Rozdział 84

Gdyby umarł


31 grudnia 1945 r.

W wieży nie było żadnego urządzenia, które mierzyłoby upływający czas, więc nawet porę dnia określało się z grubsza na podstawie ilości obecnego światła w jaskini. Największym problemem było to, że ukryta grota w dużej mierze znajdowała się w cieniu, przez co poza trzema lub czterema popołudniowymi godzinami była pogrążona w mroku. Harry znalazł interesujący sposób – otóż jego porywacz zaglądał do wieży codziennie około osiemnastej lub dziewiętnastej.

Szybko się też nauczył, by nie polegać na tężyźnie fizycznej i nie grozić Tomowi pięściami. Był dorosłym człowiekiem, dotąd odpowiedzialnym rodzicem, ale nie miał siły przebicia i nie potrafił wymusić na swoim dziecku kary fizycznej za nieodpowiednie sprawowanie. Jako mężczyzna, który dawno temu przestał być zalęknionym chuderlakiem, odzwyczaił się od przemocy fizycznej i kar cielesnych.

– Czemu mnie zamykasz? – zapytał pewnego dnia.

– Bo mną gardzisz – odpowiedział po prostu Tom. – Cóż, od małego wiedziałem, że mnie nie lubisz.

– Czym się zdemaskowałem? – Uśmiechnął się Harry. Wyglądał, jakby… do wszystkiego się przyznał. Wypisany na jego twarzy spokój rozsierdził Riddle'a.

Wolną dłoń zacisnął w pięść.

Zrozumienie sprawiło, że dotąd nijakie, niezainteresowane spojrzenie przekształciło się w iście makabryczny wyraz twarzy. Wzmocnił uścisk wokół ramienia mężczyzny, zupełnie jakby chciał pogruchotać mu kości.

– Może rzeczywiście nie zdawałeś sobie z tego sprawę, ale doskonale pamiętam sposób, w jaki zawsze na mnie patrzyłeś – przyznał, rozkoszując się powolną zmianą koloru swoich tęczówek. Szkarłat zasnuł mu oczy niczym poranna mgła, co w ciemności sprawiało wrażenie bardzo uwodzicielskiego. Czerwień zażyła się w mroku, piękniejsza niż kiedykolwiek wcześniej, powoli zbliżając się do odpowiadającego przyszłości odcienia.

Harry przestał się uśmiechać. Triumf, który wzniósł go na wyżyny, zniknął, a w zamian coś ciężkiego osiadło mu na żołądku. Mimo że nie dał tego po sobie poznać, jego sercem zawładnęła melancholia.

Cóż mu pozostało...?

Tom Riddle pamiętał z czasów dzieciństwa tylko i wyłącznie te najgorsze rzeczy – jak patrzył na niego z wyobcowaniem i jak bardzo go unikał; pamiętał chłodną, wyniosłą minę; pamiętał wypisane na twarzy rozczarowanie i rozpacz.

Czy naprawdę ograniczył się do najgorszego…?

Ucząc chłopca zaklęć, czochrał mu włosy. Wspólnemu świętowaniu urodzin zawsze towarzyszył duży tort. Spędzali razem czas zarówno na zabawie, jak i nauce – grali w piłkę, pływali w morzu, a potem uczyli się pisać i rachować. Można powiedzieć, że nauczył go uśmiechu i płaczu; rozpieścił do granic możliwości. Kładł dziecko do łóżka i towarzyszył mu do momentu, aż zasnęło. Zagwarantował pokój i urządził sypialnię, a na przestrzeni lat kupował odzież i obuwie.

Rozbierał wszystko warstwa po warstwie, dochodząc do coraz to gorszych wniosków. Z minuty na minutę przybliżał się do skrajności.

Czy był ofiarą…?

Czy zawinił tym, że okazał serce…?

Za dużo pytań, za dużo odpowiedzi.

Tom Riddle był Voldemortem. Nigdy nie musiał się zmieniać.

Hermiona niegdyś go zapytała, czy warto.

W oparciu o dwadzieścia lat doświadczenia, jeżeli nie więcej, znosząc ogromny ból i powolną degenerację organów wewnętrznych; targany ciągłymi wątpliwościami i pełen niepewności, nękany niezrozumieniem ze strony wiernych przyjaciół i towarzyszy broni, czas odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy było warto się poświęcać na rzecz wychowywania Toma Riddle'a, swojego odwiecznego wroga?

Kiedyś stwierdził, że nie wie, ale czuje, że powinien się nim zająć.

