Rozdział 85
Kolaboracja Malfoya i Joan
Listopad 1946 r.
Jaskinia pogrążona była w całkowitej ciemności, odbierającej ostatki nadziei nawet najbardziej zatwardziałym optymistom.
Rozpacz. Alienacja. Klęska.
Grota stanowiła naturalną barierę i chociaż obszar morza był niewielki, dla Harry'ego ciągnął się w nieskończoność.
Odosobnienie nie sprzyjało poprawie humoru. Okolica była niezamieszkała, tak więc prócz dwóch mieszkańców wieży, nie sposób z kimś porozmawiać. W wodzie pływały liczone w tysiącach inferiusy, a w powietrzu królowali zakapturzeni dementorzy.
Nie miał przy sobie różdżki, urządzenia do podróży w czasie, czy nawet kawałka ostrego metalu. Ściany stały na przeszkodzie, odkształcając się nawet pod niewielkim naciskiem – w materiały budowlane najprawdopodobniej tchnięto magię.
Ucieczka nie wchodziła w grę, a śmierć stała się złudzeniem.
Czasem myślał, że jest bajkową Roszpunką – księżniczką, która została uwięziona w wieży z pojedynczym oknem przez złą wiedźmę; księżniczką, która wiodła samotnicze życie, całkowicie odizolowana od świata zewnętrznego. Kto by pomyślał, że przyjdzie mu żyć w niewoli.
Kiedyś, nie wytrzymawszy napięcia, złapał Toma za kołnierz koszuli.
– Zaraz to zwariuję! Nie kłamię, oszaleję! – ryknął z przekrwionymi oczami.
Tom pozwalał mu zachowywać się jak rozpieszczone dziecko, nieustannie sprawiające kłopoty.
– Wtedy zawsze będziemy razem – odpowiedział miękkim tonem młodzieniec, a jego słowa były niczym siarczysty policzek.
Harry zwiesił głowę. Odkąd opuścił komórkę pod schodami na Privet Drive 4, nigdy nie wyglądał na bardziej załamanego. Zamknął oczy, odmawiając bezsensownego przyglądania się pięknie rzeźbiony meblom.
Miał wrażenie, że powoli traci zdolność mowy. W ciemnej jaskini, gdzie nie sposób odróżnić dnia od nocy, straciwszy poczucie czasu, mógł rozmawiać tylko i wyłącznie z Tomem. Nie korzystał z okazji, ograniczając się do zdawkowych pomruków i jęków.
Chciał wyjść.
Naprawdę tęsknił za świeżym powietrzem.
W niedoli wszystkiego mu brakowało. Marzył o tym, by móc rozwiesić na dworze pościel, a potem w słońcu wdychać zapach prania, nawet jeżeli Hermiona byłaby zaniepokojona jego radością. Niestety, nawet gdy próbował sobie to wyobrazić, rzeczywistość mu nie pozwalała – do jego nozdrzy dobiegał jedynie smród glonów i okolicznych pajęczaków. Tęsknił za zapachem świeżo skoszonego trawnika oraz trawy po deszczu, chodź tak naprawdę nigdy nie lubił aromatów zieleni, ani nie ciągnęło go do prac ogrodowych. Tęsknił za domowym prysznicem po wyjątkowo ciężkim pojedynku z Tomem, a nawet za lepkim potem na skórze, będącym wynikiem ćwiczeń.
Westchnął ze świadomością, że raz na zawsze stracił syna. Tom, którego znał, od dawna nie istnieje.
Czas nieprzerwanie upływał, a ból słabł i się nasilał. Nie sposób było rozróżnić dni, a tym samym zorientować się, ile jest w niewoli.
– Jaki mamy dziś dzień…? – zapytał z trudem. Język miał suchy i sztywny, oduczony mowy. Stanowił kolejne bezużyteczny organ, które po dłuższym nie używaniu zanikał.
