UWAGA: DUB–CON! Czas na zdecydowanie mocniejsze klimaty.

Powoli zbliżamy się również do końca opowiadania : )


Rozdział 83


Grudzień 1945 r.

Na szczyt wieży rzucono zaklęcie powiększające przestrzeń. No wypadek próby ucieczki ściany zostały zaczarowane tak, aby były elastyczne i naginały się do woli. Z początku mała komnata zrobiła się naprawdę duża.

Na wyposażenie składało się ogromne łóżko, w pełni funkcjonalna kuchnia oraz przyjemna dla oka łazienka. Tak zagospodarowano miejsce, żeby uniemożliwić codzienny trening fizyczny.

Wieża utrzymana była w liście goblińskim stylu – wszystko było strojne, a dekoracje wymyślne, co przywodziło na myśl konwencję Gringotta.

Podłogę zdobił kaszmirowy, miękki dywanik. Z racji pojedynczego okna światło pochodziło głównie z zawieszonych na ścianach klejnotów.

Przepych nie ominął także kunsztownych drzwi, które z wyglądu przypominały wrota banku. W praktyce zaś były solidne i nieprzenikalne.

– Gdzie jesteśmy? To nie jest dom!

Harry znalazł się w wieży, zanim jeszcze środek usypiający przestał działać. Gdy odzyskał przytomność, był zdezorientowany i skołowany.

– To miejsce jest naszym domem, tylko kiedy jesteśmy tu we dwoje. – Uśmiechnął się diabelsko Tom, wyglądając jak zadowolone z siebie dziecko, oczekujące od rodzica nagrody za dobre sprawowanie, podczas gdy mężczyzna, wciąż trochę otumaniony, zastanowił się nad jego motywami.

Czego chciał…?

– Pragnę cię – wyjaśnił niskim tonem młodzieniec, jakby czytając mu w myślach.

Harry zmarszczył brwi, nie podejmując implikacji. W odpowiedzi rzucił synowi pełne powątpiewania spojrzenia; musiał być czujny.

Tom przysiadł na skraju łóżka i ze spokojem położył dłonie na materacu. Gdy się rozbierał, rzucił pelerynę na podłogę. Oswobodzony z wierzchniej odzieży, rozpiął dwa guziki koszuli.

– Jak zareagujesz, kiedy ci powiem, że tamtej nocy nie byłem pod wpływem alkoholu…?

Tamtej nocy…? Czarodziej w mig zrozumiał, czego dotyczy rozmowa.

– Ani słowa więcej! – Instynktownie podniósł głos, za wszelką cenę chcąc powstrzymać młodzieńca przed kontynuowaniem tematu. Chociaż w pierwszym momencie się nie zorientował, teraz pojął powagę sytuacji.

Zdecydowanie nie chciał znać szczegółów!

Tom wzruszył ramionami.

– Amortencja w twoim kielichu? Kazałem Abraxasowi doprawić wino. – Uśmiechnął się porozumiewawczo. – Byłem całkowicie trzeźwy, kiedy się kochaliśmy – podsumował zwięźle. – Pozwól, że powtórzę. – Wstał, a różnica wzrostu zapewniła mu dominującą pozycję. – Pragnę cię.

Harry dyszał, bo tylko w ten sposób mógł zaczerpnąć tchu.

Czego chce Tom? Czego chce…?

– Jestem mężczyzną! – zaoponował, drżąc. Jakby nie spojrzeć, powiedział prawdę. Nawet jeżeli różnili się pod pewnymi względami, nadal mieli tę samą budowę ciała oraz równie płaską klatkę piersiową. Nie urodzili się z kompatybilnymi organami, przez co nawet seks był trudnym i bolesnym procesem.

Ślizgon ponownie wzruszył ramionami. Machnął też dłonią, jakby odganiał od siebie natrętną muchę.

Harry nienawidził tego pełnego swobody gestu.

– Jestem gejem.

Czy naprawdę tak łatwo jest się przyznać...?

– Jestem twoim ojcem!

