Rozdział 82

To twoja wina, Harry


Listopad 1945 r.

Nastała jesień.

Ostatnie miesiące były dla Harry'ego bardzo spokojne. Nie było żadnych „wstrząsających" wydarzeń, więc każdy dzień charakteryzował się harmonią. Nic nie stało na przeszkodzie, aby w ciszy kontynuować badania nad słabością wroga. W międzyczasie nadal wzmacniał swe ciało poprzez intensywny trening fizyczny; stawał się silniejszy.

Zabiegane, aczkolwiek proste życie nie jest jednak najgorsze, pomyślał, uspokojony. Nie wiedział, że w rzeczywistości te ostatnie miesiące stanowiły ciszę przed burzą.

Spokój zakłóciło pukanie do drzwi. Zdezorientowany, otworzył przybyszowi.

W progu stała kobieta. Głową miała spuszczoną, a wzrok wbity w ziemię. Olbrzymi kapelusz zasłaniał jej całą twarz, pozostawiając na widoku tylko kawałek lekko spiczastego podbródka.

– Czy Tom jest w domu? – zapytała ściszonym głosem oraz szybko, przez co nie był w stanie zareagować na czas. Gdyby nie lata znajomości, zupełnie by jej nie poznał.

Natychmiast się odsunął i gestem nakazał, aby weszła do środka.

– Nie, pracuje. Czemu pytasz? Coś od niego potrzebujesz?

Joan machnęła niedbale ręką, uparcie odmawiając przekroczenia progu mieszkania. Zmarszczyła też brwi.

– Hm, czy możesz mi powiedzieć, gdzie był przez ostatnie kilka dni? – zapytała z wahaniem.

– Ciągle pracował – odpowiedział Harry, wyraźnie zaskoczony.

Kobieta przed chwilą milczała, wpatrzona w przyjaciela.

– W pobliskim morzu znaleźliśmy sporą grupę martwych goblinów.

– Myślisz, że Tom…? Nie jestem przekonany…

Joan w momencie złapała Harry'ego za nadgarstek.

– Nie zebrałam jeszcze wystarczających dowodów, ale uwierz mi, że twój syn jest szalony i stanowi poważne zagrożenie! – powiedziała, a potem ukradkiem się rozejrzała po okolicy. Gdy upewniła się, że są sami, dodała: – Nie wiem dokładnie, czym Tom się zajmuje, ale nie mam żadnych wątpliwości, że jest zamieszany w sprawę. Nie zdziwiłabym się też, gdybyś w jakikolwiek sposób również był zaangażowany w niektóre z jego planów – oświadczyła z gniewną miną. – Uważaj na Toma – poprosiła ze słyszalną w głosie troską, a następnie poklepała przyjaciela po ramieniu.

Kiedy Harry zachował milczenie, utwierdziła się w przekonaniu, aby nie zdradzać mu wszystkich szczegółów – zresztą, i tak nie miała na to czasu.

Ponownie zmarszczyła brwi. W głowie miała tysiące scenariuszy.

Nawet jeżeli Tom Riddle rósł na następnego Czarnego Pana, nawet jeśli stanowił ogromne zagrożenie dla czarodziejskiego społeczeństwa, była bardziej niż pewna, że Harry ma z góry zapewnione bezpieczeństwo. Jakby na sprawę nie spojrzeć, Tom zawsze w pierwszej kolejności najpierw myślał o swoim adopcyjnym ojcu, a dopiero potem o sobie i całej reszcie.

Niestety, wątpliwości są rzeczą ludzką.

– Alphonse wyszedł z propozycją, żebyś przenocował u niego kilka dni. Co sądzisz? – zapytała. Właśnie w ten sposób chroniła swoich bliskich – mając ich w zasięgu wzroku.

Proponując tymczasowe przeniesienie, nie przewidziała wszystkiego. Nie doceniła ślizgońskiej zaborczości Toma Riddle'a oraz jego wyrachowania. Nie przewidziała, że jej pomysł rozgniewa młodzieńca aż do czerwoności.

