Rozdział 86
Ucieczka
Grudzień 1946
Tom zauważył, że Harry był zaniepokojony.
Zawsze go obserwował – albo otwarcie, albo z ukrycia – więc, zanim kochanek się zorientował – zaczął dostrzegać jego nawet najdrobniejsze wahania nastroju.
Nie skomentował zmiany i nadal spokojnymi ruchami karmił Harry'ego pokrojonymi w kostkę kawałkami jabłka. W ciszy patrzył, jak mężczyzna automatycznie otwiera buzię, a potem gryzie i przełyka ofiarowane owoce.
– Nad czym się zastanawiasz? – zapytał i pochylił się do przodu, aby zlizać słodki sok z jego ust. Z niemałą satysfakcją zarejestrował, że w momencie nastąpił przełom. Harry nagle jakby odzyskał rozsądek i całkowicie skupił się na rozmówcy. Tom uwielbiał widzieć swoje odbicie tych pięknych, szmaragdowych oczach; nienawidził zaś ich pustego spojrzenia.
Gdy kochanek nie wykorzystywał swoich mimicznych atutów, sprawiał wrażenie odrealnionego i nieprzytomnego. Obojętnego.
Z powodu braku spacerów po świetle słonecznym jego skóra była blada, a wychudzenie sprawiało, że wyglądał, jakby rzeczywiście został otruty. Cóż, po prawdzie, w jego organizmie krążył jad – drapieżna tarantula co chwila się nim pożywiała…
– Powiedz, czym się martwisz. Spróbuję pomóc, dobrze? – Tom objął kochanka w talii i zaborczo do siebie przyciągnął. Emanował troską i nadzieją.
Ach, iluzje.
– Zwróć mi wolność. – Jakby znajdując ukojenie, Harry złapał młodzieńca za ramiona. – Wypuść mnie stąd – powtórzył z naciskiem.
Nadzieje są złudne.
– Pomogę ci we wszystkim, oprócz ucieczki. – Uśmiechnął się Tom, którego ręce poczerwieniały od żelaznego uścisku; nie przejmował się jednak drobiazgami. Swoją reakcją i odpowiedzią udowodnił, że czasem wciela się w rolę pobłażliwego rodzica rozkapryszonego dziecka. Zwyczajnie stał i pozwalał się ściskać.
Harry nie wiedział, czy to z powodu gniewu, ale przyczajona w nim bestia zapragnęła się uwolnić, a jego wizję zasnuła czerwona mgiełka. Mgliście pamiętał to uczucie z czasów, kiedy wciąż mieszkał u Dursleyów – ciotka i kuzyn zostawili go na targu warzywnym, którego okolic nie znał, i płakał do momentu, aż spuchły mu oczy. Będąc w wieży, odniósł wrażenie, że ponownie był pozostawionym na pastwę losu dzieckiem, płaczącym ze zmęczenia i trwogi – nie miał innego wyjścia, jak samodzielnie poszukać drogi powrotnej do domu.
Czuję się bezradny i niespokojny. Nieustannie się wahał.
Czy znów miał tarzać się w osamotnieniu…? Czy znów miał zostać zapomniany przez świat…? Niedoceniony…? Niekochany…?
Przed oczami przelatywały mu przebłyski dawnego życia. Wspomnienia odżywały, raz za razem. Wpadający za zasłonę Syriusz. Ukrywanie się pod Wieżą Astronomiczną. Upadek Dumbledore'a. Rita Skeeter po raz pierwszy rozpisująca się nad jego tchórzostwem…
Przeszedł w życiu naprawdę wiele. Mijał wszystkie te przeszkody i pomimo licznych siniaków od losu, nadal trzymał głowę wysoko w górze.
Teraz wściekle zaciskał zęby, świadomy przekrwionych z wysiłku oczu. Szmaragdowe tęczówki straciły swój zwyczajowe blask, przygniecione ciężarem niezdrowego środowiska, w którym przyszło mu egzystować.
Nie mógł odwrócić wzroku.
Miał jeszcze jedno wyjście – najniebezpieczniejsze i ostateczne; takie, którego nie należało próbować, chyba że było to absolutnie konieczne.
W końcu nadszedł wielki dzień.
