Rozdział 95

Życie to nie bajka


Marzec – Maj 2001 r.

Otworzyć trumnę...?

Usłyszawszy polecenie, nawet najbardziej zatwardziali śmierciożercy się zawahali. Niezależnie od regionalnej kultury, otwarcie zapieczętowanej trumny było oznaką oburzającego braku szacunku dla zmarłego i powiadano, że zakłócało spokój duszy.

Czarny Pan był nieugięty. Chciał ponownie ujrzeć trupa.

Szok wkrótce minął. Ludzie zaczęli powoli kiwać głową, usprawiedliwiając nietypowy rozkaz. Harry Potter był odwiecznym wrogiem Lorda Voldemorta, a poprzez przepowiednię połączyła ich nienawiść. Czyżby poprzysięgli sobie, że nawet po śmierci nie zaznają spokoju...?

Śmierciożercy rzucili się więc do trumny, czym przeważyli szalę.

– Jak śmiesz zakłócać ceremonię, cholerny padalcu...! – Głos Rona poniósł się echem po Wielkiej Sali, potężny i onieśmielający. Od wysiłku rozbolało go gardło, ale nie przestawał krzyczeć w nadziei, że gniewem złagodzi swój strach przed Czarnym Panem.

Niestety, Armia Dumbledore'a nie miała większych szans.

Nie byli przygotowani do bitwy. Na czas pogrzebu przyodziali czarne, jedwabne szaty i skórzane bądź zamszowe buty, zamiast pełnego umundurowania i chroniących przed lżejszymi obrażeniami pancerzy oraz obudowanych wojskowych desantów. W zestawieniu do o wiele liczniejszych sił wroga, byli niczym kocięta, zbyt młode, aby pokazać swe prawdziwe oblicze i pazury. Ucieczka z kolei nie przyszła im nawet do głowy. Nie zostawiliby zmarłego towarzysza na pastwę losu.

Szybko zostali więc unieszkodliwieni.

Bella zaśmiała się szaleńczo, po czym skierował różdżkę na trumnę i zaczęła otwierać skrzynię, wyszarpując żelazne gwoździe. Nim minęło pięć minut, wieko zostało odsunięte z wielkim hukiem, a blade oblicze nieboszczyka ponownie ujrzało światło dzienne.

Śmierciożercy, posłuszni rozkazom, próbowali ściągnąć z zaświatów nieszczęsną duszę. Jakby nie patrzeć, ich zabawa stanowiła najokrutniejszą zemstę. Niektórzy uśmiechnęli się obłąkańczo, święcie przekonani, że Czarny Pan ucieszy się z widoku zbezczeszczonych zwłok.

Bella nie była wyjątkiem. Uwielbiała tortury, fizyczne i psychiczne. Czuła się spełniona, słysząc zawodzenie, pełne bólu krzyki i zdesperowane błagania o litość, która nie nadejdzie. Chociaż Harry Potter milczał, niezdolny do wypowiedzenia przynajmniej jednego słowa, przestała się hamować. Wyciągnęła dłoń, z niemałym zadowoleniem rejestrując pełen oburzenia krzyk „nie dotykaj go!", najprawdopodobniej tej napuszonej szlamy i, pozbawiona skrupułów i wyrzutów sumienia, pociągnęła Wybrańca za ramię.

W szale przestała zwracać uwagę na swoich towarzyszy i nim się obejrzała, uderzyło w nią czerwone zaklęcie, praktycznie przygwożdżając do ściany naprzeciwko.

– Mój panie...! – sapnęła, lekko otumaniona, a następnie zaczęła się czołgać w kierunku swego oblubieńca.

Voldemort nie zaszczycił jej spojrzeniem. Zamiast tego chwiejnym i jakby skrępowanym krokiem podszedł do otwartej trumny.

W ciągu zaledwie jednego miesiąca mężczyzna bardzo się zmienił. Częste podróże w czasie nadszarpnęły jego zdrowie, przez co z dnia na dzień był coraz to bledszy, a teraz, gdy leżał bez życia, jego cera przybrała jeszcze gorszy odcień. Rysy twarzy, niegdyś pogodne, stały się kruche i pozbawione wyrazu; kończyny, niegdyś silne i zapalone do walki, wiotkie i bezwładne.