– Niedawno zaczął się listopad – odpowiedział ogólnikowo Tom, najwyraźniej bardzo zadowolony z podjętej inicjatywy. W radości pochylił się i, jak gdyby byli normalną parą, wymienił z kochankiem pocałunek. – Temperatura zaczyna spadać, więc rzuciłem zaklęcie termoizolacyjne wewnątrz wieży. Czujesz chłód?
Harry jakby został ogłuszony – nie usłyszał pytania. Miał wrażenie, że krążąca mu w żyłach krew zaczyna się cofać, by ostatecznie zamarznąć.
Listopad. Jest listopad 1946 roku.
Ogólnikowa data była niczym młotek aukcyjny. Uderzenie z trzaskiem w drewnianą podstawę oznaczało koniec wszystkiego.
Tom nigdy nie dojrzeje, aby być dobrym człowiekiem.
Harry zawiódł.
Chcąc, nie chcąc, poznał smak porażki. Przez cały ten czas pokładał wiarę w nikłej szansie na sukces i jak natarczywy pies warował przy swoim, uparcie odmawiając uznania innego scenariusza, ale w końcu musiał przyznać, że nie podołał zadaniu. Nim się obejrzał, nadszedł listopad, a zza rogu wyglądała zima.
Misja zakończyła się klęską.
Zawodząc towarzyszy broni, poległ na całej linii. Wziął na siebie za dużo, zbytnio się martwił powodzeniem, za często się wahał – teraz to widział.
Nic nie wskórałem, podsumował ze smutkiem.
Ślepy na drobne niepowodzenia, zupełnie przegapił moment, kiedy jego upór przerodził się w obłudę, a wysiłki ostatecznie przyczyniły się do jednego, wielkiego żartu. Tolerancja, którą okazywał dziecku oraz uleganie sztuczkom Toma doprowadziły do największej katastrofy w dziejach czarodziejskiego świata.
Był głupcem.
W końcu zrozumiał znaczenie słów Hermiony.
To gra przygotowana przez Los!
Moje gratulacje. Wygrałeś, przeciwniku.
– Jaka jest twoja słabość…? – zapytał pewnego dnia, nie mając już nic do stracenia.
Tom pocałował go w odpowiedzi, a potem przeleciał. Po wszystkim zawisł nad nim jak drapieżnik nad ofiarą i arogancko się uśmiechnął.
– Nie mam żadnej – odparł z niemałą dumą, bo któż normalny wyspowiadałby się wrogowi, nawet w łóżku.
Joan była ślizgonką z prawdziwego zdarzenia.
Gdyby nie fakt, iż nie podzielała wszystkich poglądów swojej rodziny, najprawdopodobniej zostałaby głową rodu, a tak to miano otrzymał jej hedonistyczny młodszy brat.
Abraxas Malfoy zmrużył oczy, nie mogąc oderwać spojrzenia od siedzącej naprzeciwko kobiety.
Joan była znana wśród ślizgońskiej wspólnoty. Nawet pobici do nieprzytomności, powiedzieliby, że jest zdrajczynią. Inteligentna, ambitna i silna, nie zamierzała poświęcać się dla przyszłości swojej rodziny. Co więcej, dobrowolnie okryła się hańbą, odcinając od korzeni.
Temu upokorzeniu niewątpliwie towarzyszyła zazdrość i uraza.
Wystarczy pomyśleć, ile jej ród mógłby zyskać, mając po swojej stronie jednego z młodszych, wysoko mierzących aurorów z tendencjami do zarządzania zasobami ludzkimi oraz z potencjałem do wpływania na decyzje Ministra Magii.
Abraxas nie miał innego wyjścia, jak zacisnąć mocno zęby i powściągnąć emocje. Jesteś od niej lepszy, podbudował się mentalnie.
– Właśnie się zastanawiałem, czy nie chciałaby pani zawiązać ze mną współpracy? – Uśmiechnął się fałszywie.
