Rozdział 88

Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz obojętność


16 lutego 2001 r.

Mdłości ustępowały powoli, podobnie jak uczucie nieprzyjemnego zgniatania narządów wewnętrznych oraz uciążliwe brzęczenie w uszach. Odczuwany dyskomfort sprawił, że Harry niemalże zapłakał z nostalgii.

Gdy zaczerpnął tchu, jego nozdrza wypełnił znajomy zapach, przez który zakuło go w klatce piersiowej.

Wrócił do swoich czasów. Wrócił do 2001 roku.

Dokonał niemożliwego.

Niestety, wciąż skupiony do szyderczych słowach Abraxasa Malfoya, nie miał czasu na poddanie się euforii.

Kto kazał ci uczynić się słabością Toma Riddle'a...?

Nigdy nie miał problemu ze zrozumieniem poszczególnych słów, więc dlaczego nie radził sobie teraz z pełnym zdaniem?

Co miał na myśli Malfoy, mówiąc „uczynić się słabością"...?

W niemocy upadł na podłogę, niezdolny do przynajmniej kiwnięcia palcem i poddał się przejmującemu chłodowi panującemu w laboratorium. Właśnie płacił cenę za podróż w czasie.

Czterdzieści siedem dni temu, czy też dwadzieścia lat temu otrzymał misję specjalną – zidentyfikowanie słabości Toma Riddle'a.

Czy naprawdę przez cały ten czas z trudem poszukiwał czegoś, co niby sam stworzył...?

Los jest sprytny. Chytrze wyczyścił pamięć mężczyzny, którego Harry wychował i właśnie dlatego teraźniejszy przeciwnik, Lord Voldemort, widzi w nim tylko urodzonego w 1980 roku buntownika. Pozbawiony wspomnień o ciepłym domu i osobie, która się o niego troszczyła, Voldemort jest czarodziejem bez słabości.

Wszystko poszło na marne!

Wbił wzrok w biały sufit laboratorium i wybuchnął histerycznym śmiechem. Drwił z własnej porażki i z młodzieńczych, niepoważnych ambicji odmiany losów czarodziejskiego świata. Im bardziej zmuszał się do pełnego beztroski rechotu, tym bardziej brzmiał ochryple i nieprzyjemnie.

Czy właśnie na tym polegał wielki plan Przeznaczenia...?

Harry ciągle kręcił się w kółko, aby wrócić do punktu wyjścia. Stawiał opór i walczył, nie zorientowawszy się, że to on jest głównym motorem napędowym. Na własne życzenie wypompował się z sił, żeby ostatecznie wszystkie jego wysiłki spełzły na niczym.

Los jest naprawdę niesamowity w swoim okrucieństwie. Zdumiewający, doprawdy.

Hermiona od razu przejrzała ów sprytny plan. Gdy tylko Harry zarzucił pomysłem podróży w czasie, próbowała mu go wyperswadować, mówiąc, że to od samego początku ustawiona gra, a ludzie są zaledwie pionkami na szachownicy świata.

Zdeterminowany, nie chciał słuchać.

Uparcie trzymał się urojonych przekonań i bez większych wątpliwości wkroczył na arenę wykreowanej w głowie iluzji oraz samozadowolenia i triumfu Losu.

Wciąż pamiętał swoje podekscytowanie, gdy zrozumiał, że zmienił miejsce narodzin Toma.

Teraz, spoglądając wstecz, pojął, że padł ofiarą dowcipu.

Był głupim, żałosnym ignorantem, jak zresztą zawsze.

Laboratorium było najprawdopodobniej najlepiej wyposażonym pomieszczeniem w obozie Armii Dumbledore'a. Ze względu na specyfikę misji Hermiona wyjątkowo się postarała i zabezpieczyła komnatę.

Z pozoru chaotycznie poukładane obiekty stanowiły niemalże dźwiękoszczelną barierę, która w dużej mierze zasłaniała również widoczność. Mimo to... Harry coś usłyszał.

Przycisnął więc ucho do kamiennej posadzki i przysłuchał się panującemu na zewnątrz ambarasowi.

Osłona zniekształcała dźwięk, a znaczna odległość tworzyła pogłos, przez co poszczególne słowa czy też tony były praktycznie nie do odróżnienia. Wszystko składało się na harmider.

Co do...?

Osłabiony, wstał z podłogi. Wciąż miał na sobie cienki sweter, a szeroko rozpięty kołnierzyk nie zakrywał siniaków wokół obojczyka. Przybrawszy charakterystyczną ciemną barwę, nawet na pierwszy rzut oka nie pozostawiały wątpliwości co do swojego pochodzenia; natychmiast rozwiewały wszelkie niejasności.