Nie przypominał Harry'ego Pottera.

Widać, że zmarł młodo.

Tego nieszczęsnego marcowego dnia, praktycznie pięćdziesiąt lat później, Tom Riddle ponownie został skuty łańcuchami.

Los jest naprawdę okrutny. Po tym, jak Lord Voldemort podbił czarodziejski świat i zajął należne mu w nim miejsce, jak w końcu wypełnił przepowiednię, jak zabił swojego największego wroga, jak w brutalny sposób odebrał wszystkim ostatki nadziei, Los uczynił go zwycięzcą i w nagrodę zwrócił utracone wspomnienia.

Każdy, kto próbował zmienić historię, musiał ponieść karę.

Każdy, kto naruszał fundamenty i podróżował w przestrzeni, musiał zapłacić za swe zuchwalstwo. Jaka jest odpowiednia cena za cofnięcie się w czasie o ponad siedemdziesiąt lat...?

To gra ustawiona przez Los.

Niezależnie od posiadanej wiedzy i doświadczenia życiowego, marionetka nie jest w stanie oprzeć się manipulacji sznurkami przez marionetkarza. Wszyscy tańczą posłusznie, wedle wyższego widzimisię. Wbrew powszechnej opinii Los nie jest wszechmocny – panuje nad przeszłością, a przyszłość pozostawia w rękach Przeznaczenia.

Lord Voldemort był kukiełką i teraz, stojąc przed otwartą trumną, zaskoczony spostrzeżeniami i oszołomiony okrutnym biegiem wydarzeń, cierpiał katusze. Przypominał dziecko, które po raz pierwszy, dotąd oszukiwane przez dorosłych, uzmysłowiło sobie odwieczne prawa rządzące światem.

– Mój panie...?

Nie zwracał uwagi na zaniepokojonych śmierciożerców. Czuł się wypompowany z energii, ponieważ minęło naprawdę sporo czasu, odkąd ostatnim razem zakosztował bólu.

W swej zapobiegliwości już dawno temu pozbawił się ludzkich instynktów – odrzucił je razem z żalem, smutkiem i pragnieniem. Uznał, że najlepiej będzie zapieczętować te wszystkie uczucia w horkruksach. Gdy z powrotem wchłonął fragmenty duszy, był przekonany, że, zapomniane, nie będą go w żaden sposób nękać.

Któż mógł sprawić ból niepokonanemu Lordowi Voldemortowi...?

Śmierciożercy w napięciu obserwowali, jak ich przywódca się zatacza, a potem, by utrzymać równowagę, chwyta się brzegu ciemnej trumny. Natychmiast pospieszyli mu z pomocą.

– Stań ze mną do walki, tchórzu! A może się boisz? – Nie chcąc ustąpić, Ron prawie szarpał się z przyjaciółmi, którzy próbowali go powstrzymać. Nawet Snape, zazwyczaj powściągliwy i opanowany, zaciskał pięści.

– Cisza! – ryknął Czarny Pan. Oderwawszy wzrok od nieboszczyka, spojrzał na rozwścieczonego Weasleya. Szkarłatne przywodziły na myśl dwa rozżarzone węgle, a ich blask kojarzył się z wypełnionym dymem polem bitwy, śmiercią, zniszczeniem, porzuconymi zwłokami oraz świeżo płynącą krwią.

– Proszę, przynajmniej pozwólcie nam go pochować... – wyszeptał ktoś z tłumu żałobników.

Tom rzucił młokosowi chłodne spojrzenie, mając wielką ochotę na wyciągnięcie różdżki i ciśnięcie w niego odpowiednim zaklęciem.

Nie podobało mu się to słowo – „pochować".

Ponownie popatrzył na Harry'ego. Nie mógł uwierzyć, że przygląda się martwemu obliczu czarodzieja, którego znał od ponad dwudziestu lat.

Zacisnął usta.

Nie, dopóki żyję.