Joan nie traciła czasu na ślizgońskie gierki. Usłyszawszy pytanie, momentalnie doszła do właściwego wniosku.
– Chodzi o Harry'ego.
Abraxas zachował spokój. Zamiast kroku wstecz, w beztroski sposób skinął głową.
– Widzę, że zauważyła pani pewną nieprawidłowość. Ciężko mi jednak stwierdzić, w jakim stopniu rozwiązała pani zagadkę.
Joan szybko się zorientowała, że coś jest nie w porządku. Chociaż Harry powiedział, że długo go nie będzie, nadal powinni utrzymywać ze sobą kontakt. Magiczne sowy w niczym nie przypominały gołębi pocztowych – zazwyczaj bez najmniejszych problemów potrafiły odnaleźć odbiorcę listu, chyba że podczas doręczenia napotkały przeszkodę nie do przejścia.
Cóż, Tom nadal pracował u Borgina & Burkesa, jednakże nie wykazywał żadnych oznak zaniepokojenia zaistniałą sytuacją.
Aż nadto podejrzane.
– Mam kilka tez – powiedziała ogólnikowo, a następnie potrząsnęła głową. – Skoro mnie pan do siebie zaprosił, powinien podzielić się niezbędnymi informacjami.
Abraxas się uśmiechnął, tym razem prawdziwie. Szczere uniesienie kącików niosło nutkę tajemniczości.
– Podejrzewam, że rozpoznaje pani ten obiekt.
Naturalnie. Srebrny wisior w kształcie klepsydry odbiegał od tradycyjnie noszonej biżuterii i rzucał się w oczy. Harry zawsze miał go na szyi. Z początku myślała, że łańcuszek ma dla niego szczególne znaczenie, ale to nie była drobnostka, a całkiem spora ozdoba, często nieporęczna.
Harry nie zdjąłby wisiora.
– Skąd to masz? – Gdyby zabijała wzrokiem, Malfoy natychmiast padłby trupem.
Ten jednak, niewzruszony, rozłożył ręce.
– Widziałem, jak Tom próbuje zniszczyć wisior. Nie wybrzydzał w zaklęciach, rzucając nawet Avadę Kedavrę, ale jego wysiłki spełzły na niczym. Ostatecznie wrzucił go do kanału La Manche, więc niedługo później kazałem zaufanemu słudze odnaleźć naszyjnik. Mój ród omal nie stracił wówczas porządnego skrzata domowego, zaprawionego w magii.
– Co spotkało Harry'ego…? – zapytała wprost, koncentrując się na najważniejszym.
– Nie trzeba być geniuszem, aby zgadnąć.
Joan zaniemówiła. Oczywiście, mogła się domyślić. Ze zniekształconą wizją świata i wypaczonym monopolem na Harry'ego, Tom najprawdopodobniej w jakiś sposób go skrzywdził.
Na szczęście jego życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo.
– Czy zawiążemy współpracę? – Uśmiechnął się Abraxas.
Zmarszczyła brwi.
– Nawet przez sekundę nie rozważysz scenariusza, gdzie zawiadamiam oddział aurorów, który zaciąga was wszystkich do Azkabanu? – spytała chłodno.
– Spotkała cię zawodowa degradacja, panno Joan. Na ten moment ślizgoni przejęli połowę Ministerstwa, a cechuje ich podobna ambicja i priorytety. Zdecydowana większość jest też powiązana ze śmierciożercami. Czy jest pani na tyle naiwna, by myśleć, że pozwolą odebrać sobie przywódcę? – wytknął pobłażliwym tonem Malfoy. – Mogę odsłonić kilka kart, ponieważ jest pani zupełnie bezradna.
Joan zacisnęła usta.
Z natury nie sposób wyrosnąć. Urodziła się ślizgonką, a ściganie przestępców z imienia prawa było po prostu częścią jej pracy, a nie fundamentem zasad moralnych. Zdegradowana na niższe stanowisko, przestała mieć aspiracje na awans, czyli nie musiała stawiać Toma Riddle'a za swój cel.
