwiek sposób powiązany z Harrym…?
Spojrzeli na siebie jednocześnie, a odpowiedź na, w gruncie rzeczy głupie, pytanie znaleźli w swoich oczach.
Tom Riddle!
– Niemożliwe, absolutnie wykluczone. Chłopiec dopiero co ukończył szkołę. – Uśmiechnął się niechętnie mężczyzna. – Naprawdę uważasz, że jest powiązany ze śmierciożercami?
Niekoniecznie, może chodzi o coś więcej…?
Olśnienie uderzyło w nią niczym grom z jasnego nieba. Przez chwilę miała wrażenie, że spada z urwiska, a jej żołądek zacisnął się z nerwów. Porażona odkryciem, wytrzeszczyła oczy.
Może Harry nie zdawał sobie z tego sprawę, ale Joan uważnie go ostatnio obserwowała. Podczas rozmowy skupiła się głównie na jego ekspresji, zauważając drobne zmiany. Wyraźnie też pamiętała pytanie, na które przyjaciel nie miał ochoty odpowiadać.
Czy wiesz, kim jest Czarny Pan?
Aby na pewno…?
Czy Tom Riddle, wzorując się na Gellertcie Grindelwaldzie, naprawdę próbował przywrócić dawny, mroczy porządek?
Przestań się nakręcać, kobieto! Może Harry naprawdę nie wiedział, a twoje insynuacje zrodziły się ze skłonności do nadmiernego roztrząsania problemów wątpliwej natury.
Opadła na krzesło.
Jeżeli jednak mam rację, to Tom Riddle jest przerażający.
Sprawa się skomplikowała.
Wzięła głęboki oddech i, usadowiwszy się wygodnie na siedzeniu, wyprostowała plecy, po czym przycisnęła kciuk do ust.
Postawmy hipotezę. Załóżmy, że Tom jest następnym Czarnym Panem. Zgodnie z jego temperamentem, nawet jeśli ujawniłby swe prawdziwe oblicze całemu światu, to Harry byłby najbardziej poszkodowany i ciągle by tkwił we wszechobecnej ciemności – skąd miałby więc wiedzieć?
Otarła pot z czoła i niepostrzeżenie odetchnęła z ulgą.
Czyżby naprawdę się myliła? Z powodu dylematu Joan światło w Biurze Aurorów świeciło się całą noc, zaś czarodziejskie, czystokrwiste rodziny bawiły się doskonale.
– Cóż, widzę, że nie masz najmniejszych oporów przed uczestniczeniem w spotkaniu śmierciożerców bez stosownego kamuflażu. – Odziany w ciemną pelerynę Malfoy, schował pod kaptur rzucające się w oczy długie blond włosy. Usatysfakcjonowany, spojrzał na towarzysza.
Nikt nie wyglądał w czerni tak dobrze jak Tom Riddle.
Ten mężczyzna najprawdopodobniej przyszedł na świat, aby być ulubieńcem mroku. Miał ciemne włosy, czarne oczy oraz spowitą przez ciemność duszę. Nosił szatę godną czystokrwistego czarodzieja, zupełnie jakby robił to od wieków i nie potrafił tolerować czyjegokolwiek naśladownictwa.
– To moje przyjęcie. – Uśmiechnął się Tom.
Abraxas wzruszył ramionami.
Na bankiet została zaproszona wyselekcjonowana grupa śmietanki towarzyskiej – nieliczni, potężni czystokrwiści, wpływowi oraz ambitni; wszyscy ci, którym dobrą pozycję zapewnił rodowód.
– Zawsze wiedziałeś, w jaki sposób najlepiej wykorzystać czyjąś słabość. – Potrząsnął w niedowierzaniu głową i westchnął. – Goście mają obsesję na punkcie prowadzenia z tobą interesów. Nawet Parkinsonowie wykazali się inicjatywą. Zrzeszasz naprawdę wielką grupę, która chętnie za tobą podąża. – Zakręcił kieliszkiem z winem. – Wszyscy oszaleli – podsumował zwięźle.
