Rozdział 92
Czyja to wina...? Niczyja
20 lutego 2001 r.
Gdy słońce wzeszło, poprzez chmury przebiło się jasne światło przecinające ciemność nocy. Chociaż wydawało się, że dzień będzie słoneczny, chłodnawy wiatr co rusz smagał po odsłoniętych twarzach, a zimno przenikało aż do kości.
– Widzieliście Harry'ego? – zapytała Hermiona, kierowana niepokojem, który stopniowo przekształcał się w panikę.
– Coś się stało...?
– Zniknął wczorajszej nocy.
Ron machnął lekceważąco dłonią, gdyż ostatnio przyjaciel był chodzącym kłębkiem nerwów, więc to logiczne, że potrzebował chwili odpoczynku. Nie należało się nad tym szczególnie rozwodzić.
– Harry ma wyczucie czasu i nie jest dzieckiem, Hermiono. Najprawdopodobniej poszedł się przespacerować, albo coś podobnego. Myślę, że wystarczy nam na dziś zmartwień.
Neville, który jadł obok śniadanie, zastygł z widelcem w połowie drogi do buzi.
– Och, widziałem go wczoraj. Wchodził do Zakazanego Lasu.
Hermiona zacisnęła usta i spróbowała wyciszyć podchodzące do gardła serce. Może rzeczywiście zbyt się nakręcała...?
12:00, 15:00, 18:00, 21:00, 23:00.
Strach o bezpieczeństwo przyjaciela przejmował nad Hermioną kontrolę, nawet kiedy ciężko pracowała.
– Harry wciąż nie wrócił? – zapytała po raz pięćsetny.
– Jeszcze nie – odpowiadał ciągle Ron, aż w końcu zrozumiał, że coś jest nie w porządku. – Wyszedł wczoraj wieczorem, prawda? – Zaczął niespokojnie krążyć po pokoju wspólnym Gryffindoru, szukając w głowie wskazówek. Wtem się zatrzymał i wytrzeszczył oczy. Potem spojrzał na kobietę. – Udało mi się go wczoraj nakłonić do spotkania ze Snape'em!
– Zapytajmy więc profesora.
Hermiona zdecydowanym ruchem wstała z kanapy i, zabezpieczywszy pracę, poszła razem z Ronem do gabinetu dyrektora.
Głowę Snape'a wypełniała pustka. Może i był jednym z naprawdę niewielu mistrzów w dziedzinie oklumencji, ale tym razem sprawa zwyczajnie go przerosła. Nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś podobnego.
– Co powiedzieliście...? – Zniżył głos, otumaniony do tego stopnia, że po prostu powtórzył wypowiedziane wcześniej przez gryfonów słowa. – Wciąż nie wrócił...? – Chwilę zajęło mu otrząśnięcie się z szoku. Gdy doszedł do zmysłów, wykrzywił usta w kpiącej imitacji uśmiechu. – Może poczuł się przytłoczony i uciekł z podkulonym ogonem? Czemu przychodzicie z tym do mnie?
Ron sapnął ze złości i najprawdopodobniej rzuciłby kilka nieprzyjemnych zdań, gdyby nie Hermiona, która w odpowiednim momencie złapała go za nadgarstek i ostrzegawczo ścisnęła.
– Doskonale pan wie, że to wykluczone, profesorze – stwierdziła spokojnym tonem, czujnie skanując zmiany w zachowaniu i mimice twarzy mężczyzny.
Snape, oczywiście, wiedział, że zasugerowany przez niego scenariusz jest nieprawdopodobny. „Nierozważny", „impulsywny", „łatwowierny", a nawet „pustogłowy" to określenia godne opisu nadziei czarodziejskiego świata, Harry'ego Pottera, ale nie „tchórzliwy", czy też „kapitulancki". Cóż, po prawdzie, nawet jego świętej pamięci ojciec, James Potter, nie powinien być nazywany „bojaźliwym".