Czy odbierając drogę, utracił możliwość żałowania podjętej decyzji, bądź też prawo do żalu? Czemu nie mógł sobie pozwolić na chwilę zwątpienia? Czy natura naprawdę stworzyła go, aby był ponad pomyłkami i momentami słabości?

Jego serce zacisnęło się z bólu. Zwiesił ramiona, przytłoczony ogromnym, zrzuconym na głowę ciężarem.

Czemu świat chciał widzieć go doskonałym, bez najmniejszej skazy? Czego jeszcze pragnął…? Był przecież młodym żołnierzem, poświęcającym się dla wojny, w której w rzeczywistości nie miał nic do powiedzenia. Był załamanym człowiekiem, mającym podnieść z kolan odwiecznego wroga. Niektórzy widzieli w nim idealne mięso armatnie, inni zaś tarczę bądź gotową do walki różdżkę…

Czemu jego życiowym celem stało się bycie tamą, która odgradza świat od rozległego, nieskończenie wielkiego ocean zepsucia i grzechu, zwanego Tomem? Czy naprawdę mógł znieść ten niewyobrażalny napór zimnej i bezlitosnej wody? Czemu musiał brać na swe ramiona równie olbrzymią odpowiedzialność?

Czemu odmówiono mu niedoskonałości? Człowieczeństwa…?

Nie był ani świętym, ani żadnym zbawcą.

Nie był wybranym przez proroctwo bohaterem, w taki czy inny sposób.

Spoglądając na sprawę sprawiedliwie, był zaledwie chłopcem, w brutalny sposób muszącym dorosnąć, aby ostatecznie stanąć przed Tomem Riddle'em.

Daleko mu było do inteligencji Hermiony oraz nie posiadał strategicznego umysłu Rona. Nie był wytrwały, a odrobinę odważniejszy od innych, bardziej optymistycznie nastawiony, trochę z konieczności.

Bez względu na pochodzenie, czy też magiczne zdolności, nie sposób uniknąć niebezpieczeństw związanych z człowieczeństwem. Nie można zamaskować swojego tchórzostwa, choćby stanęło się na głowie. Nie ma żadnego znaczenia, jak silne jest postanowienie wykonania niemożliwego do zrealizowania zadania. Czy w międzyczasie należy wyzbyć się emocji? Ich ciężaru oraz błogosławieństw? Czy w trakcie trzeba zerwać z człowieczeństwem?

Tom Riddle zabił rodziców Harry'ego; zabił jego ukochanego ojca chrzestnego, a następnie doprowadził do wielkiej desperacji.

Czemu nie potrafił odnaleźć w sobie winy…?

Czemu tak ciężko mu było spojrzeć na sprawę obojętnie i trzymać Toma na dystans?

Z jakiej niby racji wszyscy uważali jego niezdecydowanie, wahanie, zmagania i opieszałość za daremne?

Był obdarzonym emocjami człowiekiem – nie powieściopisarzem, reżyserem życia, potężną postacią historyczną, o której heroiczności rozpisywałby się podręczniki szkolne. Nie był ani zręcznym politykiem, ani przywódcą, który potrafiłby przewidzieć wszystkie konsekwencje swoich działań.

Niegdyś, dopóki nie został siłą wyciągnięty na piedestał przez Lorda Voldemorta, był Harrym Potterem z Privet Drive 4; mieszkał w Little Whinging w Surrey, w komórce pod schodami.


Tom słuchał przerywanego przez gardłowe parsknięcia śmiechu Harry'ego. Odczuwał niewytłumaczalną, ekstremalną przyjemność.

Och, sprawiłem ci ból? To przeze mnie jesteś smutny?

Czy żałujesz swojej pogardy…?

Małostkowa radość przypominała dziecinną zemstę, choć w rzeczywistości była o wiele, wiele gorsza – świadomie obdarł Harry'ego z możliwości podejmowania decyzji.

Uśmiechnął się, znajdując w tym zabawną nutę. Pochylił się w bok, a następnie w niemal religijny sposób ucałował ukochanego w czubek głowy.

Cóż, teraz masz tylko mnie…


– Kolacja na stole, Harry. – Tom wyszedł ze specjalnie przygotowanej kuchni, równie zrelaksowany i spokojny, co w Dolinie Godryka. Zachowywał się tak, jakby zupełnie nic się nie zmieniło; jakby wciąż utrzymywali pokojowe stosunki.

Udawał.

Kolacja była wyszukana, a wykwintna aranżacja stołu natychmiast przyciągała wzrok. Harry pozwolił, by zaskoczenie wzięło nad nim górę, aczkolwiek szybko się pohamował. Nie zamierzał poświęcać tym drobnym gestom większej uwagi.