Malfoy był spostrzegawczy, więc natychmiast zobaczył drobne zmiany na twarzy rozmówczyni. Wyciągnął rękę.
– Liczę na owocną współpracę.
Joan odwzajemniła uścisk po krótkiej chwili wahania.
– Czemu zdradzasz Toma Riddle'a?
– To żadna zdrada. Kiedy w grę wchodzą interesy mojej rodziny, pragnę wyjść na nich jak najlepiej. – Uśmiechnął się Abraxas. – Chcę... lepszego przywódcy.
Tak było od zawsze – od czasów starożytnych do współczesności; od początków kobiet i mężczyzn; od czasów rzymskiej świetności oraz elżbietańskiego dobrobytu; od zarania dziejów – wpływy dzieliła granica. Nie może jej przekroczyć ani sługa, ani pan.
– Chociaż nie sympatyzujemy ze sobą politycznie, przyświeca nam jeden cel. Porozmawiajmy o przyszłości.
Joan poprosiła o klepsydrę.
– Co chcesz z nią zrobić? – Malfoy zrobił dziwną minę. – Jeżeli chcesz poszukać specjalisty od run, to oszczędzę ci trudu; wszystkim się zająłem. Wypytałem wielu ekspertów, ale żaden nie potrafił określić znaczenia tych symboli.
– Czy któryś specjalista mógł się równać z nauczycielami z Hogwartu? – Uśmiechnęła się kobieta.
– W porządku. – Abraxas nie ufał Joan, ale nie miał innego wyjścia, jak oddać jej naszyjnik.
Właśnie w ten sposób Joan zawitała do Hogwartu.
– Och, w czym mogę pani pomóc? – zapytał profesor, nalewający kobiecie szklankę chłodnej wody.
Nie mogła powstrzymać uśmiechu. Nie zamierzała niepotrzebnie się ociągać, więc wręczyła mu wisior.
– Jestem zaniepokojona zdobieniami. Czy pomoże mi pan przetłumaczyć te symbole?
Czarodziej wziął naszyjnik i, poprawiwszy spadające z nosa okulary, przyjrzał się runom. Po minucie uważnego studiowania, jakby doznając olśnienia, zmarszczył brwi.
– Cztery albo pięć lat temu przyszedł do mnie uczeń z naszkicowaną kopią tych symboli. Również prosił mnie o pomoc w tłumaczeniu. Byłem bardzo zaintrygowany, ale nigdy nie przypuszczałem że przyjdzie mi zobaczyć oryginał. – Uśmiechnął się mężczyzna i oddał wisior.
Uczeń…? Niewątpliwe Tom Riddle.
Cztery lub pięć lat temu…?
Czy to wtedy Tom zaczął wątpić w Harry'ego? Czy naprawdę badał tę sprawę jeszcze w szkole?
Przerażający...
– Do jakich wniosków pan doszedł? – zapytała.
Nauczyciel ponownie poprawił okulary.
– To bardzo skomplikowana magia, ale nie będę wydawał się w szczegóły. W skrócie jest to urządzenie, które najprawdopodobniej pozwala podróżować w czasie i przestrzeni, nawet dziesiątki lat.
– Co też pan mówi…?
– Cóż, właściciel naszyjnika może skoczyć w czasie do dowolnego momentu w ciągu ostatnich stu lat. Nie jest ograniczony tylko do przeszłości, czyli może przemieścić się także w przyszłość – wytłumaczył cierpliwie, przyzwyczajony do pytań ciekawych materiału uczniów.
Joan zmarszczyła brwi.
Harry… jest podróżnikiem w czasie…?
Zacisnęła dłoń na klepsydrze.
To wyjaśniało, dlaczego Tom chciał zniszczyć naszyjnik.
Zamierzał zatrzymać Harry'ego na zawsze.