Nie przejmując się opinią publiczną, schylił się i na oczach wszystkich, wyciągnął ciało z trumny. Czując przejmujący chłód, wzmocnił uścisk, jakby chciał w ten sposób zachować zanikającą witalność.

Zawsze był okrutny, pomyślał i przycisnął mężczyznę do piersi.

Za każdym razem, gdy poruszał rękoma, przypominał sobie, że zabił Harry'ego Pottera. Też nie grzeszył delikatnością.

Z największą ostrożnością zaczął kierować się ku wyjściu z Wielkiej Sali.

Co dokładnie poszło nie tak...? Czemu sprawy obrały taki kierunek...?

Zawsze stronił od pomyłek.

Gdzie popełniłem błąd...?

Tom był zdezorientowany, ale jego zwątpienie miało przelotny charakter. Nigdy nie żałował oraz nie modlił się o zbawienie duszy. Wszak zawsze gardził szeroko rozumianą słabością.

Bezwładne ciało ciążyło mu w ramionach i praktycznie musiał się zmuszać do stawiania kroku za krokiem. Szedł powoli i poniekąd ślamazarnie, ignorując promieniujący od żeber ból. Każdy ruch uzmysławiał mu, że czas stawić czoła faktom.

Zabiłem Harry'ego Pottera.

Czemu uległ...? Jak mógł przegrać...? Był przecież wojownikiem, panem swego losu, nawet jeżeli musiałby walczyć o każdy oddech.

Przeszedł połowę drogi, a potem stanął w miejscu.

– Możesz odpokutować grzechy, Severusie – powiedział wszem wobec, oceniwszy sytuację. – Wskrześ go, a wybaczę ci zdradę.

Wielka Sala oniemiała. Snape zmarszczył brwi, podczas gdy wszyscy inni wytrzeszczyli z niedowierzania oczy.

– Mój panie...? – zapytał, zdezorientowany, jakby nie zrozumiał prostego przekazu. Gdy się pozbierał, pochylił usłużnie głowę. W momencie odzyskał nadzieję. – Może zdążę przed zapadnięciem nocy, aczkolwiek... niektóre ingrediencje są trudne do pozyskania.

Voldemort przez chwilę mierzył Severusa wzrokiem.

– Śmierciożercy są do twojej dyspozycji – powiedział w końcu i odszedł, pozostawiając wszystkich w niemałym szoku.

Och, tak. Los był potężny.

Tom Riddle zaś nieugięty.


– Dzień dobry, Harry.

Obok niego leżał młody mężczyzna z kołdrą naciągniętą na brzuch, prezentując idealną sylwetkę. Miał kruczoczarne włosy i czerwone oczy. Był tak przystojny i onieśmielający, że aż zapierał dech w piersiach.

Wpatrzony w cudowne oblicze, niespodziewanie zapragnął zapłakać.

Harry dopiero się obudził, więc potrzebował chwili, aby oprzytomnieć.

Tak, nazywam się Harry Potter.

Nieistotny szczegół.

Oczywiście, nie był zorientowany w sytuacji, gdyż codziennie przychodził na świat.

To całkiem śmieszne, spełniły się twoje marzenia! – powiedziałby najchętniej Voldemort, ale Harry tylko popatrzyłby na niego z niezrozumieniem i zapytał: „przepraszam bardzo, spotkaliśmy się wcześniej...?".

Ogólnie rzecz ujmując, każdego dnia obchodził swe narodziny. Gdy otwierał z rana oczy, był niczym noworodek, pozbawiony wspomnień i wiedzy, którą przez całe życie nabywał.

Znał tylko swe imię – symbolizowało odpowiedzialność i przenikające go aż do szpiku kości poczucie obowiązku.

– Tom Riddle, twój partner i kochanek. – Czarnowłosy oparł się na łokciu i złożył na ustach Harry'ego delikatny pocałunek. Zachowywał się ostrożnie, pod pewnymi względami przypominając zachowawczego rodzica. Gdy mężczyzna nie zareagował, a tylko kiwnął głową, dodał: – Nie leż za długo, bo musimy zatroszczyć się o dom. W końcu zakwitły nam róże.