Nie odpowiedział, próbując naleźć dobre rozwiązanie problemu. Chłopiec poprosił go o zachowanie sprawy w tajemnicy, argumentując swoje stanowisko stwierdzeniem: „Coś mi się wydaje, że informowanie Rona i Hermiony, że ich najlepszy przyjaciel jest horkruksem, nie będzie przyjemnym doświadczeniem".
– Nie wiem, gdzie jest – podsumował na głos rozważania, wkładając w te słowa jak najwięcej słynnej ślizgońskiej drwiny.
– Jasna cholera, Snape! Zamiast chodzić w kółko, po prostu powiedz nam, co zrobiłeś Harry'emu! – Ron wbił w Severusa rozwścieczony wzrok. Miał ochotę do niego doskoczyć, podnieść za kołnierzyk koszuli i porządnie nim potrząsnąć, ot tak na opamiętanie. Już od dawna nie był zastraszonym przez nauczyciela uczniem, a dorosłym mężczyzną, który nie pozwalał, aby strach przejmował nad nim kontrolę.
Snape z kolei wciąż pamiętał, jakim studentem był Weasley. Czy dla dobra swojego najlepszego przyjaciela rzuciłby wyzwanie staremu nietoperzowi...?
– Przestań krzyczeć, chłopcze – powiedział ostrzegawczo, zniżając głos do lodowatego szeptu. – Macie natychmiast opuścić mój gabinet. Potter z pewnością wróci.
Zadanie, które wykonywał, było tylko trochę bardziej niebezpieczne od poprzednich.
Na tym etapie Severus przekonywał samego siebie. Musiał się w jakiś sposób pocieszyć.
Wróci, bo misja jest w gruncie rzeczy prosta.
– Życie Harry'ego może być zagrożone, profesorze.
Niestety, zawsze znajdzie się ktoś, kto w najbardziej niesprzyjających okolicznościach otwarcie odmówi zaakceptowania wygłaszanych na głos stwierdzeń.
Hermiona powstrzymała niespokojnego Rona. Mimo że była ostoją spokoju, nie potrafiła powstrzymać się od podniesienia głosu.
– Musimy poznać wszystkie szczegóły, profesorze. Harry jest bardzo ważny nie tylko dla nas, ale i dla losów naszej strony. Nie możemy sobie pozwolić na podejmowanie choćby najmniejszego ryzyka!
Snape przez chwilę milczał, po czym uchylił rąbka tajemnicy. Może to przez nagłe zniknięcie złotego chłopca, ale jakby stracił rozum.
– Potter poszedł stawić czoła Czarnemu Panu.
– Szlag! – Ron natychmiast dobył różdżki. – A więc naprawdę jesteś śmierciożerczą gnidą...!
– To polecenie Dumbledore'a – dodał z drwiną mistrz eliksirów, kwestią wyjaśnienia.
– Przecież zabiłeś Dumbledore'a, pieprzony zdrajco! – Weasley zaklął i zrobił się czerwony ze złości. Różdżka, którą mierzył w rozmówcę, nawet nie drgnęła. Miał totalny mętlik w głowie.
To również było polecenie Albusa, dopowiedział sobie Severus.
– Ochłoń trochę, Ron.
– Niby jak...? – Na skroni wyskoczyła mu nerwowa żyłka. – Facet kazał Harry'emu szukać szalonego czarnoksiężnika!
Wziąwszy głęboki oddech, Hermiona spojrzała na Snape'a. Wyraźnie oczekiwała dalszych wyjaśnień.
– Potter jest ósmym horkruksem. Musi zostać osobiście zabity przez Czarnego Pana – wytłumaczył mistrz eliksirów, z minimalną przyjemnością obserwując zmiany zachodzące na twarzach gryfonów.
– Wróci cały i zdrowy...? – zapytała Hermiona, wciąż mocno zaniepokojona bezpieczeństwem przyjaciela.