Tom został sprowokowany.


Przez ostatnie cztery bądź pięć miesięcy Harry nie wyściubiał nosa spoza swojego gabinetu, chyba że było to konieczne; lubił przebywać za zamkniętymi drzwiami.

Tomowi to odpowiadało. Miał nawet nadzieję, że mężczyzna przyzwyczai się do ograniczonej przestrzeni oraz granic, które zostaną mu wyznaczone; może nawet poczuje się niczym zwierzę w klatce.

Nic dziwnego więc, że gdy wrócił z pracy do domu i zastał puste, pogrążone w nieprzeniknionej ciemności mieszkanie, się zdenerwował, a jego sercem zawładnął strach.

Zapalił światło w przedpokoju, a potem oświetlił cały dom. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie niezamieszkałego.

Tom stał w miejscu, przeszukując wzrokiem salon.

Odszedł, pomyślał niczym rażony piorunem. Zrozumienie przyszło jeszcze zanim zdążył przywdziać dobrotliwy maskę. Zamiast zwyczajowego, firmowego uśmiechu, jego twarz wyrażała bezbrzeżną rozpacz.

Pospieszył po schodach na piętro, mając nadzieję, że Harry postanowił wcześniej położyć się spać.

Łóżko jest puste.

Tłumiona od dłuższego czasu despotyczna natura, chęć dominacji oraz paranoja, spotęgowały się w ciemności, zniekształcając mu wizję świata.

Rozsadzały go emocje. Całym sercem i duszą żałował, że od początku nie trzymał się planu i godził na ustępstwa; żałował, że nie wziął swojej własności w posiadanie, kiedy miał ku temu okazję; żałował odwlekania rzeczy w czasie.

Zszedł po schodach, a wywołująca mdłości wściekłość została pohamowana, gdy tylko dostrzegł małą, niepozorną karteczkę, przyczepioną od środka do drzwi wejściowych.

Wpadłem na trochę do Alphonse'a, głosiła. Znajome pismo wyrażało nonszalancję oraz smakowało impulsywnym działaniem.

Tom podarł notkę.

Alphonse? Co za bzdura. To najpewniej pomysł Joan.

Uśmiechnął się szyderczo.

Irytująca aurorka. Już niedługo...


Następnego dnia Tom ze sztucznym, przyklejonym do twarzy uśmiechem czekał na Joan pod drzwiami Biura Aurorów.

Pogoda odpowiadała porze roku, a chłód późnej jesieni sprawił, że czarodzieje przywdziewali cieplejsze płaszcze.

Młodzieniec miał na sobie tradycyjne, czarne czarodziejskie szaty, a na ramiona zarzucił po podszytą puchem pelerynę. W domu nie omieszkał się uczesać – wymodelował hebanowe włosy, starannie rozdzielając poszczególne pasma. Emanował pewnością siebie, wyszukaną elegancją oraz poczuciem szlachetności, przez co mijającego na ulicy przechodnie z góry zakładali, że jest potomkiem jednego z najstarszych magicznych rodów; sprawiał wrażenie czystokrwistego.

– Dzień dobry, panno Joan. – Uśmiechnął się uprzejmie, zauważając ostrożne spojrzenie nowo przybyłej. – Czy przyjmuje pani interesantów również poza biurem?

Joan zareagowała, chociaż nie odpowiedziała. W całkowitym milczeniu zaprowadziła ślizgona do swojego gabinetu.

– Pozwoli pani, że pominiemy drobne grzeczności – oświadczył Tom, kiedy znaleźli się za zamkniętymi drzwiami. – Gdzie jest Harry? – zapytał chłodno z twardniejącym spojrzeniem. Nie zamierzał stawiać na kurtuazję.