– Cóż, największym szaleńcem w tym gronie jesteś ty, mój drogi przyjacielu. – Uśmiechnął się Tom, skryty w rogu sali. Wyginając wargi, niczym polujący na zwierzynę drapieżnik, odsłonił dwa rzędy ostrych zębów. Potem na raz opróżnił swój kieliszek. – Czy wykonałeś zadanie, które ci powierzyłem? Czy dotarłeś do goblinów?
Abraxas mruknął zalotnie do przechodzących obok kobiet, a następnie odpowiedział.
– Naturalnie. To chciwe stworzenia, więc za odpowiednią ilość złota zrobią wszystko, o co poprosisz.
– Wspaniale.
– Czemu w ogóle potrzebujesz tych brzydali?
Spojrzenie, które rzucił poplecznikowi Tom, mroziło serce. Był to jeden z nielicznych momentów, który pozwolił sobie na pokazanie prawdziwej twarzy.
– Nie powinieneś pytać – stwierdził, a następnie się roześmiał. Zmrużywszy oczy, poklepał Abraxasa po ramieniu. – Chodzi mi o twoje dobro – dodał przekonującym tonem, aczkolwiek wciąż bił od niego chłód.
Gobliny, plugawe magiczne kreatury, zaliczały się do grona jego ulubieńców – nieprzyjemne z wyglądu, chciwe z natury.
W przeciwieństwie do nich, oczywiście, był pomysłowy oraz ponadprzeciętnie inteligentny, a co za tym idzie, nie miał większych problemów z tworzeniem struktur organizacyjnych oraz potężnych czarodziejskich artefaktów. Nic jednak nie może się równać z magią istot niższego rzędu. Od zawsze uważał, że zarówno gobliny, jak i skrzaty domowe, są wspaniałymi żywymi narzędziami.
Poproszone, mogłyby oporządzić jaskinię, zbudować na wyspie ukrytą, wzmocnioną magią wieżę, a nawet skonstruować idealną złotą klatkę.
– W porządku, rozumiem. Kierujesz się moim dobrem – podsumował Abraxas, wyraźnie niezadowolony z udzielonej odpowiedzi. – Niemniej jednak przemyśl tę sprawę. Co będzie, jeżeli gobliny nie dochowają dyskrecji?
– Spokojnie, nie będą mogły zdradzić źródła swoich dochodów, zwłaszcza postronnym zaciekawionym. Nie lubią patrzeć, jak inni się bogacą. – Uśmiechnął się Tom, wzruszając ramionami. – Uwierz, że będą milczały – dodał, bo przecież kiedy osiągnie swoje cele, wszystkie ślady zostaną zatarte, a narzędzia wyeliminowane.
Dementorzy zaś wciąż się gromadzą.
Noc nastała, nim zakończył się bankiet.
– Och, wróciłeś? – Harry, najwyraźniej świeżo wykąpany, nawet na niego nie spojrzał. Wciąż był pogrążony w lekturze. Nieszczególnie zainteresowany ton, którym się posłużył, sprawił, że otaczająca Toma chaotyczna aura natychmiast zniknęła.
– Jestem troszkę głodny. Na spotkaniu tylko piłem – oświadczył, oparłszy się o framugę drzwi gabinetu. Naprawdę się starał nastrajać do roli, którą przyszło mu odgrywać – w odpowiedni sposób formułował swoje wypowiedzi oraz zabarwiał je emocjami. W tym momencie powinien brzmieć łagodnie.
– Z kolacji zostało się trochę chleba. Leży na stole.
– Hm. – Odwrócił się na pięcie i zszedł do kuchni.
Pieczywo smakowało okropnie, więc po jednym kęsie wrzucił je do kosza.
