Rozdział 90

Wrócę, nim się obejrzysz!


17–18 lutego 2001 r.

Hogwart niemalże opustoszał. Ślizgoni wyjechali natychmiast po tym, jak zrozumieli, że nikt nie będzie ich powstrzymywał. Na odchodne nie szczędzili przykrych słów, określając sytuację „stawieniem na własne bezpieczeństwo", czym wzbudzili gniew gryfonów. Mimo że zamek opuściła także spora grupa puchonów i krukonów, w Hogwarcie zostało o wiele więcej uczniów, aniżeli Harry się spodziewał.

Gotowość do walki zadeklarowali głównie szósto- i siódmoroczni, a młodsze roczniki, które również chciały wziąć udział w nadchodzącej bitwie, zostały przegonione przez dowcipy Freda i George'a.

Aurorzy przybywali jeden po drugim, uprzednio dokładnie sprawdzeni przez profesor McGonagall. Wiedząc, że to od starcia w szkole zależy przyszłość czarodziejskiego świata, rodzice uczniów także wykazali inicjatywę, a uzdrowiciele ze Świętego Munga zadeklarowali pomoc w opatrywaniu rannych.

Hogwart wypełniła nerwowa atmosfera.

– Musisz spotkać się z tym starym nietoperzem, dyrektorem… Snape'em, stary. Hermiona chciała, żebym cię nakłonił – powiedział nieco niezręcznie Ron, z trudem mówiąc z szacunkiem o znienawidzonym mężczyźnie. Musiał jednak przyznać, że pomimo odegrania wielkiej roli w wojnie, miał ochotę stłuc drania na kwaśne jabłko.

Harry był uparty i nie chciał ponownie wiedzieć Severusa Snape'a. Wciąż miał w pamięci wspomnienie z Wieży Astronomicznej, kiedy to mistrz eliksirów wycelował różdżką w Albusa Dumbledore'a i rzucił zaklęcie zabijające.

Mimo że nie palił się do spotkania, wiedział, że nie ma innego rozwiązania. Nigdy nie zakopali toporu wojennego, ani nie poprawili swoich relacji, ale to dzięki Snape'owi, razem z Ronem i Hermioną dotarli bezpiecznie do szkoły.


– Cóż, najwyraźniej błędnie zakładałem, że zrozumiał pan, co oznacza termin „zjawić się na czas", panie Potter.

Harry akurat wchodził do gabinetu dyrektora, kiedy dobiegł do niego czysty, okraszony sarkazmem głos, powodujący chłodny dreszcz po kręgosłupie. Może to dziwne, ale odniósł wrażenie, że po jego ciele ślizga się zimny, łuskowaty gad. Od momentu wkroczenia do czarodziejskiego świata, a tym samym rozpoczęcia szkolnej edukacji, przechodziły go dreszcze za każdym razem, gdy ktoś w ten charakterystyczny sposób wymawiał jego nazwisko.

– Profesorze Snape – przywitał się na dzień dobry, stanąwszy przed ślizgonem, który nijak się w międzyczasie zmienił. Nie mogąc powstrzymać niechęci, wbił w niego pełen urazy i niezadowolenia wzrok.

– Wciąż bezczelny. – Severus zmarszczył brwi, kiedy wydostał się spod hipnotyzującego wpływu rozemocjonowanych szmaragdowych oczu. Nie zamierzał tego przyznawać, ale przez chwilę był oszołomiony siłą odbicia w nich nienawistnych emocji. – Wciąż jesteś zarozumiały, Potter.

– Zabiłeś Dumbledore'a – powiedział oskarżycielsko Harry. Zbyt dobrze pamiętał, jak Snape mierzy różdżką w czarodzieja, którego szczerze podziwiał. Nawet przez minutę nie zapomniał, jak Albus spadał z dachu, bezwładny niczym szmaciana, odtrącona przez właściciela lalka. Co prawda, od tego wydarzenia minęły trzy lata, ale on nadal nie mógł pogodzić się ze stratą oraz nadal odczuwał paraliżujące poczucie bezradności.

Stojąc teraz w gabinecie dyrektora, pragnął cisnąć w Snape'a Sectumsemprą.

Severus zacisnął wąskie usta, co w połączeniu z otulającą go czarną jak noc peleryną, dodawało mu nieprzystępności. Z powodu braku światła słonecznego jego i tak już blada skóra stała się jeszcze bledsza, a po dłuższym przyjrzeniu się Harry zauważył, że mężczyzna jest wychudzony.

– Chociaż raz użyłbyś tej galarety, którą masz zamiast mózgu w głowie, Potter! Nawet Granger zdołała zorientować się w sytuacji. Czyżby naprawdę nieużywany organ z czasem zanikał...? – syknął wściekle mistrz eliksirów, obnażając zęby i wytrzeszczając oczy, przez co jeszcze bardziej uwidocznił swoje przekrwione białka. Z sekundy na sekundę obniżał ton głosu, czym sprawiał wrażenie bardziej zastraszającego. – Gdybym trzymał wobec ciebie jakąś urazę, Czarny Pan z uciechą zaciskałby ręce na twojej szyi. – Odwrócił się i podszedł do biurka.