– Cóż, postanowił pomieszkać trochę u przyjaciela…

– Wykluczone. Ma dom, do którego może wrócić – przerwał jej nieznoszącym sprzeciwu tonem.

– Wielka szkoda, że do tej pory sypiał pod jednym dachem z mordercą. – Uśmiechnęła się gorzko kobieta.

Zmrużył oczy.

– Mordercą?

Joan oparła dłonie na blacie stołu, na chwilę spuszczając głowę. Gdy ją podniosła, w niczym nie przypominała dobrotliwej przyjaciółki rodziny. Kiedy skrzyżowała z Tomem spojrzenie, wyglądała jak przesłuchujący świadka auror. Wzrok miała na wskroś przeszywający.

– Wiem, że uważasz się za nieomylnego, przez co odnosisz mylne wrażenie, że realizacja twoich planów przebiega bezproblemowo – stwierdziła, a następnie zamilkła. Chciała, aby młodzieniec przetrawił jej słowa; chciała, by ogarnął go strach. Niestety, wbrew jej oczekiwaniom, ten pozostał niewzruszony. – Mówię o twoich tak zwanych śmierciożercach oraz jaskini – doprecyzowała stanowczym tonem. – Nadejdzie dzień, w którym prawda zostanie obnażona, a wasze niecne uczynki ujrzą światło dzienne. Wszyscy się dowiedzą. – Uniosła prowokująco brew. – Harry będzie wiedział – podsumowała.

Tom odchylił się na kanapie i rozłożył ręce. Swoboda, z którą się poruszał, nieoficjalnie oskarżony o liczne zbrodnie, była nienaturalna i przerażająca.

– Nie jestem pewien, w jaki sposób doszła pani do podobnych wniosków, ale najprawdopodobniej brakuje dowodów w sprawie. Nie potrafi pani czegokolwiek mi udowodnić, prawda? – zapytał z niemalże promiennym blaskiem w oczach; z trudem masował radość.

Joan nagle straciła oddech. Zaczęła mieć też trudności z oddychaniem.

To prawda, że nie miała żadnych wiarygodnych dowodów na poparcie swojej tezy, niemniej jednak doszła do odpowiednich wniosków drogą prostej dedukcji. Opierała się na skrawkach informacji, na które szczęśliwie się natknęła.

Udział Toma uwierzytelniła dopiero ostatnia sprawa.

Fakt, iż dogorywający goblin zdecydował się na wyznanie kilku interesujących informacji, potwierdził niemal wszystkie przypuszczenia, obciążając Riddle'a. Niestety, goblin zmarł, zanim wyznał całą prawdę, a aurorzy nie zdążyli spisać zeznań.

– Szefowo...? – Ktoś zapukał do drzwi. – Naczelny prosi cię do swojego gabinetu.

Tom niezwłocznie wstał, a następnie się uśmiechnął.

– Jest pani bardzo zajęta – podsumował. – Cóż, będę zmuszony złożyć Alphonse'owi wizytę. Osobiście...


– Co się dzieje, Szefie? – Joan zasalutowała.

Naczelny siedział na krześle. Kiedy weszła, nawet na nią nie spojrzał, zajęty porządkowaniem porozrzucanych po całym biurku dokumentów. Był łysiejącym mężczyzną w średnim wieku.

– Spisz, proszę, wszystkie sprawozdania ze spraw, które ci powierzono, a następnie przekaż je aurorowi Davidowi, Joan.

Zmarszczyła brwi, zmieszana.

– Jestem w połowie papierkowej roboty i pracuję nad zakończeniem kilku zadań.

Naczelny westchnął.

– Myślałem, że wyraziłem się jasno, Joan. Nie pojęłaś sugestii? Zostałaś zdegradowana.


Nie spuszczając z Alphonse'a wzroku, Tom schował dłonie do kieszeni. Szedł za nim od Biura Aurorów.

To dopiero początek, Joan.

To twoja wina, Harry. Zmusiłeś mnie do podjęcia konkretniejszych działań.