Rozdział 94

Otworzyć trumnę!


Marzec 2001 r.

Śmierciożercy zażądali, żebyśmy opuścili Hogwart przed końcem kwietnia, podczas gdy profesor Snape dał nam czas na zdobycie ingrediencji do połowy marca.

Czarny atrament automatycznie przyciągał wzrok, zwłaszcza na białej rolce pergaminu. Końcówka pióra zawisła w powietrzu, a następnie postawiła kończącą zdanie kropkę. Właścicielka pamiętnika zmarszczyła brwi, a tusz zaczął stopniowo blaknąć.

Miała wątpliwości.

Jest dziewiąty marca.

Cho Chang nie wiedziała, w jaki sposób dobrze zakończyć wpis. Pisanie dla potomnych przypominało tworzenie muzyki – wymagało odwagi, by kontynuować, bo najciężej rozpoczynało się nowy utwór.

Prowadzenie pamiętnika jest konieczne, pomyślała. Zawsze znajdą się rzeczy godne opisania albo detale, które warto przekazać następnym pokoleniom.

Nawet jeżeli naprawdę przegrają tę wojnę i zginą w trakcie ostatecznej bitwy, zostawią po sobie spuściznę i dziedzictwo. Dziennik będzie pamiątką ich istnienia.

Wzięła głęboki oddech, namoczyła końcówkę pióra w kałamarzu i wróciła do notowania faktów.

Hermiona zdobyła smocze serce. Jesteśmy o krok bliżej sukcesu.

Zanim zdążyła się zastanowić, co warto napisać dalej, usłyszała zamieszanie na korytarzu i przytłumione przez grube zamkowe ściany niespójne krzyki.

Hogwart ogarnęła panika. Uczniowie, którzy postanowili zostać na posterunku i bronić swoich wartości, nie byli zaprawionymi w boju żołnierzami, a nastoletnimi ochotnikami. Chociaż zawzięcie pragnęli walczyć i przeciwstawiać się reżimowi, brakowało im siły i mądrości. Mimo odpowiedniego nastawienia i dobrych intencji, byli zaledwie dziećmi. Im szybciej nadchodził kwiecień, tym bardziej puszczały im nerwy, a serca ogarniał strach. Niejeden przerażony ochotnik próbował zbiec pod roztargnionym wzrokiem dorosłych.

Ci odważniejsi zaś nie narzekali.

Cho zaniepokoiła się zamieszaniem. Po krótkiej chwili wahania odłożyła pióro i zamknęła pamiętnik.


Jest jedenasty marca.

Od dawna nie widziałam profesora Snape'a. Minęło około dwudziestu dni odkąd postanowił zamknąć się w swoich komnatach i przestał przychodzić na posiłki. Zdesperowane skrzaty domowe zaczęły przynosić mu obiady do gabinetu. Tajemnica, którą owiane jest wskrzeszenie zmarłego, musi być naprawdę nieprzenikniona. Żaden z zapytanych przeze mnie krukonów, a nawet Hermiona, nie znali szczegółów.

Dla wielu Hogwart stał się miejscem przechodnim. Dorośli, w dużej mierze nauczyciele oraz popierający nas aurorzy, codziennie wyruszają na misje, żeby zdobyć któryś z cenniejszych składników eliksiru.

Odnaleźliśmy Fawkesa. Wyglądał, jakby rozumiał, że jest potrzebny. Wczesnym rankiem przycupnął na swoim miejscu w gabinecie dyrektora.

Harry musi wrócić do życia przed dwudziestym pierwszym marcem, bo inaczej wszystkie nasze wysiłki pójdą na marne.

Zostało tylko dziesięć dni, a wciąż nie mamy nawet połowy potrzebnych ingrediencji.

Najważniejsza jest krew Czarnego Pana.


Jest piętnasty marca.

Zebrawszy siły, spróbowaliśmy zdobyć krew. Każdy się bał, bo zadanie sprawiało wrażenie niewykonalnego. Gdy przy stole zapadła cisza, zgłosił się ochotnik.

Ron Weasley.

Profesor McGonagall nie wyraziła zgody. Uważała, że jest lekkomyślny i działa pod wpływem impulsu.

Niektórzy się pytali, dlaczego wyszedł z inicjatywą. Na każde pytanie odpowiadał: „Harry jest moim przyjacielem".

Oto co znaczy prawdziwa przyjaźń.

Chciałabym mieć w kimś podobne wsparcie.


Jest szesnasty marca.

Z wyprawy nie wrócił nikt, prócz Szaloonokiego Moody'ego, przywódcy zespołu.