Severus uśmiechnął się kpiąco, a następnie spojrzał na pustą, pozłacaną ramę wiszącą za biurkiem. Albus, jak to za życia miał w zwyczaju, rozpłynął się w powietrzu w momencie, kiedy był najbardziej potrzebny.
– Wasz ukochany dyrektor zagwarantował mi, że w starciu unicestwiony zostanie tylko horkruks.
Hermiona się zamyśliła. Nie chcąc zaakceptować prawdy, ciągle gdybała i gdybała. Wszystko miało jednak sens.
Chwila, nie jest dobrze!
Gdy się zmotywowała, wróciła do wertowania wspomnień. Naprawdę żałowała, że od czasu do czasu nie może zmienić się w maszynę, która będzie pamiętać nawet najdrobniejsze szczegóły. Zanim natrafiła na coś godnego uwagi, było za późno.
Wkrótce nastała noc. Księżyc oświetlał niebo, a w Hogwarcie panowała kompletna cisza.
Hermiona wyskoczyła z łóżka, zlana potem.
Zaledwie miesiąc temu, kiedy Harry skoczył w przeszłość, a następnie wrócił, powiedział, że horkruks z medalionu zniknął. Los nie pozwolił na istnienie dwóch identycznych części duszy, więc wymazał zbędny fragment z wisiora. Idąc tym tropem, jednocześnie pozbył się również pasożytniczej cząstki duszy...
Uświadomiwszy sobie prawdę, zapłakała.
Klątwa uśmiercająca nie uderzy w nieistniejącego horkruksa, a w Harry'ego...
Hermiona straciła nad sobą panowanie. W momencie zalała się łzami, które spływając po policzkach, zaczęły moczyć jej koszulę nocną oraz pościel. Wszechobecna ciemność potęgowała strach, zaś powodująca torsje cisza sprawiała, że jej płacz brzmiał wyjątkowo smutnie. Szlochając, nie myślała nawet o otarciu nosa.
Z początku szczerze wierzyła, że będą razem na zawsze, ot Hermiona Granger, Harry Potter i Ron Weasley – Złota Trójca. Więź, którą wypracowali w oparciu o wieloletnią przyjaźń, była przecież nierozerwalna, trwała i stabilna. Żywiła przekonanie, że pomimo ciężkich czasów, będą razem dorastać, razem skończą szkołę i wkroczą w dorosłość, aby się wspólnie zestarzeć. Nigdy nie przypuszczała, że pewnego dnia zostaną rozdzieleni, a Harry zmieciony z powierzchni ziemi. Nawet nie pomyślała o tym, że przyjdzie jej egzystować ze świadomością utraty bliskiego przyjaciela.
Powodem, dla którego razem z Ronem i innymi zgromadzonymi wokół dziecka przeznaczenia kompanami codziennie stawiała czoła śmierci, mrokowi oraz terrorowi, nie była szlachetność. Wszyscy mieli zaledwie po dwadzieścia kilka lat, a więc powinni oddychać pełną piersią i czerpać garściami z życia; powinni budzić się rano i wypełniać swe dni szczęściem i śmiechem. Oczywiście, sprawa skrzyżowanych dróg z Harrym Potterem diametralnie zmieniała podejście do świata i przyszłości. Gdyby ich losy się nie splotły, Hermiona nigdy nie opuściłaby rodzinnego gniazda, nie spałaby w śpiworze pod gołym niebem, ani nigdy nie doświadczyłaby głodu.
Czknęła.
Nieważne, kto zdobędzie władzę.
Modliła się, aby Harry przeżył.
Następnym razem Ron nie wytrzymał i naprawdę złapał Snape'a za fraki.
Chłopiec, który zawsze określał się mianem „twardego chłopa", a nie „płaczącej baby", miał zaczerwienione oczy i drżące z nerwów wargi. Łzy płynęły mu ciurkiem po zaczerwienionych policzkach.
– Jaki miałeś powód, Snape? Niby czemu Harry musiał zmierzyć się z Czarnym Panem...?