Tom nie krępował się nagością. Odrzucił kołdrę na bok i wstał z łóżka. Jego wyrzeźbione dłutem ciało pokrywały małe, charakterystyczne, czerwone punkciki.

Harry sapnął. Rozpoznawszy malinki, gwałtownie się zarumienił.

Stracił pamięć, owszem, ale nie całkowicie. Wraz ze wspomnieniami nie utracił pierwotnych instynktów, potrzebnych do przetrwania. Pamiętał swe codzienne nawyki oraz nie zapomniał, jak się pisze, czyta oraz czaruje. Nie miał za to wiedzy na temat przyjaciół, czy też losów rodziny oraz minionych wydarzeń.


Posiadłość była prawdziwym dworem. Kiedy przystanął przy oknie i wyjrzał przez szybę, zauważył, że obrzeża posesji strzegą wypielęgnowane krzewy. Był początek maja, czyli nadszedł czas rozkwitu – zielone grządki nabierały miłych kolorów.

– Chodź, zjedz śniadanie. – Uśmiechnął się Tom. W rękach trzymał dwa talerze.

Harry odszedł od okna i usiadł sztywno przy stole. Niezwykle przestronna i bogato zdobiona jadalnia sprawiała, że czuł się trochę nieswojo, zwłaszcza że nie mieli żadnego towarzystwa. To dziwne, ale był podenerwowany tym, że na siłę próbuje znaleźć temat do rozmowy.

– W jaki sposób... stałem się taki...? – zapytał z nurtującym w głowie pytaniem. Dlaczego jego pamięć ograniczała się tylko do jednego dnia...?

Tom spojrzał na niego, jakby oszołomiony. Szkarłatne oczy pięknie się komponowały z przebijającymi się przez białe chmury promieniami słonecznymi.

– Cóż, z powodu mojego zaniedbania... zostałeś ranny, a twoje problemy najprawdopodobniej są konsekwencją wypadku. – Uśmiechnął się pokrzepiająco. – Spokojnie, od teraz będę cię bardziej pilnować. To, że czasem coś zapomnisz, nie ma większego znaczenia.

– Dziękuję – odpowiedział nieprzytomnie Harry. Siedzący obok mężczyzna wciąż wydawał mu się obcy, nawet jeżeli twierdził, że jest jego partnerem życiowym.

Cała ta sytuacja... była nienormalna.

Ufał swoim instynktom, gdyż nigdy go nie zawiodły. Wiedział, że w posiadłości mieszka więcej osób. W kątach zaś chowały się skrzaty domowe, które obserwowały ich z daleka. Najpewniej należało zachować ostrożność.

I właśnie wtedy, gdy po śniadaniu zabrali się za oporządzanie krzewów, zobaczył innego czarodzieja – przystojnego mężczyznę w srebrzystej pelerynie o bardzo jasnych, platynowych blond włosach. Nieznajomy był wyraźnie zaskoczony sielankowym widokiem, który zastał, bo aż przystanął w miejscu i zaniemówił.

W gruncie rzeczy Malfoy wciąż nie przyzwyczaił się do myśli, że Harry Potter został przywrócony do życia oraz nie potrafił zrozumieć zawiłości jego relacji z Lordem Voldemortem. Niemniej jednak, nie skomentowawszy trywialnej pracy ogrodowej, potrząsnął głową i podszedł do Czarnego Pana. Wiedział, że nie powinien zawracać sobie głowy nieistotnymi szczegółami, a skupić się na rzetelnym wykonywaniu powierzonych mu obowiązków.

Tom miał na sobie proste ubranie, na nogach dłuższe buty, zaś w dłoniach trzymał łopatę.

Nawet jeżeli nie przyodziewał swoich nieodłącznych, przerażających czarnych szat, wciąż emanował pewnością siebie, władzą i potęgą, przez co wszyscy śmierciożercy nadal mieli ochotę czołgać się u jego stóp.

– Mój panie. – Draco się pokłonił. – Zgodnie z ostatnim życzeniem Severusa Snape'a nakazałem pochować go w Dolinie Godryka.