Nawet się do niego nie zbliżyliśmy", powiedział. Podczas zdawania raportu z przebiegu misji, cały czas podtrzymywał swoją protezę nogi, która ukruszona, utrudniała mu poruszanie. Twarz miał posiniaczoną i zakrwawioną. Niektóre strupy były stare i zakrzepłe. „Wróg jest liczniejszy, niż podejrzeliśmy", dodał. „Wyglądaliśmy, jakbyśmy wpadli prosto w mrowisko. Śmierciożercy szybko nas otoczyli, a on po prostu siedział i patrzył na przedstawienie. Wyszliśmy na nieudolnych klaunów. Gdy się znudził, ziewnął i wstał z miejsca, żeby coś przekąsić".

Simon. Ernie. Anna...

Nie zginęli, a trafili do niewoli. Czeka ich los gorszy niż śmierć.


Jest siedemnasty marca.

Nie zwlekaliśmy – bo zwłoka nie była czymś, na co mogliśmy sobie pozwolić – i spróbowaliśmy ponownie. Wykorzystaliśmy uczucia, które targały nami po pierwszej porażce. Modliliśmy się, żeby śmierciożercy, którzy właśnie zakosztowali zwycięstwa, byli rozluźnieni i nieprzygotowani na drugi atak.

Wszyscy milczeli i chociaż się bali, nie zgłosili sprzeciwu.

Chyba w końcu zaczęliśmy dojrzewać. Skończyliśmy z dziecinadą i niedojrzałym zachowaniem.

Bohater popychał nas do przodu.

Jeżeli wierzyć opowieściom, odkąd ukończył jedenaście lat, Harry co roku samotnie stawiał czoła niebezpieczeństwu.

Był dzieckiem.

Najwięcej styczności z Czarnym Panem miał w wieku szkolnym, a my, chociaż jesteśmy dorośli, wciąż czujemy się małolatami.

Harry walczył od dziecka. Nie wiem, czy jestem tym zdruzgotana, czy pod wrażeniem.


Jest osiemnasty marca.

Nikt nie wrócił.

Czarny Pan przypomina bawiącego się myszami kota. Protekcjonalnie i z satysfakcją patrzy na nasze bezowocne wysiłki.

Pismo było nierówne, jakby właścicielka notatnika nie potrafiła porządnie utrzymać pióra. Literki często się zazębiały, przez co ciężko było rozczytać notatkę.


– Kończy nam się czas – podsumował Snape, w końcu wyszedłszy ze swojej pieczary. Pod oczami miał niezdrowe, ciemnoniebieskie sińce. – Trzy dni. Mamy co najwyżej trzy dni na zdobycie krwi Czarnego Pana. Jeżeli zawiedziemy, pozostanie nam tylko modlitwa.

Hermiona była bezradna. W swej rezolutności kupiła smocze serce za fortunę, wezwała z powrotem Fawkesa, przekonała centaury do użyczenia próbki szpiku kostnego i rzuciła się na gigantycznego pytona, żeby zdobyć jego kły, ale... Voldemort w niczym nie przypominał magicznego stworzenia. Był najwybitniejszym uczniem, którego wypuścił Hogwart, najambitniejszym oraz najpotężniejszym czarnoksiężnikiem na świecie.

Lord Voldemort był inkarnacją diabła.

Gdy na sali zapadło milczenie, na środek wyszła profesor McGonagall. Wygłosiła krótką przemowę na temat obowiązków do udźwignięcia oraz zaznaczyła, że poświęcenie kamratów stanowi ogromną stratę. Na koniec wyznała, że czuje się staro.


Jest dwudziesty marca.

Jutro upływa ostateczny termin na ożywienie Harry'ego. Nie tracimy nadziei.


Jest dwudziesty pierwszy marca.

Straciliśmy nadzieję.

Nadszedł wielki dzień, a nam nie udało się zdobyć nie tylko krwi Czarnego Pana, ale też innych potrzebnych ingrediencji.

Najgorsze jest to, że już raz przeżywaliśmy żałobę, a teraz znów pogrążyliśmy się w rozpaczy. Otrzymaliśmy od losu drugą szansę i po prostu patrzyliśmy, jak okazja wymyka nam się z rąk. Chcieliśmy ją pochwycić, ale uciekła.


– Wszystko gotowe – zameldowała Ginny. Mimo małego uśmiechu na twarzy sprawiała wrażenie mniej żywiołowej niż zazwyczaj. Wyglądała, jakby bezpowrotnie utraciła sens życia.

Hermiona skinęła głową. Ostatni miesiąc wyssał z niej całą siłę.

– Cóż, bez względu na wszystko musimy zorganizować pogrzeb.