– Pożyczyłem od Abraxasa kilka ciekawych pozycji. W bibliotece Malfoyów jest wiele unikatów. Mam nadzieję, że przypadną ci do gustu – powiedział ślizgon, a następnie podsunął mężczyźnie talerz pod nos.

– Niestety, ale nie jestem zainteresowany. – Uśmiechnął się Harry.

To prawdziwy paradoks. Chociaż żyli ze sobą od czternastu lat, nie rozumieli się nawzajem.

Harry nie pojmował, że w Tomie tli się pierwiastek ciepła, głęboko w środku, ukryty pod wieloma warstwami bagażu emocjonalnego, zaś Tom nie wiedział, że w kwestii książek Harry nie podzielał namiętności Hermiony. Jeśli miał być szczery, czytanie było dla niego żmudnym zajęciem, a zmuszenie go do otwarcia lektury graniczyło z cudem.

Widelec Toma zawisł w powietrzu.

– Co więc lubisz? – zapytał, napotykając spokojne spojrzenie mężczyzny.

Harry wyjrzał przez okno. Na zewnątrz było ciemno, przez co niejeden mógł pomyśleć, że do szyby przyklejony jest kawałek ciemnej płachty, imitujący późną wieczorową porę.

– Latać – odpowiedział i odwrócił głowę. – Jaka szkoda, że zostałem zamknięty w wieży. – Zignorował chłodny wzrok Toma i pozwolił sobie na chwilę zadumy. Owszem, uwielbiał latać na miotle i czuć wiatr we włosach, ale jego najszczęśliwsze wspomnienia wiązały się z Hogwartem. W ciągu trzech lat pomiędzy siedemnastymi a dwudziestymi urodzinami spędził na miotle o wiele więcej czasu niż przez sześć lat nauki w szkole. Za każdym razem, gdy wbijał się w powietrze, walczył bądź uciekał, by w konsekwencji po wylądowaniu zmierzyć się z bolesnym rozstaniem i czyjąś śmiercią.

W końcu zaczął nienawidzić miotły.

Kolejny paradoks. W 1946 r. został uwięziony w odosobnionej wieży na odludziu, gdzie nie mógł latać. W 2001 r. utknął w wirze wojnę, gdzie mógł dotknąć miotły, ale nie miał odwagi oderwać stóp od podłoża.

Za jednym i drugim stał Lord Voldemort.

Harry pragnął wrócić, ale żeby to zrobić, musiałby wydostać się ze swojego więzienia.

Kiedy ponownie spojrzał stronę w okna, Tom zmrużył podejrzliwie oczy.

Wieża miała dziesięć metrów wysokości, a wyskoczenie na zewnątrz oznaczałoby natychmiastowe wpadnięcie do wody, w której pływało tysiące imperiusów. Nawet gdyby szybko wyszedł na brzeg, poza zasięg kościstych rąk i szponów, wpadłby na dementorów. Może by nie umarł, ale z pewnością, pocałowany, stałby się pustą skorupą. Skacząc przez okno, powinien modlić się o szybką śmierć. Zrobiwszy mentalne podsumowanie, Harry stracił dech.

Przeznaczenie nie pozwoli mu zginąć w przyszłości, zanim się jeszcze narodzi, ale czy to naprawdę oznacza, że gdyby umarł, automatycznie zostałby wysłany w przyszłość…?

Nie próbuj, powiedział głos rozsądku.

Gdyby się pomylił i naprawdę umarł, co czekałoby Rona i Hermionę? Co spotkałoby czarodziejski świat?

Co spotkałoby Toma…?

Harry zacisnął wargi i pobladł.

W porównaniu ze ślizgonem gryfona łatwo zrozumieć. Riddle analizował każdy jego gest i zmianę mimiki twarzy. W końcu sięgnął po serwetkę i otarł kąciki ust, a następnie zabrał towarzyszowi nóż i widelec.

– Wygląda na to, że nie masz ochoty na jedzenie – stwierdził. – Weź prysznic. Spędzimy czas inaczej.

Słysząc to, Harry natychmiast się spiął i niekontrolowanie wytrzeszczył oczy w geście przerażenia.

W międzyczasie Tom ze spokojem pozbierał wszystkie talerze, a potem niespiesznie odniósł je do kuchni. Kiedy przystanął przy zlewie, spojrzał przez ramię. Wypisany na twarzy mężczyzny strach, swego czasu bardzo go podniecał. Teraz zaś coś było nie w porządku.

Wtem go olśniło. Popłoch Harry'ego przestał mu odpowiadać.