To również prawda. Opiekował się nim od dziecka, wychowywał pod swoim dachem. Obserwował, jak z niedouczonej, nieznającej szczęścia sieroty staje się inteligentnym, pewnym siebie mężczyzną. Z początku nie wiedział, jak należy prawidłowo roztoczyć opiekę, ale z czasem wszystkiego się nauczył i zaczął odczuwać dumę. Trwał w swoim postanowieniu na dobre i na złe – był świadkiem szerokiej gamy uśmiechów chłopca, jego płaczu oraz gorzkich żalów. Nieustannie się martwił, że inni go krzywdzą; że wyrządza innym krzywdę.

Byli rodziną. Brak pokrewieństwa nie przeszkadzał mu w wypełnianiu życia dziecka ojcowskimi uczuciami.

Tom podszedł bliżej, a następnie się pochylił.

– Właśnie dlatego jesteś mi najbliższy w świecie…

Harry spanikował.

Co takiego…? Absolutnie nie!

To ohydna anomalia!

Oparta na kazirodztwie relacja jest wybrykiem natury.

Zapragnął uciec – na zawsze opuścić te czasy i nigdy, przenigdy, nie wracać, czy też patrzeć wstecz.

Aportacja nie wchodziła w rachubę, gdyż zapodział gdzieś różdżkę. Skoro nie może opuścić wieży, najwyższy czas na ostatni skok.

Zdecydowanie wolałby wykańczać się fizycznie i skakać dwa razy dziennie, niż pozwolić, aby ten obrzydliwy związek w jakikolwiek sposób się rozwinął.

Zawieszona na łańcuszku srebrna klepsydra była ciepła. Zaciśnięta w zimnej dłoni, przynosiła ulgę.

Zakręcił nią, spodziewając się charakterystycznego, choć nadal dziwacznego wirowania, ale nic się nie wydarzyło. Sprawdził sygnaturę. Wszystko wydawało się w porządku, a jednak…

Co się dzieje…?

Ponownie obrócił klepsydrę – wciąż nie został wessany.

Wytrzeszczył oczy, nie wierząc w swoje nieszczęście. Potrafił zaakceptować wszystkie przeciwności przekornego losu, a nawet dostosować się do sytuacji, ale gadżet do podróży w czasie nie mógł się tak po prostu zepsuć!

– Wygląda na to, że twoje cenne urządzenie nie działa. – Uśmiechnął się ze spokojem Tom. Zrobił krok w tył, a następnie schylił się po swoją pelerynę. – Może to zadziała…? – zapytał, wyciągając z kieszeni oryginalną klepsydrę.

– Oddawaj!

– Och, żebyś odszedł na zawsze…? – Zacisnął dłoń na piaskowym zegarze, podczas gdy jego oczy zabarwił się na czerwono. – Nie masz wyboru, Harry. Jesteś mój.


To był drugi raz, kiedy uprawiali seks, tym razem zupełnie na trzeźwo.

Stosunek w niczym nie przypominał pełnych czułości pieszczot – był brutalnym gwałtem.

Harry leżał na plecach, tępo wpatrzony w rzeźbiony sufit.

Nie był w stanie się poruszyć, chociaż nadal odczuwał palący ból z pogruchotanych kończyn.

Tom był niezaspokojony, oddając się szaleństwu całą noc. Strach i panikę ukrył w najgłębszych zakamarkach swojego serca, aby swobodnie oddawać się przyjemności.

W trakcie stosunku maksymalizował kontakt cielesny, niemal płasko leżąc na kochanku. Lepki pot sprawiał, że pozycja nie była komfortowa, ale zwyczajnie nie chciał zwiększać dystansu. Gorąca sperma dodatkowo nawilżała krąg ciasnych mięśni, a tym samym potęgowała płynącą z tarcia rozkosz.

Wbrew wszystkiemu, byli dopasowani. Nie mogła ich rozdzielić nawet siła pchnięć; byli zjednoczeni.

Wilgotna dziurka co rusz zapraszała do środka, co jakiś czas niekontrolowanie drżąc. Bliskość i wysiłek fizyczny sprawiły, że nawet ich włosy łonowe były wilgotne.

– Powiedz, że mnie kochasz. – Ślizgonów od zawsze cechowała chciwość i brak litości. Pragnęli zarówno czyjegoś ciała, jak i duszy.