– Nie bądź zgorzkniały, Severusie. – Uśmiechnął się pokrzepiająco ze swojej ramy Albus.

Snape przez chwilę wpatrywał się w portret, jakby zamyślony, a potem odwrócił się i z kwaśną miną spojrzał na gryfona.

– Wysłuchaj uważnie wszystkiego, co teraz powiem. Szczerze się obawiam, że twój niski iloraz inteligencji nie pozwoli ci na pojęcie szczegółów, ale musisz zrobić to, co ci każę – zaczął, z naciskiem przechodząc do rzeczy.

Mówił tak szybko i bez wyrazu, że Harry ledwo mógł za nim nadążyć. Nie zdążył też skinąć choćby głową, żeby wyrazić zrozumienie powagi sytuacji, bo mężczyzna już kontynuował.

– Jak dobrze wiesz, Czarny Pan podzielił swoją duszę na siedem fragmentów. Te horkruksy, których nie zdołałeś zniszczyć, zostały wchłonięte z powrotem. Czarny Pan zawsze wierzył w potęgę numerologii i uważał, że siódemka jest najbardziej magiczną ze wszystkich liczb. Problem w tym, że w rzeczywistości podzielił swą duszę na osiem części. – Severus ponownie zacisnął usta i wstał od biurka, rozpoczynając niespokojną wędrówkę dookoła stołu. – W dniu śmierci twoich rodziców, kiedy Lily Potter złożyła się w ofierze, stworzyła wokół ciebie barierę ochronną, a odbita od niej Avada uderzyła w Czarnego Pana. Znasz tę historię, aczkolwiek nie jesteś świadomy, że właśnie wtedy, dokonawszy morderstwa, nieświadomie rozerwał swoją duszę, tworząc ósmy kawałek. Niespodziewanie pozbawiony cielesnej powłoki ósmy fragment wszczepił się w najbliższego mu żywiciela, na którym odtąd pasożytował.

Harry zmarszczył lekko brwi, próbując nadążać za wyjaśnieniami Snape'a. Ten na moment urwał opowieść, aby zaczerpnąć głębokiego oddechu.

– Jesteś ostatnim horkruksem, Potter – zakończył współczującym tonem, sprawiając wrażenie wyczerpanego i wypompowanego z energii.

Gryfon zamrugał, jakby nie zrozumiał przekazu. Miał tępe spojrzenie.

Ósmym horkruksem...?

– Owszem – kontynuował z pozoru beznamiętnie mistrz eliksirów, bez najmniejszej chwili wahania. – Musisz zginąć bezpośrednio z ręki Czarnego Pana, Potter. To nie moje polecenie, a Dumbledore'a.

Zobaczywszy oszołomioną minę Harry'ego, Severus automatycznie uznał, że jest ona oznaką strachu i niemalże się skrzywił z niezadowolenia. Będąc z natury złośliwym starym nietoperzem, naturalnie, musiał dorzucić coś od siebie.

– Nie bądź tchórzem, chłopcze! Nie zginiesz, niezależnie od siły zaklęcia. Czarny Pan pozbędzie się tylko i wyłącznie swojego horkruksa, więc nie waż się wahać – oświadczył z naciskiem.

Gdy Snape zamilkł, obaj pogrążyli się w zadumie. Pomimo zapewnień, doskonale wiedzieli, że nad tym scenariuszem wisi wielkie niebezpieczeństwo.

Z powodu pasożytniczego hokruksa Harry był odporny na klątwę uśmiercającą, ale doświadczenie wszystkich związanych z nią nieprzyjemności, było co najmniej problematyczne. Były one tak uciążliwe, że z łatwością można je porównać do konsekwencji infekcji wirusowej, z początku przebiegającej łagodnie, a potem gwałtownie. Sama świadomość nieubłaganej śmierci, nie mogła, co prawda, odebrać życia, ale rozpraszała nadzieję i popychała ku pesymizmowi; w swoim okrucieństwie redukowała człowieka do marionetki pociąganej za sznurki przez nieumiejętnego lalkarza.

Podczas gdy Harry milczał, Snape doszedł do wniosku, że niepotrzebnie silił się na sarkazm i że wybrał nieodpowiednią porę. W pewnym momencie odwrócił głowę i dał upust długo skrywanej złości.

– Niech cię piekło pochłonie, Dumbledore! – warknął, ponownie rozpoczynając nerwową wędrówkę. – Byłem twoim szpiegiem, kłamałem i narażałem się na niebezpieczeństwo, a ty w zamian kazałeś mi wysłać chłopca prosto w szpony Voldemorta, niczym prosiaka na rzeź!

Do Harry'ego docierały pomstowania, ale ich nie słyszał. To, co mówił Snape, nie było przecież najważniejsze.

