Rozdział 87
Wierutne kłamstwa!
31 Grudnia 1946 r.
Joan zamarła.
Abraxas rzeczywiście się poświęcił. Zrobiwszy wyrwę w zabezpieczeniach wieży przy pomocy własnej krwi, został osłabiony, przez co w drodze na szczyt stanowiła główną siłę obronną. Czy teraz, w obrębie czarodziejskiej bariery, która destabilizuje magię czarodzieja, mogła z nim konkurować...? Co gorsza, straciła różdżkę! Nie może działać pochopnie, a tym bardziej się odsłonić.
– Naszym celem jest wydostanie stąd Harry'ego, Malfoy – przypomniała z naciskiem.
– Och, to twój zamiar – podsumował zwięźle mężczyzna i wzruszył ramionami, w międzyczasie gładząc rzeźbienia na rękojeści swojej różdżki. Wciąż sprawiał wrażenie lekkoducha, a jednak... nawet mu nie zadrżała ręka.
– Co masz na myśli? – zapytała. Nie zamierzała się ugiąć pierwsza, toteż nie odrywała od niego wzroku. Nie pokazując po sobie słabości, twardo stała w miejscu, na pozór chłodna i nieprzystępna.
– Od samego początku chciałem, żeby Potter zniknął. Od zawsze stał u boku Toma, co stanowiło niemałą przeszkodę. – Uśmiechnął się okrutnie Abraxas. – Uważam, że najlepiej będzie, jeżeli po prostu zginie – bezpośrednie rozwiązania są najefektywniejsze.
Harry przysłuchiwał się rozmowie, podczas gdy w jego głowie wszystko nabierało sensu.
Śmierć...? Idealnie – przecież właśnie próbował popełnić samobójstwo.
Zerknął w bok, wprost na dumnie stojącą Joan, z nagłą przemożną potrzebą wyciągnięcia ręki i wzięcia jej w ramiona. Och, miał czyste intencje – nijak się kierował pierwotnymi instynktami. Chciał w ten sposób okazać najszczerszą wdzięczność i współczucie, zakorzenione głęboko w sercu.
Kiedyś, gdy próbował przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości, widział w niej następną Hermionę; pragnął codzienności i dawnej swobody.
Kiedyś zlekceważył ten świat, bo uważał się za zwykłego podróżnika, który nie potrzebuje wsparcia przyjaciół i nawiązywania nowych więzi.
Sytuacja diametralnie się zmieniła.
Joan, mimo że nie musiała, wyszła przed szereg z potężną motywacją i inicjatywą w najlepszym możliwym momencie – kiedy w końcu, targany wątpliwościami, przyznał się do druzgoczącej porażki.
Coś zmienił.
– Dziękuję – powiedział i podążył za pragnieniami serca. Wyplątał spod płaszcza rękę i przytulił przyjaciółkę, przez co peleryna niewidka płynnym ruchem opadła na ziemię.
Joan na chwilę zastygła w bezruchu, nieprzyzwyczajona do bliskości drugiego człowieka. Ślizgoni unikają zbędnego kontaktu cielesnego, tak więc w czasach dzieciństwa rzadko była przytulana. Ostatni raz, kiedy tego doświadczyła, był tak dawno, że nawet nie zapamiętała szczegółów. Westchnęła, zatapiając się w tym błogim cieple. Gdy jej serce przyspieszyło swój rytm, omal nie wybuchnęła płaczem.
Harry był naprawdę wdzięczny za poświęcenie Joan, ale musiał podziękować za jej pomoc.
– Wybacz. – Uśmiechnął się z wypisanym na twarzy poczuciem winy, a potem zrobił krok wstecz. Pozbawiony zaczarowanej klepsydry, mógł wrócić do swojej linii czasowej tylko i wyłącznie poprzez śmierć w przeszłości.
Kobieta spanikowała. Nie wiedziała, dlaczego chce pomóc – w gruncie rzeczy – nieznajomemu, ale wiedziała, że jeżeli chociaż nie spróbuje, będzie ciężko żałować.
– Wracaj, idioto! – krzyknęła ze słyszalną w głosie frustracją. Cóż, była wykończona wspinaczką, a ciało powoli zaczynało odmawiać jej posłuszeństwa. Magiczna bariera nieustannie wysysała z niej energię, a rozbrojona, czuła się bezradna. Wykorzystała chyba wszystkie możliwości...
Chwila, moment!
Wsunęła rękę do kieszeni i zacisnęła dłoń na klepsydrze.
Znalazła rozwiązanie.