Nadal targany mdłościami, z trudem stanął na nogi i podszedł do drzwi laboratorium. Odrzucając wahanie na bok, nacisnął klamkę.

Wpadające przez otwór światło było tak ostre i rażące, że automatycznie zasłonił dłonią oczy. Trzymany w odosobnieniu, od dawna nie widząc słońca, miał wrażenie, że narodził się na nowo. Wreszcie poczuł, że wrócił do swojej epoki.

Wrócił do domu. Odzyskał Rona i Hermionę. Odzyskał swoich przyjaciół i towarzyszy broni. To poczucie przynależności sprawiło, że jego posępna dusza zadrżała z radości.

Światło oślepiało, a palące ciepło ciężko było wytrzymać. Zmrużył oczy, czekając na przyzwyczajenie się do nowej rzeczywistości.

W końcu mocniej pchnął drzwi, czym otworzył je na oścież. Odgłosy z zewnątrz zalały Harry'ego niczym fala, bombardując bębenki w uszach. Doznanie było przytłaczające do tego stopnia, że poczuł zbliżający się ból głowy.

To, co przykuło jego wzrok, to morze odzianych w czarne szaty śmierciożerców; naprzeciw nim zaś stały dwie najukochańsze mu osoby; rodzina, której niesamowicie mu brakowało. Pokładający w nim nadzieje i wiarę towarzysze, do ostatniej chwili bronili wejścia do laboratorium. Prawie że nieruchomi i dumnie wyprostowani przypominali starożytnych strażników strzegących najcenniejszego królewskiego skarbu.

Zapragnął ich zawołać, lecz zanim otworzył usta, przerwał mu znajomy, od dawna niesłyszany kobiecy głos.

– Ha, Wybraniec!

Jakby na znak przyjaciele natychmiast się odwrócili, a ich twarze ozdobiła ulga.

– Wszystko w porządku...? – zapytała Hermiona. Spojrzenie miała łagodne i troskliwe, choć jej wymierzona w przeciwników różdżka nawet nie drgnęła.

Ron się spiął.

– Późno wróciłeś, Harry. Jest prawie noc.

W istocie słońce zachodziło. Ognista kula stopniowo chowała się za horyzontem, z godnością się opierając. Powoli rozpoczynało się nocne preludium, podczas gdy świat ogarniała ciemność.

– Haha, Wybraniec za niedługo spotka się z Syriuszem! – wykrzyczała śmierciożerczyni. Splątane, kręcone ciemne włosy zamiast zwyczajowych loków sprawiały, że wyglądała na jeszcze bardziej szaloną.

Bellatriks Lestrange.

Harry wbił w nią pełen chłodu wzrok. Miał wrażenie, że trawiący go od środka ból wypalał mu narządy wewnętrzne.

Ron i Hermiona podeszli bliżej.

– Wszyscy się ewakuowali do Hogwartu. Ginny przewodzi. Musimy natychmiast się stąd wydostać – zakomunikowała ściszonym głosem dziewczyna, nawet na sekundę nie odrywając wzroku od wrogiego tłumu; szukała jakichkolwiek oznak poruszenia. – Dasz radę dosiąść miotły?

Harry się uśmiechnął i przytaknął.

– Wspaniale. Wykorzystajmy nieobecność Sam-Wiesz-Kogo – kontynuowała, oceniając sytuację. – Kiedy doliczę do trzech, przywołasz do siebie miotłę.

– Nie mam Błyskawicy, Hermiono. – Uśmiechnął się z goryczą. Tom Riddle pozbawił go niemal wszystkiego: wolności, możliwości powrotu do swoich czasów, przyjaciół oraz ośrodka mocy. Cudem wrócił, aczkolwiek nigdy nie odzyskał różdżki.

– Weź moją. Polecę z Ronem – zdecydowała czarownica. – Raz, dwa...

Harry przygotował się mentalnie. Oddychał spokojnie i miarowo, chcąc odpędzić do siebie ból i stłamsić mętlik, który miał w głowie. Nie może znowu zawieść przyjaciół. Musi dostosować się do sytuacji.

– Trzy. TERAZ!

Hermiona wyjęła coś z kieszeni i rzuciła w tłum, a powietrzu natychmiast rozpylił się żółto-brązowy gaz, który pochłonął wszystko wokół i zamazał przeciwnikom wizję. Do gryfonów zaś podleciały dwie miotły, na które od razu wskoczyli i poszybowali w stronę Hogwartu.

Śmierciożercy szybko zorientowali się w sytuacji i przystąpili do ataku. Niczym jeden mąż, w połowie na ślepo zaczęli strzelać zaklęciami.