Joan nie wiedziała, dlaczego tak bardzo chciała pomóc komuś, kto w ogóle nie jest z nią spokrewniony. Ba, nie poświęcała się w takim stopniu nawet dla krewniaków. Albo kierowała nią wieloletnia przyjaźń, albo to Los popychał ją do działania – jakby nie patrzeć, zawsze potrafił znaleźć sposób, żeby przywrócić historię na właściwe tory, prawda?
– Gdy go uratujemy, dołożysz wszelkich starań, aby nie został znaleziony. – Abraxas jeszcze nigdy nie wyglądał równie poważnie. W międzyczasie ciągle się oklumował, żeby ukryć wyrachowane myśli. – W przeciwnym wypadku Tom sprowadzi go z powrotem.
Joan nigdy nie ufała Malfoyowi. Wychowana przez Slytherin, wiedziała, że to, co mówi, a rzeczywiście myśli, to dwie różne sprawy. Z całą pewnością wiele przed nią ukrywał.
– Wiem, co robić – powiedziała, dotykając spoczywającej w kieszeni klepsydry. – Ty natomiast otwarcie ze mną rozmawiasz – zauważyła, nieskrępowana. – Nie obawiasz się, że Tom odkryje twój spisek?
– Ostatnimi czasy poświęca Harry'emu całą swoją uwagę, dzięki czemu nie przygląda się poczynaniom podwładnych. – Wzruszył ramionami. – Powinnaś była zrozumieć, dlaczego chciałem z tobą współpracować. – Abraxas odgarnął włosy z twarzy. – Nasz Pan jest bardzo młody. – Uśmiechnął się znacząco.
Joan rzuciła mu obojętna spojrzenie. Zachowywał się dość frywolnie.
Malfoy był ślizgonem. To naturalne, że cechowała go ambicja i chęć podboju świata, ale różnił się od swoich przodków. Jego planom towarzyszyła wielka odwaga, niespotykana wśród starszych pokoleń.
Kto by pomyślał, że przeznaczenie w tak podstępny sposób skrzyżuje drogi dwóch ambitnych i potężnych mężczyzn…?
Oj, czarodziejski świat się zmieni.
Zmiana nie do końca była złym rozwiązaniem. Od wielu lat magiczne społeczeństwo tarzało się w stagnacji, nie parło do przodu; potrzebowało więc dobrego katalizatora dla innowacji.
Patrząc na śmierciożerców, można mieć tylko nadzieję, że nim się obejrzą, ich miejsce zajmie nowa, zrewolucjonizowana grupa z lepszymi planami na przyszłość.
Cóż, czas przystąpić do działania. Na martwienie się przyjdzie odpowiednia pora.
– Kiedy zaczynamy?
– W tym miesiącu. Trzydziestego pierwszego, czyli w dzień urodzin Toma. Uwierz, wiele czarodziejskich rodzin połączyło swe siły, aby wydać wspaniały bankiet. To najprawdopodobniej jedyny dzień w roku, kiedy nie będzie miał czasu, aby zatroszczyć się o Harry'ego – powiedział z mocą Abraxas. – W tajemnicy przed Tomem poprosiłem gobliny o pewną modernizację wnętrza więzienia. Na zewnątrz jest bariera, która osłabia najeźdźców. Gdy zerwę zabezpieczenia, nie będę miał wystarczająco siły na wykonanie następnej części planu.
– Rozumiem insynuacje. – Uśmiechnęła się szyderczo Joan.
Malfoy pociągał za struny. Może i rzeczywiście umożliwił realizację spisku, ale to jej zostawił całą czarną robotę – najniebezpieczniejsze zadanie. Wiedziała, że swoim współudziałem, zgodnie z oczekiwaniami partnera, sprowokuje Toma do działania.
Nie mogła więc przyjść nieprzygotowana.
Światło niestrudzenie próbowało przebić się przez barierę ciemności, ale gdy minęło popołudnie, zostało bezlitośnie pochłonięte.
Wydawało się, że w jaskini mieszka tylko jedna osoba – starannie chroniony więzień.
Dziś był 31 grudnia, ale Tom nie zamierzał świętować urodzin razem z Harrym.
– Wychodzisz…? – zapytał zainteresowany, który po ponad miesiącu podjął inicjatywę. Głos miał zachrypnięty, a język kołkowaty. Trudności sprawiły, że nawet jego intonacja brzmiała nienaturalnie.
Strojący się przed lustrem ślizgon poprawił muszkę, a potem się odwrócił, zachwycony niczym dziecko, które przed czasem dostało świąteczny prezent.