Nie zarejestrowawszy cichego sapnięcia Joan, Harry ze spokojem obserwował czubek różdżki Malfoya.
Odczuwał ulgę. O wiele łatwiej jest zostać zabitym, niż popełnić samobójstwo, prawda...?
– Czemu jesteś taki zdeterminowany? – zapytał Abraxasa. W jego głosie pobrzmiewały spokój i ciekawość, niepasujące do emocji człowieka, który miał zaraz umrzeć.
Nawet jeżeli sprawiali wrażenie opanowanych i zdroworozsądkowych, ślizgonami kierowało szaleństwo, ot niebezpieczna cecha charakteru. Żmija w końcu zaczęła pluć jadem.
– Nie obarczaj mnie winą za swoje niecne uczynki. Kto kazał ci uczynić się słabością Toma Riddle'a...? – zapytał wyniośle Abraxas. – Czarodziej, któremu Malfoyowie złożyli przysięgę wierności, musi być doskonały.
Uczynić się słabością Toma...?
Harry zamrugał, zdezorientowany. Gdy zmarszczył brwi, spłynęło na niego zrozumienie.
Słabość Toma Riddle'a...?
Słabość Lorda Voldemorta...?
– Jeśli twój Pan odkryje, że zabiłeś Harry'ego, najprawdopodobniej będziesz musiał zmierzyć się z przykrymi konsekwencjami. – Widząc tępą reakcję przyjaciela, Joan postanowiła spróbować przemówić Malfoyowi do rozsądku.
Nie odpowiedziawszy, Abraxas się uśmiechnął.
Naturalnie, że poniesie konsekwencje, ale nie tak nieprzyjemne, jak się wszystkim wokół wydawało. Nawet jeżeli Tom wpadnie w furię, nie ośmieli się otwarcie go skrzywdzić. Bezpośredni atak oznaczałby bowiem pójście na wojnę z Malfoyami, którzy czynnie wspierali wszelkie jego pomysły, podbudowywali ambicję oraz zapewniali środki do realizacji inicjatyw; stanowili podstawę jego śmierciożerczej armii.
Idioci.
Tom nie zaprzepaściłby swojej świetlanej przyszłości nawet dla Harry'ego Pottera.
Możliwe, że Abraxas niepotrzebnie go rozpieścił i pobłażał mu w „rodzinnej" dziecinadzie. Cóż, najwyższy czas na opamiętanie. Skoro Riddle nie chce zakończyć tej sprawy raz na zawsze, potrzeba go wyręczyć.
Z całą pewnością po tym, jak mugole zostaną wyplenieni, a czarodzieje czystej krwi zajmą należne im miejsce w świecie, Tom nagrodzi go za mądrość, a może nawet zaśmieje się ze swoich młodzieńczych wybryków i przyzna, że był ignorantem.
Oczywiście, Malfoy oficjalnie nie będzie zamieszany w śmierć Harry'ego. Aby się oczyścić, zrzuci całą winę na Joan, która w przypływie emocji, osłabiona i zdesperowana, rzuci zaklęcie w niewłaściwą stronę. Wyjdzie z wieży, będąc omamioną czarami ofiarą spisku...
Niczym pochłaniająca wodę gąbka, substancja zwana ślizgońską ambicją zaczęła się rozprzestrzeniać po organizmie żywiciela, w ostateczności wypełniając każdą komórkę ciała Abraxasa oraz wypierając wahanie, przyćmiła zdrowy rozsądek.
Poukładawszy sobie w głowie, machnął nadgarstkiem.
– Avada Kedavra!
Zanim strumień oślepiającego zielonego światła poleciał w stronę Harry'ego, Joan zacisnęła zęby i w przypływie determinacji rzuciła przyjacielowi naszyjnik.
Nie wiedziała, co dosięgło bruneta pierwsze. Miała go przed oczami, smutno uśmiechniętego, jakby na pożegnanie, a potem pustkę.
W wieży nie było ani trupa, ani srebrzystej klepsydry.
Czy zdołał uciec przez klątwą zabijającą i bezpiecznie wrócić do swojego czasu...? Czy może czekający na niego przyjaciele zostaną zaskoczeni widokiem bladych, zimnych zwłok...?
– Harry?
Tom wspinał się po krętych schodach. Wszystkie stopnie były kontrolowane przez jego magię, całkowicie izolując szczyt wieży od reszty świata.