Harry czuł, jak co poniektóre przelatują mu koło ucha, a powietrze pod nim nie przestawało drżeć od wybuchów magii.

Avada Kedavra!

Jakby wyczuwając niebezpieczeństwo, z trudem, chociaż instynktownie, wykonał salto, a potem przez moment obserwował, jak klątwa znika w chmurach.

Wkrótce się spotkamy, drogi Zbawicielu – głos, niczym miłosna deklaracja, poniósł się echem, cichy i zwodniczy. Wypowiedziawszy zaklęcie, Czarny Pan obrócił w dłoniach Czarną Różdżkę. Krwistoczerwone oczy zapowiadały rychłe spełnienie obietnicy.

– Voldemort! – sapnął zaskoczony Ron, a następnie zmobilizował siły, żeby przyspieszyć lot.

Harry nie spoglądał przez ramię. Parł do przodu, mocno ściskając trzonek miotły. Był zdeterminowany, aby szybko dotrzeć do celu.

Nie porzucisz mnie?

Nigdy. Przenigdy cię nie zostawię. Będę z tobą tak długo, jak będziesz mnie potrzebował.

Szkoda, że teraz pragniesz mojej śmierci, podsumował z goryczą.

Nie czas i pora na ckliwe sentymenty oraz opłakiwanie wszystkiego, co przez przekorny los utracił. W Hogwarcie czekali na niego towarzysze broni, a obok lecieli najwierniejsi pomocnicy – przyjaciele, którzy dla niego raz za razem przekraczali granicę życia i śmierci.

Harry nie miał czasu, aby zadręczać się Tomem Riddle'em i Lordem Voldemortem.

Jak to zwykł mawiać Elie Wiesel: „Przeciwieństwem piękna nie jest brzydota, lecz obojętność. Przeciwieństwem wiary nie jest herezja, lecz obojętność. Przeciwieństwem życia nie jest śmierć, lecz obojętność. Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść, lecz obojętność."


Wybraniec wrócił.

Wiadomość rozeszła się po Hogwarcie w ciągu zaledwie kilku godzin, niosąc za sobą ukojenie i nadzieje na lepsze jutro. Ci, którzy walczyli i opierali się niewolnictwu, wiwatowali i wymachiwali rękami, poruszeni do cna; nie zważali na możliwość przeforsowania mięśni i naciągnięcia więzadeł. Ci zaś, którzy byli usatysfakcjonowani swoim statusem quo i przyzwyczajeni do szarej codzienności bądź obsesyjnie podążali za rozprzestrzeniającą się niczym wirus ciemnością, postawili sprawę jasno.

– Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, ślizgoni odmówili współpracy. – George wzruszył ramionami, obserwując, jak Hermiona aplikuje lekarstwo na rany Harry'ego. – Domagali się też możliwości opuszczenia szkoły.

– To śmieszne! – jęknął Fred. – Normalnie marzę, żeby się stąd wynieśli. I to jak najszybciej.

– Ci ślizgoni... – Kobieta westchnęła, a następnie w skupieniu owinęła czoło przyjaciela gazą. Zmarszczyła brwi. – Wszyscy są potomkami wielkich czystokrwistych rodów. Większość z nich z dumą przyjmie Mroczny Znak. Mogą nam służyć za dobrą kartę przetargową... – powiedziała, lecz gdy spuściła głowę, napotkała pełne dezaprobaty spojrzenie.

– Nie jesteśmy śmierciożercami, żeby działać w podobny sposób. Postępujemy moralnie, Hermiono – argumentował Harry. – Gdy się skompromitujemy, przewaga, którą wypracowaliśmy, zniknie.

– W porządku, rozumiem. – Uśmiechnęła się z goryczą, bezradnie pocierając skronie. – Chciałabym wygrać tę wojnę.

Brunet siedział na szpitalnym łóżku w skrzydle medycznym, a niecodzienne ciepłe pomarańczowe światło dodawało mu delikatności.

– Nie wątp, że wygramy – powiedział miękko i melodyjnie. Przywodził na myśl wymawiającego świętą modlitwę w kościele księdza.

Wygrana. Triumf. Przeżycie. Od dawien dawna tych rzeczy nie można było stawiać w kategorii wyborów życiowych czy możliwości. Wraz z biegiem czasu wypowiadane przez Harry'ego słowa stały się wiarą. Niczym wzniesiona na polu bitwy flaga z herbem, mantra przyprawiała o drżenie duszy.

Kiedy zapadała noc, ból się rozprzestrzeniał. Kiedy wstawało słońce, należało przed do przodu z nadzieją.

Jak to zwykła mawiać Percy Bysshe Shelley – „Jeśli nadejdzie zima, czy wiosna może być daleko w tyle?"