– Przemówiłeś, Harry – powiedział, rozradowany. W trzech krokach podszedł do kochanka i pocałował go czule w policzek. Znów przypominał wychodzącego do pracy męża. – Wychodzę.
Zawsze miał obsesję na punkcie tworzenia atmosfery pokoju, szczęścia, a nawet miłości. Chociaż wiedział, że to tylko iluzja, był w niej głęboko zanurzony. Nie chciał, by ktokolwiek go z niej wydobył.
Harry się uśmiechnął.
Żałosne, doprawdy, pomyślał z sarkazmem. Ta rodzina naprawdę została przeklęta. Wyzbyła się uczuć wyższych, bo porzuciła swe człowieczeństwo.
Salazar Slytherin uciekł z podkulonym ogonem, rezygnując przy tym z przyjaźni, miłości i rodzinnych uczuć. Meropa szukała szczęścia, ale znalazła tylko mężczyznę bez serca, który bez wahania porzucił ciężarną żonę, w ciągu sekundy zrzucając balast odpowiedzialności za dziecko. Morfin został odrzucony przez przyszłą małżonkę i skupił się na gniewie, który przysłonił mu wszystko inne. Tom Riddle zaś może i miał szansę, ale nie wygrał z naturą; stoczył się na dno, aby pogardzać miłością.
Harry wiedział, że Toma nie napędza uczucie, a chora obsesja.
Nie ma miłości bez wzajemności, prawda…?
– Możemy… razem uczcić twoje urodziny – zaproponował. – Chciałbyś…? – zapytał, specjalnie nadając wypowiedzi niezręcznego tonu, by nie wzbudzać podejrzeń.
– Oczywiście, ale musisz trochę poczekać. Wrócę wieczorem – odpowiedział zachęcająco młodzieniec, podczas gdy jego oczy przybrały szkarłatną barwę. Uśmiechnął się, zadowolony z propozycji, a następnie odwrócił do lustra i ponownie poprawił muszkę.
No właśnie, podsumował Harry. Nawet przez sekundę nie zamierzał zostać. Wręcz emanuje pragnieniem władzy i pewnością siebie.
Nie miał innego wyjścia, jak ugiąć karku przez ambitnym Riddle'em oraz każdą szansą na wyrwanie go ze szponów ciemności. Tym, co Tom zawsze faworyzował i do czego zawsze dążył, była władza i potęga, nic więcej.
Potrząsnął głową, chcąc odtrącić niechciane myśli. Potem z krzywym uśmiechem na twarzy patrzył, jak wychowanek wychodzi.
Nie miał żadnych ukrytych motywów. Zwyczajnie chciał świętować z dzieckiem urodziny; chciał tortu i świeczek; chciał powrotu do dawnych czasów, gdy wciąż byli ojcem i synem.
Bądź co bądź, kiedy skoczy w przyszłość, celebracja się skończy.
Cóż, zapomnij.
Najpierw spróbował dziabnąć się nożem, ale ostrze wykręcało się na wszystkie możliwe strony, zupełnie jakby było z gumy i żyło własnym życiem. Samookaleczanie się było długim i bolesnym procesem. Każdy, kto pragnął się rozwijać, nie stawiał na samobójstwo, zwłaszcza Harry Potter.
Zanim minęła minuta doszedł do wniosku, że zamach na swoje życie nie jest łatwym zadaniem. A jednak – na świecie były dzieci, które podejmowały tę próbę. Najprawdopodobniej chciały uniknąć odpowiedzialności i presji dorastania.
Nie potrafił zrozumieć. Jeżeli ktoś miał odwagę stawić czoła powolnemu przemijaniu życia, dlaczego miał problem ze wzlotami i upadkami, które niesie przyszłość?
Samobójstwo było z natury skomplikiowane. Nie jest do niego zdolny nikt, kto głęboko w sercu pragnie żyć.
Harry dorobił się rozcięcia na szyi – niestety, niewystarczająco poważnego, by trysnęła kałuża ciemnoczerwonej krew, aczkolwiek bolesnego. Miał świadomość, że to jedyne poprawne rozwiązanie, ale blokował go instynkt samozachowawczy.
– Przestań, ty skończony idioto!