Harry zamrugał, podczas gdy pot skapywał mu z brwi do oczu. Mimo utrudnionego widzenia spojrzał na twarz gwałciciela, a potem wykrzywił wargi w imitacji szyderczego uśmiechu. Z gardła wydobył mu się niewytłumaczalny, aczkolwiek przypominający parsknięcie, dźwięk.

Bardzo zabawne, doprawdy.

Niby jak, skoro zwichnąłeś mi szczękę…?

Mam powiedzieć, że cię kocham…?

Jakby przez mgłę przypomniał sobie, że podobna sytuacja miała już miejsce. Zdarzyło się to raz, kiedy spojono go amortencją.

Jak się okazało, raz wystarczył, aby uzależnić od podobnych wyznań.

Sęk w tym, że Harry był teraz w pełni władz umysłowych, a dotąd naprawdę rzadko wymawiał te trzy magiczne słowa. Nawet podczas swoich najbardziej namiętnych i intymnych chwil z Ginny, nigdy nie posuwał się do równie romantycznych deklaracji. W przeciwieństwie do niego dziewczyna nie miała z tym żadnego problemu, więc często ograniczał się do roli biernego słuchacza.

Przyczyn jego emocjonalnego niedostosowania można śmiało szukać w ponurych czasach dzieciństwa. Podczas gdy on powstrzymywał wszelkie przejawy miłości, Tom utracił możliwość kochania.

Wyznanie uczuć wiązało się z zobowiązaniami i miało szczególnie formalny charakter. Słowne okazywanie miłości w niczym nie przypominało prostych okrzyków podekscytowania lub szczęścia, czy też uległości.

Harry uważał, że w kwestii uczuć nie należy kłamać, tak więc gdyby miał być poddany torturom i zmuszony do błagania o litość, nie poddałby się łatwo; nigdy nie powiedziałby nieszczerego, pustego i zdradliwego „kocham cię".


Zaginięcie Harry'ego Pottera nie było przełomowym wydarzeniem. Ziemia nadal kręciła się wokół Słońca, a społeczeństwo normalnie funkcjonowało.

Czyjeś niezauważone zniknięcie, niestety, ciężko zaaranżować.

– Wybieram się w podróż, Joan. – Uśmiechnął się promiennie Harry. Ubrał się ciepło – szyję opatulił grubym szalikiem, a dłonie włożył do kieszeni płaszcza. Wiatr targał mu czarne włosy, niemal całkowicie zakrywając słabo widoczną bliznę w kształcie błyskawicy.

Stali przed wyjściem z Ministerstwa Magii.

Joan rzadko widywała tak uśmiechniętego Harry'ego, więc nie mogła powstrzymać się przed skrzywieniem.

– Gdzie tym razem?

– Nie jestem pewien. Najprawdopodobniej tam, gdzie mnie rzuci los. – Czarodziej wzruszył ramionami. – To nie pierwszy raz, kiedy wyjeżdżam.

Joan odwróciła głowę.

– Podróż jest dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza że znajdziesz się daleko od Toma.

– Widzę, że doszliśmy do podobnych wniosków – odpowiedział Harry, w momencie zrobiwszy dziwną minę. – Cóż, będę się zbierał.

Zanim kobieta zdążyła zareagować, sięgnął ku grzywce i zrobił potężny krok w tył. Nim Joan się obejrzała, odwrócił się i zniknął w tłumie, gdzie po kilku krokach skręcił za róg.

– Uf, niewiele brakowało – podsumował, ponownie chowając dłonie do kieszeni. Żaden z przechodniów nie zauważył nieprawidłowości – końcówek platynowych blond kosmyków.


Sytuacja w 2001 roku była nieciekawa.

– Nie możemy dłużej czekać, Hermiono! – Ron wściekle uderzył pięścią w stół. Czarne wory pod oczami w połączeniu z wychudzonym ciałem dawały koszmarne wrażenie.

– Co racja, to racja. – Cera Ginny też nie wyglądała zbyt dobrze. – Sama-Wiesz-Kto wie, gdzie się ukrywamy. Znacznie się do nas zbliżył, nawet po drodze nie klucząc.

– W naszych szeregach jest szpieg – podsumował George.

– Cóż, na pewno nie wśród głównodowodzących – podpowiedział z pewnością w głosie Fred.

Percy westchnął, a potem spojrzał na mapę zawieszoną na ścianie namiotu.