Od niechcenia rozwiązał muszkę, a potem ją ściągnął i rozpiął górny guzik białej koszuli. Świetnie się dziś spisał. Prezentacja, której dokonał na bankiecie, sprawiła, że nie tylko lżej stawiał kroki, ale też był bardzo zadowolony. Gdyby zapytać o wrażenia zwyczajnego obserwatora, z całą pewnością odpowiedziałby, że widzi w nim dumnego ze swoich osiągnięć, usatysfakcjonowanego życiem młodego mężczyznę.
Kto by pomyślał, że to tylko pozory i w rzeczywistości jest jedynie chwilowo ukontentowanym wężem?
Majestatyczny księżyc zdobił nocne niebo, podczas gdy w jaskini wciąż panował nieprzenikniony mrok. Bankiet był naprawdę wyborny, aczkolwiek po północy zaczął przybierać zupełnie innego charakteru. Ślizgoni porzucili swe pozory szlachetności i zaczęła się prawdziwa zabawa. Kiedy zaczął otrzymywać niegrzeczne propozycje, postanowił wyjść z przyjęcia i wrócić do domu. Uśmiechnąwszy się promiennie, podziękował za gościnę i przeprosił towarzyszy.
Najwyższy czas na celebrację z Harrym.
Szedł energicznie, niczym wracający z pracy mąż, niemogący doczekać się smacznego obiadu.
Cóż, poniekąd to prawda. Pragnął od razu dobrać się do deseru.
– Wróciłem, Harry! – krzyknął w głąb sypialni, a po drodze rzucił muszkę na kanapę.
Nie otrzymał odpowiedzi.
Wtem poczuł się zaniepokojony.
Harry...?
Chcąc rozeznać się w terenie, zmrużył oczy i zaczął iść w stronę sypialni. Drzwi otworzyły się z charakterystycznym skrzypnięciem, a ten nieprzyjemny dźwięk rozszedł się echem po cichej jaskini.
Aby stworzyć miłą atmosferę, wszystkie ściany w wieży zostały opatrzone ozdobnymi klejnotami, które oświetlały wnętrze, jednakże w obecnej sytuacji, potęgowały wrażenie... martwoty.
Nikogo.
Ze spokojem pchnął drzwi do łazienki.
Nikogo.
Wstrzymał oddech i wszedł do kuchni.
Wciąż nikogo.
– Nie podoba mi się ta niespodzianka, Harry. – Uśmiechnął się ze smutkiem, przystanąwszy w miejscu.
Jeżeli teraz wyjdziesz z ukrycia, wybaczę ci twoje zachowanie.
Nie otrzymał odpowiedzi.
Pusta przestrzeń, pomimo poszerzania zaklęciami, wydawała się przytłaczająca, a wrażenie to dodatkowo potęgowały oscylujące w powietrzu fale dźwiękowe. Wieża wyglądała na wychłodzoną i pozbawioną ciepła, zupełnie jakby nigdy nie była zamieszkana.
Chłód sprawił, że Tom zadrżał.
Harry zniknął, podsumował, zanurzając się we wspomnieniach.
– Odeślesz mnie? Tak jak Billy'ego?
– Przenigdy. Wyślę cię za to do szkoły, o ile nie będziesz miał nic przeciwko.
– Nie porzucisz mnie?
– Nigdy. Przenigdy cię nie zostawię. Będę z tobą tak długo, jak będziesz mnie potrzebował.
Gdy jego oczy przybrały szkarłatną barwę, przestał się uśmiechać. Mimo że do perfekcji opanował sztukę ukrywania prawdziwych emocji i pokazywania światu fałszywych, poległ na całej linii. Nie potrafił się pohamować.
Wierutne kłamstwa! Od samego początku karmiłeś mnie kłamstwami!
Toma Riddle'a można porównać do umierającego z głodu żebraka, który ostatecznie zostaje sprowadzony do parteru. Był przekonany, że nagromadził wystarczająco jedzenia na całe życie, a jednak... pewnego dnia zrozumiał, że niczego nie posiadał. Pochyliwszy głowę w wyrazie niedowierzania, popatrzył tępym wzrokiem w puste ręce i ponownie stanął w obliczu paraliżującego zimna oraz głodu.
Nie sposób oczekiwać, by po opływaniu w luksusy ze spokojem zaakceptował los nędzarza.
Czy ten, kto raz skosztuje nieba, odpuści...?
Harry wrócił do swoich czasów...? Jak to możliwe? Jakim cudem przebił się przez zabezpieczenia i wymknął spod kontroli?
Tom, przygnębiony, wyjrzał przez okno.
Dementorzy nie mają języka, ale to nie znaczy, że nie potrafią się porozumiewać.