Owszem, z początku był zazdrosny o słynnego Harry'ego Pottera i związany z tym nazwiskiem prestiż, o wypełnione po brzegi złotem krypty w skarbcu, o szansę zdobycia sławy podczas Turnieju Trójmagicznego, o stanowisko kapitana gryfońskiej drużyny quidditcha, o wrzeszczących wniebogłosy fanów i wielbicieli, o mdlejące z zachwytu kobiety – o życie Wybrańca.
W pewnym momencie zwyczajnie się pogodził z rolą drugoplanowego bohatera oraz tym, że w czarodziejskim świecie istniał „Harry Potter" i... tylko „Harry", jego najlepszy kumpel i po prawdzie pierwsza osoba, która zobaczyła, kim naprawdę był, kim mógł być oraz kim powinien być.
Niemal od zawsze więc widział w Harrym krótkowzrocznego, wiecznie potarganego nastolatka, który odsuwał od siebie tartę z melasą (choć wszyscy doskonale wiedzieli, że uwielbiał słodycze), żeby Ron miał małą przekąskę; widział w nim brata, za którego oddałby życie ze świadomością, że w razie wypadku, przyjaciel zrobiłby dokładnie to samo.
Zawsze arogancki i dumny Severus, także się zmieszał.
– Nie jestem pewien. Albus powiedział, że...
Nie wysłuchawszy reszty wyjaśnień, Ron gwałtownie puścił Snape'a i pobiegł prosto do portretu Dumbledore'a.
– Zwróć nam Harry'ego – zażądał ze łzami w oczach.
– Wybacz, moje dziecko – powiedział starzec, nie tak wesoły, co wcześniej.
Albusowi Dumbledore'owi, nieważne jak mądremu i z pozoru wszechmocnemu, daleko było do Boga. Potrafiąc przewidywać bieg wydarzeń, nie mógł przepowiedzieć przyszłości. Co więcej, poświęcił życie dla dobra złotego chłopca, a potem powitał śmierć w imię pokoju. Teraz zaś był zaledwie namalowanym na płótnie czarodziejem, ożywionym przy pomocy magii.
Czyja to wina...?
Niczyja.
– Może wciąż jest nadzieja. – Hermiona wściekle przetarła oczy. – Nie jesteśmy w stu procentach pewni, czy Harry naprawdę poszedł do Sami-Wiecie-Kogo...
Ron zwiesił głowę, Ginny schowała twarz w dłoniach, a Fred i George milczeli. Wszyscy dobrze wiedzieli, że wiara, którą żywi Hermiona jest złudna. Istniało naprawdę niewielkie prawdopodobieństwo, żeby Harry postąpił inaczej, niż należy.
– Musimy go sprowadzić z powrotem. – Ron podniósł wzrok. Oczy miał zaczerwienione i boleśnie opuchnięte. – Nawet jeżeli nie żyje, chciałby spocząć na naszej ziemi. – Prawie nic nie zostało z niegdyś wesołego i impulsywnego gryfona. Teraz w Armii Dumbledore'a udzielał się poważny, dorosły mężczyzna. – Kiedy utracimy Harry'ego, wielu żołnierzy odejdzie z Hogwartu. W przeciwieństwie do nich nigdy się nie poddam. Nie przestanę walczyć i obiecuję, że, kurwa mać, pozarzynam wszystkich śmierciożerców! – Wstał ze swojego miejsca i rozejrzał się po zatroskanych twarzach towarzyszy. – Ci, którzy chcą zrezygnować, niech odejdą. Ci, którzy chcą zostać, niech odbiją Harry'ego.
W pokoju zapadła cisza.
Wszyscy się gapili – wiecznie niezdecydowany Seamus, uwielbiający urzędnicze sprawy Percy, a nawet zazwyczaj trzymająca się z boku Cho. Owszem, obawiali się śmierci, aczkolwiek bardziej zależało im na odzyskaniu przywódcy.
Niektórzy się wahali, by ostatecznie zostać na stanowisku.