Był ósmym horkruksem.

Urodził się, aby zginąć.

– Proszę nie mówić o tym moim przyjaciołom, profesorze – wykrztusił, wciąż blady. Nie przypominał teraz bohatera wojennego, a zwyczajnego, wychudzonego młodzika, który ze stresu niknął w oczach. Mimo nagłej wątłości, w jego spojrzeniu nadal obecny był błysk, a usta ozdobił delikatny uśmiech.

Severus był zdezorientowany. W obliczu zbliżającej się wielkimi krokami śmierci Harry Potter nie sprawiał wrażenia tarzającego się w poczuciu bezradności przywódcy, czy też oszołomionego napływem wstrząsających wieści wojownika.

– Coś mi się wydaje, że informowanie Rona i Hermiony, że ich najlepszy przyjaciel jest horkruksem, nie będzie przyjemnym doświadczeniem. – W ramach próby relaksu Harry wzruszył ramionami. – Przepraszam za wszystko, profesorze – dodał na odchodne, a następnie pochylił głowę w geście szacunku. Wreszcie, po tylu latach wzajemnej niechęci, zapragnął poprosić Snape'a o wybaczenie – za znoszony przez dekadę ból, spoczywający na ramionach ciężar, za hańbę, którą się w międzyczasie okrył oraz za niesprawiedliwość, której doświadczył.

Severus z trudem się powstrzymywał. Był wytrwały w swoich dążeniach i chociaż jego osiągnięć nie sposób porównywać z dokonanymi przez Toma Riddle'a wyczynami, zasłużył sobie na miano prawdziwego ślizgona. W życiu kierował się przede wszystkim wiarą w przyszłość i lepsze jutro, co pomagało mu przekroczyć granicę pomiędzy siłą a słabością.

W milczeniu patrzył, jak Harry Potter wychodzi. Mimo chwilami wciąż dziecinnych rysów twarzy, młody przywódca w ogóle się nie zgarbił, a wręcz przeciwnie, parł do przodu z wyprostowanymi plecami i wysoko uniesioną głową.

Wtem stało się coś nieoczekiwanego – pielęgnowana latami upokorzenia uraza zaczęła stopniowo zanikać.

Severus w końcu zrozumiał, dlaczego Potter nazywany jest „Wybrańcem".

Westchnął i potarł skroń.

Czekam na twój powrót, chłopcze.


Harry starał się mieć otwarty umysł.

Cóż, może nie do końca. Zwyczajnie się przyzwyczaił.

Najbardziej przerażającą w świecie rzeczą nie była sama śmierć, a rozpacz i splątanie myśli, które przychodziły wraz z wyczekiwaniem dnia sądu. To nie była dla niego nowość, gdyż przeżył tę tragedię w 1946 roku. Podsumowując, doświadczał powtórki z rozrywki.

Tym, co najbardziej w świecie chciał odwlec w czasie, było spotkanie z przepowiedzianym przeciwnikiem.

Jeszcze tydzień temu głęboko wierzył, że Voldemort jest po prostu kolejną osobą noszącą skórę Toma Riddle'a, a zaledwie kilka dni później został zmuszony do zweryfikowania swoich poglądów.

Musiał zginąć z rąk Lorda Voldemorta, czyli... Toma.

– Hej, dokąd idziesz...? – Ktoś go dogonił i złapał za rękę.

Harry spojrzał przez ramię.

– Cześć, Neville. – Uśmiechnął się przyjaźnie.

Od osiągnięcia pełnoletniości Longbottom strasznie urósł – teraz przewyższał go ponad pół głowy. Stracił też sporo na wadze, ponieważ jego zazwyczaj pulchna twarz, ze względu na wystające kości policzkowe, przybrała ostrzejszy wyraz. W mrocznych czasach, w których przyszło im żyć, nikt nie pławił się w luksusach.

– Wszystko w porządku. Muszę na chwilę opuścić zamek, ale spokojnie, niedługo wrócę. Nie mów Hermionie.

Neville przez chwilę podejrzliwie patrzył, jak przyjaciel macha ręką na odchodne, a potem zrobił kilka kroków naprzód.

– Uważaj na śmierciożerców! Czają się w okolicach Zakazanego Lasu!

– Zrozumiałem! – odkrzyknął Harry i schował ręce do kieszeni szaty. Doskonale wiedząc, czego chce, swobodnym krokiem, jakby był na spacerze, skierował się w stronę lasu. – Wrócę, nim się obejrzysz! – obiecał.

Na dworze panowała ciemność. Górujące drzewa nie miały innego wyboru, jak poddać się naturze i pozwolić sobie na utratę zielonkawych jeszcze liści. Splątane pnie drzew wyrosły w dziwnych pozycjach, czym jedynie dodawały Zakazanemu Lasu punktów upiorności.

Harry Potter stawiał krok za krokiem. Z czubka zdobytej w trakcie walki ze śmierciożercami różdżki żarzyło się niestabilne, co kilka chwil gasnące, światełko.