Gobliny szybko wzięły się do pracy, a do przedwczesnego zakończenia zadania motywowała ich chciwość i pogoń za pieniądzem.
Dementorzy, którzy uciekli z Azkabanu, od wieków uważali morskie otchłanie za swoje terytorium, a teraz, mając dla towarzystwa armię imperiusów, bawili się przednio. Nie przetrwały okoliczne zwierzęta, ryby, pijawki, czy nawet glony. Wszystko umarło.
Plan zostanie zrealizowany, gdy tylko gobliny skończą – w końcu przyjdzie czas na destabilizację świata czarodziejów oraz całkowite przejęcie władzy.
– Czy jesteś gotowy? – zapytał Abraxas, zniecierpliwiony zbyt długim brakiem postępu; jego pragnienie chwały dawało o sobie znać. Był też przekonany, iż Tom również się niecierpliwi.
– Niekoniecznie. Nie ma potrzeby tak wczesnych przygotowań – odpowiedział z wahaniem młodzieniec.
Malfoy zmarszczył brwi.
– Wcześniej mówiłeś zupełnie co innego, mój panie. Twierdziłeś, że przejdziemy do następnego etapu, kiedy gobliny wywiążą się ze swojego zadania.
– Zamilcz – syknął Riddle. Naturalnie, pamiętał, co mówił. Bardziej niż ktokolwiek inny wiedział też, co przyniesie im przyszłość.
Wszystko się zmieni.
Razem z Harrym spadną na samo dno, gdzie zostaną obdarci z iluzji, w której dotąd żyli. W momencie przestaną być rodzicem i dzieckiem, ograniczając się do roli nieprzejednanych przeciwników; osiągną punkt "przeżyję, podczas gdy ty umrzesz". Mydlana bańka, którą dla siebie stworzyli, rozpryśnie się w okamgnieniu, a jeden zmusi drugiego do bezwzględnego posłuszeństwa. Otaczające ich światło zacznie stopniowo przygasać, by ostatecznie bezpowrotnie zniknąć.
Uświadomiwszy sobie konsekwencje przejście do kolejnego etapu, niespodziewanie ogarnęła go niechęć.
Czy powinien przesunąć datę…?
Z drugiej strony, odkładając na bok wahanie, tylko po wprowadzeniu planów w życie, będą mieli siebie nawzajem.
– Czemu odwlekamy nieuniknione? – Abraxas nie mógł zrozumieć. Następna faza nie wywołuje trzęsienia ziemi, nie przewraca wszystkiego do góry nogami. W końcu to dopiero pierwszy krok, najłagodniejszy, najmniej inwazyjny.
Byli doskonale przygotowani, a zwycięstwo niemal parzyło ich w ręce. Nawet gdyby odnieśli porażkę, nie straciliby wiele.
Skąd to wahanie?
– Cóż, nie dopracowałem jeszcze wszystkich szczegółów…
– Kłamstwo! Szczegóły dopracowałeś dwa lub trzy lata temu. – Malfoy przewrócił oczami, zapominając o baczeniu na słowa. – Który z nas nie mógł dłużej czekać? Ten, który teraz się hamuje. Podaj mi prawdziwy powód, Tom – poprosił, sfrustrowany. – Chodzi o moc, czy też o pozory? A może chodzi o Pottera…?
Uspokoił się, dopiero kiedy zobaczył niezadowolony wyraz na twarzy swojego pana. Po czasie się zorientował, że to oczywiste – za zwłokę odpowiada Harry Potter, któż by inny.
– Wybacz, wysnułem za daleko idące wnioski – dodał, siląc się na przepraszający ton, i tym samym ponownie wrócili do relacji pan-sługa.
– Wyjdź.
Abraxas posłusznie opuścił komnatę i dopiero na korytarzu, kiedy upewnił się, że nie będzie go ani widać, ani słychać, pozwolił sobie na okazanie złości.
Harry Potter. Ot, ostatnia przeszkoda na drodze do wielkości.