– Mamy najwyżej dzień, zanim nas znajdą.

Hermiona wyglądała najlepiej z nich wszystkich. Bujne, skołtunione włosy związała w ciasny kucyk z tyłu głowy oraz założyła biały laboratoryjny fartuch. Sprawiała wrażenie naukowca z prawdziwego zdarzenia.

– Skompletujcie Armię Dumbledore'a i najpierw przenieście się do Hogwartu. To, czy zdołacie przedostać się do środka, zależy tylko i wyłącznie od was.

Bliźniacy wyrzucili pięści w powietrze. Nawet w najtrudniejszych chwilach ich twarze zdobiły psotne uśmiechy.

– Och, podchody to nasza specjalność. Co więcej, zapamiętaliśmy całą Mapę Huncwotów, a więc i wszystkie tajne przejścia.

Hermiona się uśmiechnęła, a potem skinęła z aprobatą.

– Gdy będziecie w szkole, natychmiast udasz się do profesora Snape'a – powiedziała do Rona.

– Co takiego? Że niby do tego starego nietoperza? Przecież zabił Dumbledore'a!

– Dobrze, w porządku. Nieważne. – Nieestetycznie przewróciła oczami. – W takim razie Ginny zobaczy się z profesorem.

– Hm, jesteś pewna...? – Weasley przygryzła wargę. – Nie bardzo rozumiem. Snape jest przecież śmierciożercą.

– Znajdziesz go i poprosisz o wsparcie. Zaufaj mi, Ginny. – Hermiona była świadoma tego, że skupia na sobie podejrzliwe spojrzenia, ale nie miała czasu, aby wyjaśniać sedno sprawy. – Muszę tu zostać i poczekać, aż Harry wróci. Może być w złym stanie, bo podróże w czasie nadwyrężają jego organizm.

Ron nagle podskoczył. Jego ognistorude włosy zafalowały, niosąc za sobą fundamenty nadziei.

– Też zostanę w obozie. Nie musisz radzić sobie ze wszystkim sama, Hermiono. – Uśmiechnął się wspierająco. I w chuj z tym starym nietoperzem!

Ginny westchnęła.

– Ja...

– Nie. – Granger pokręciła przecząco głową. – W obozie nie może zostać za dużo żołnierzy, bo w przeciwnym razie cel naszej ucieczki stanie się oczywisty. Ron poczeka ze mną na Harry'ego, ale ty nie możesz, Ginny. Ludzie cię potrzebują – powiedziała chłodno.

Prawie wszystkie horkruksy zostały zasymilowane. Wyłączając pamiętnik, medalion i pierścień, które zniszczyli, pozostałe zostały wchłonięte przez Voldemorta. Nawet jeżeli ich wrogiem jest teraz o wiele potężniejszy i zdrowszy na umyśle czarnoksiężnik, jest on w pełni śmiertelny – aby wygrać wojnę, wystarczy więc jedno dobrze rzucone zaklęcie.

Zebrawszy myśli, Hermiona podniosła głowę. Na jej twarzy zagościły wytrwałość i duch walki, raczej rzadko spotykany u walczących kobiet. Policzki miała zarumienione, a oczy pełne blasku.

– Wszyscy zmierzający do Hogwartu muszą się dobrze przygotować. Nauczyciele będą po naszej stronie, oczywiście oprócz tych powiązanych ze śmierciożercami. Snape nam pomoże – podsumowała stanowczym tonem. – To, co dziś omawiamy, jest ściśle tajne. Nadszedł czas na ostateczne starcie z Sami-Wiecie-Kim. Kingsley, Tonks i Lupin, razem z niewielkim oddziałem aurorów będą nas asekurować. Weasleyowie i pani Longbottom także. Zmobilizujemy cały Hogwart – wytłumaczyła. – Jesteśmy w stanie wygrać tę wojnę!

– Oczywiście! – Uśmiechnął się Percy.

– Wedle rozkazów Królowej! – Bliźniacy się pokłonili.

Żyli w czasach podobnych do nocy.

Słońce wschodzi i zachodzi, zapoczątkowane zaćmieniem. Gdy chowa się za horyzontem, rozprzestrzenia rozpacz. Gdy zacznie wyglądać zza chmur, witając nowy dzień, niesie za sobą nadzieję.