Tom skinął głową, a potem wrócił do przerwanego odwiedzinami zajęcia. Podczas przycinania krzewów wykazywał się skrupulatnością, sumiennością i cierpliwością.

Spoglądał z pogardą na tchórzostwo Severusa. Czarodziej od dzieciństwa był zakochany w pewnej dziewczynie, ale wybrał milczenie i w ostatecznym rozrachunku nie zawalczył o swą miłość. Zamiast tego z wypisanym na twarzy bólem patrzył, jak wpada ona w ramiona innego mężczyzny. Skończył z niczym, by wziąć samotność za kochankę.

Z drugiej strony nie sposób zaprzeczyć, że posiadał prawdziwy talent i był doskonałym mistrzem eliksirów. Aby uratować Harry'ego, poświęcił własne życie. Każdy czarnomagiczny rytuał wymagał równoważnej ceny, a za przywrócenie zmarłego do życia, płaciło się najwyższą.

– Kim jest Severus, Tom? – zapytał ni stąd, ni zowąd Harry.

Malfoy odwrócił wzrok, aby nie zdradzić swej konsternacji.

– Czemu chcesz wiedzieć...?

Gryfon trochę się speszył. Zwiesił głowę, czym odsłonił kark.

Draco zamrugał, dostrzegając czerwone ślady. Wystarczy mi stresu, doszedł do wniosku.

Harry się wyprostował.

– Czuję, że to mój znajomy – odpowiedział po chwili, a w jego głosie słychać było dawną, stalową nutę.

Spojrzenie Toma stwardniało, a oczy przybrały intensywniejszą barwę. Jakby wbrew sobie, uśmiechnął się i, z wyrazem troski i nadziei, potrząsnął głową.

– Masz jakieś przebłyski...? Może w końcu lekarstwo, które piłeś wczoraj, zaczęło przynosić oczekiwane rezultaty. O nic się nie martw. Jestem przekonany, że pewnego dnia całkowicie wyzdrowiejesz, a twoje wspomnienia wrócą.

Harry naprawdę był dobrym obserwatorem. W mig zrozumiał, że Tom nie chce udzielić mu wyczerpującej odpowiedzi i celowo błądzi dookoła tematu.

Zadawanie pytań mijało się więc z celem, podsumował.


Harry nie wiedział wiele o świecie, a informacji mógł uzyskać jedynie poprzez swojego partnera.

– Muszę wyjść na moment. Śmiało, możesz pospacerować – powiedział Tom, a następnie włożył czarną pelerynę i wyszedł z zamku.

Harry skorzystał z sugestii i zaczął zwiedzać rezydencję. Niestety, niekoniecznie samodzielnie. W pobliżu wyczuwał czyjąś magiczną sygnaturę, ale przynajmniej nieznajomy nie podchodził bliżej niż na dziesięć metrów. Najprawdopodobniej miał zapewnić mu bezpieczeństwo, ale i patrzeć na ręce.

Chodził bez celu, trochę oszołomiony. Gdy wyszedł na zewnątrz, automatycznie powędrował w stronę różanych krzewów. Kiedy dotarł do końca listowia, dostrzegł majestatyczne, żelazne bramy ogrodzenia.

Alohomora.

– Użyj Bombardy.

– Kiepski pomysł, Hermiono! Cały teren został otoczony solidną barierą przeciwklątwową. Ona nie tylko wzbrania przed aportacją, ale też zaburza równowagę miotły. Tych cholernych bram nie sposób, kurwa, otworzyć!

Kto narzekał...?

– Spokojnie, Ron!

O dziwo, te głosy wydały się Harry'emu znajome. Natychmiast rzucił się do pracy i odgarnąwszy wystające gałęzie, przepchnął się do przodu. W szaleńczej gonitwie zapomniał, że róże mają kolce i się skaleczył. Aby za nim nadążyć, cichy obserwator także przyspieszył kroku.

Kiedy wypadł z krzaków, nie mógł złapać tchu.

Harry!

Spojrzał na przybyszów, którzy chcieli się włamać do zamku i coś rozbłysnęło mu w głowie. Znał te twarze.

– Ron...? Hermiona...?