Pogrzeb, powtórzył w myślach Ron. Nawet podczas najgorszych chwil nie wyobrażał sobie uczestnictwa w pochówku najlepszego przyjaciela, zwłaszcza w tak młodym wieku.

Snape dołożył wszelkich starań, aby ciało Harry'ego było dobrze zachowane. Mimo chłodnej skóry wciąż był miękki i sprężysty. Nie zmieniło się nawet zakrzywienie łuku w kącikach jego ust.

Wielka Sala posłużyła za tymczasowy dom pogrzebowy. Trumna została ustawiona w centrum, na środku schodów na podium, na specjalnych podnośnikach, aby była jak najbardziej widoczna. Ciemny kolor drewna wydawał się absorbować całe światło z okolicy, więc profesor McGonagall postanowiła zwiększyć jasność sufitu.

Nie zabrakło nikogo. Wszyscy chcieli uczestniczyć w pochówku największego bohatera w historii, któremu nie udało się uratować czarodziejskiego świata.

Cóż, w pewnym sensie osiągnął zamierzony cel.

Hermiona zajęła się formalnościami i dopracowała szczegóły. Nie wiedziała, w jaki sposób przebiega pogrzeb w magicznej kulturze, ale zrobiła, co w jej mocy, aby raz na zawsze pożegnać najlepszego przyjaciela.

Pieśń zaśpiewali wspólnie.

Który gładzisz grzechy świata, daj im odpoczynek.

Który gładzisz grzechy świata, daj im odpoczynek wieczny*.

Snape stał w tłumie, wyprostowany jak nigdy przedtem. Mimo że posiadał operowego głosu i choć nieszczególnie było go słychać, z uporem śpiewał ze wszystkimi.

Gdyby tylko wtedy się pohamował...

Pieśń powoli cichła, aż requiem się skończyło.

Nie wygłoszono podniosłych mów, ograniczono się do skromnego przemówienia, bo słowa utraciły na wartości i nie mogły oddać ogromu poświęcenia ofiary.

Najważniejsze, że rozumiemy.

– Czas zamknąć wieko!

Ciemna pokrywa została w magiczny sposób podniesiona, a potem opuszczona na swoje miejsce. Po komnacie rozszedł się charakterystyczny, drewniany stukot.

Skrzynia została zamknięta.

– Zabezpieczyć trumnę!

Wyciągnięto przygotowane zawczasu czarne gwoździe, a zgromadzeni żałobnicy wbili w nie rozżalone spojrzenia. Na białych sztandarach pojawiła się czarna, przypominająca uderzenie sędziowskiego młotka kropka**.

Trzask! Trzask! Trzask!

Gwoździe były przybijane jeden po drugim, podczas gdy wszyscy wstrzymali oddech. Czarodzieje urodzeni w mugolskich rodzinach mogli przyrównać tę scenę do momentu ukrzyżowania Jezusa, kiedy przebijano mu dłonie oraz stopy. Przy każdym gwoździu trumna wydawała z siebie przytłumione, ciężkie westchnienie. Wiele osób płakało.

Kiedy ostatnia szczelina została zabezpieczona, Harry Potter pogrążył się w nieprzeniknionej ciemności.

– Cisza.

Zanim wszyscy zdążyli pochylić głowy, wrota do Wielkiej Sali otworzyły się z hukiem, a do środka wpadł tłum odzianych w czarne szaty ludzi.

Żaden strój nie równał się będącej w centrum uwagi czerni trumny.

– Voldemort! – Ron natychmiast dobył różdżki. Wciąż miał opuchnięte i zaczerwienione oczy. Z wypisaną na twarzy zaciekłością patrzył na wchodzącego do Wielkiej Sali czarnoksiężnika. Nigdy wcześniej nie wykazywał równie ogromnej odwagi. – Nie możecie się odwalić choćby na moment? To nie jest czas na walkę.

Stojący na czele Voldemort nie zaszczycił go spojrzeniem. Zamiast tego wbił wzrok w trumnę. Krwistoczerwone tęczówki, wwiercające się w ciemne drewno, wyglądałby nadzwyczaj upiornie. W istocie, przerażający widok. Z kamiennym wyrazem twarzy przypominał antyczną rzeźbę, a emanujące od niego poczucie wrogości i zagrożenie sprawiło, że nawet Bella obawiała się podejść bliżej.

Gdy w końcu poruszył ustami, pokazał światu swą zawziętość.

– Otworzyć trumnę!


* Tłumaczenie „Requiem" Mozzarta, z pominięciem początkowego „Baranku Boży". Czarodzieje zazwyczaj nie wyznają mugolskiej wiary.

** To chiński zwyczaj, aby na pogrzebach rozwieszać białe sztandary