Zanim się zorientował, nóż w charakterystyczny sposób prawie wyleciał mu z rąk. Kimkolwiek napastnik był, rzucił zaklęcie rozbrajające. Magiczna bariera Toma, tłumiąca wszelkiego rodzaju czary, zmniejszała ich moc o ponad połowę, dlatego też ostrze nie uderzyło w ścianę naprzeciwko.
Harry się rozejrzał. Zobaczywszy wszechobecną pustkę, zamrugał, zdezorientowany.
Wtem z ciemności wyłoniły się dwie osoby i nim minęła sekunda, stanęły przed nim. Na podłodze przed ich stopami leżała lśniąca peleryna niewidka, przywodząca na myśl taflę spokojnej wody.
– To rodowe dziedzictwo Potterów. Sporo się napracowałem, żeby zdobyć ten płaszcz. – Abraxas wzruszył ramionami, widząc bezbrzeżne zdumienie Harry'ego. – Bez niego posłużylibyśmy dementorom za kolację.
Malfoy i Joan...?
Krew wciąż kapała mu z rozcięcia na szyi, a świadomość skaleczenia sprawiała, że odczuwał chłód.
Skąd się tu wzięła Joan…?
Harry potrzebował bliskości. Nie marzył o niczym innym, jak otoczeniu jej ramionami. Chciał zapytać, jakim cudem go odnalazła i w jaki sposób przekroczyła próg wieży. Chciał zapytać… czy przybyła mu na ratunek…
– Porozmawiamy później, gdy stąd uciekniemy – powiedziała, zanim otworzył buzię. Mówiąc to, schyliła się po pelerynę, a następnie zarzuciła mu ją na ramiona.
Uciekniemy…
Niby jedno słowo, a jak potężne.
Oczy Harry'ego momentalnie zasnuła czerwona mgiełka. Nie płakał z wdzięczności, czy też ze strachu. Nie płakał, bo się bał. Wzruszył się, ponieważ po długim okresie skrajnej rozpaczy, w końcu dostrzegł przysłowiowe światełko w tunelu. Zawroty głowy niemal przyćmiły jego podekscytowanie.
Problem polegał na tym, że w wieży nie było nikogo, kto nacisnąłby przycisk „stop". Nie było również czasu, aby w pełni rozkoszować się nowo odkrytymi możliwościami.
Czas płynął swoim rytmem, a Los zacierał z uciechy ręce, niepowstrzymany i niezmienny.
Patrząc na zatroskaną minę Joan, Abraxas się uśmiechnął.
– Chce pani, bym przeszedł przez morze dementorów bez stosownej ochrony? – zapytał z błyszczącymi oczami; ich głębia była niezmierzona.
Harry był w posiadaniu peleryny niewidki od przeszło dziewięciu lat. Z doświadczenia wiedział, że płaszcz z ledwością dawał schronienie dwóm dorosłym osobom, a pomieszczenie w sobie trójki, w tym dwóch mężczyzn, równało się nieprawdopodobnemu.
Joan nie odpowiedziała. Nie zamierzała się wahać.
Ich plan w dużej mierze opierał się na nieporozumieniach i znakach zapytania; wyrósł na sprzecznościach. To cud, że dotarli tak daleko.
Cały świat to scena, a ludzie na nim to tylko aktorzy*. Gdy się zjednoczą, ludzie – zarówno czarodzieje, jak i mugole – potrafią wszystko. Nawet dzieci rozumieją tę logikę. Zaś w obliczu zagrożenia własnych interesów oraz ogólno pojętego bezpieczeństwa, jedność nie istnieje, albo zostaje w pokrętny sposób wypaczona.
Los westchnął. Ot, oglądał podsumowanie ludzkiej natury.
– Rozumiem, że nadszedł czas, aby zawalczyć o prawo do peleryny niewidki. – Zdając sobie sprawę, że Joan nie zamierzała się wycofać, Malfoy wyciągnął różdżkę. – Radzę się poddać. – Nim zdążyła zaatakować, rozbroił ją jednym sprawnym ruchem. Wyrzucone przez okno oręże natychmiast wpadło z pluskiem do wody i popłynęło na dno, wzbudzając przy tym zainteresowanie mieszkańców jeziora.
Zupełnie ignorując szok partnerki, wymierzył w jej przyjaciela. Harry zamrugał, orientując się w sytuacji.
Kumulując moc w czubku różdżki, Abraxas się uśmiechnął.
* Luźne tłumaczenie. Pasujący do tekstu cytat autorstwa Williama Szekspira