– Pamiętasz nas...? – Rudzielec tak mocno zacisnął dłonie na kracie ogrodzenia, że aż zbielały mu kostki. Wyglądał na bardzo szczęśliwego.

Patrząc w pełne nadziei oczy gości, Harry nie miał serca zaprzeczyć. Znał ich imiona, ponieważ przed momentem ich używali.

Wtem na przód wysunął się mężczyzna, który przez cały czas go śledził. Wygodnie ustawił się tak, że zasłonił przybyszom widok i jednocześnie uciął wszelkie rozmowy. W milczeniu uniósł rękę i wyczarował iskrę, by niecałe dziesięć sekund później z krzaków wyskoczyło tuzin odzianych w czarne szaty czarodziejów.

– Proszę natychmiast odejść – powiedział parze, nie wykonawszy żadnego gwałtownego ruchu. Choć może być to zaskakujące, Czarny Pan nie zamierzał zabijać ani Ronalda Weasleya, ani Hermiony Granger.

Harry się zagapił. Wcielił się w rolę biernego obserwatora, jakby stojąc z boku. Nie wiedział dlaczego, ale miał w głowie zupełny mentlik. Ogród zaczął go niepokoić, a nieprzyjemne uczucie rozlało się po jego klatce piersiowej.

– Nie ufaj mu, Harry! – zawołała kobieta. – Riddle cały czas kłamie...! – Nie zdążyła dokończyć zdania, bo jeden ze śmierciożerców, którzy zaszli ich od tyłu, skoczył do przodu i zakrył jej usta.

Wszystko rozegrało się naprawdę szybko. Zanim brunet się zorientował, nieznajomi zostali odciągnięci od ogrodzenia.

Nie ufaj mu...?

Nie ufaj... Tomowi...?

Niespodziewanie odniósł wrażenie, że gdzieś już słyszał podobne ostrzeżenie. A może zostało ono zapisane na kawałku pogniecionego pergaminu...? Czy osoba, która mu go wręczała, z trudem powstrzymywała łzy...?

Zacisnął usta, zdezorientowany. Znów stał się podejrzliwy.

– Powinien pan wrócić do środka, panie Potter – powiedział ubrany na czarno człowiek, a potem, razem ze swoimi towarzyszami, wrócił do kryjówki w cieniu.


Gdy zapadła noc, nadszedł czas, aby położyć się spać.

– Musisz wypić eliksir. – W spojrzeniu młodzieńca kryła się łagodność. – Jeżeli chcesz wyzdrowieć, musisz zażywać swoje lekarstwa. Kto wie, może jutro obudzisz się z większą ilością wspomnień? Poczekaj na mnie chwilę, zaraz wrócę.

Harry posłusznie skinął głową.

Ubrany w luźną piżamę, usiadł na wezgłowiu łóżka i rozejrzał się po sypialni. Wtem jego uwagę przyciągnęła stojąca na stoliku nocnym lampka. Światło, które rzucała na pokój, wydało mu się dziwne, a z jednej strony jakby było przyciemnione. Zaciekawiony, przysunął się bliżej.

Z tej perspektywy światełko bardziej raziło, więc potrzebował znacznie więcej czasu, żeby się do niego przyzwyczaić. Kiedy poczuł się w miarę komfortowo, gwałtownie zamrugał, aby odpędzić zgromadzone w kącikach oczu łzy.

W końcu dostrzegł ciąg niechlujnie nabazgranych liter. Linie i zakręty sprawiały wrażenie znajomych. Przez moment nie mógł rozpoznać charakteru pisma, a potem zrozumiał, że sam napisał tę tajemniczą wiadomość.

Trochę się natrudził, aby ją rozczytać.

– Nie... pij... lekarstwa...

Nie pij lekarstwa...?

– Harry.

W panice wyskoczył z łóżka, a gdy stanął bosymi stopami na podłodze, zorientował się, że Tom wrócił. Wciąż stał w drzwiach, mierząc go uważnym spojrzeniem. W dłoniach trzymał fiolkę z leczniczym eliksirem.

– Co ty wyprawiasz? – Uśmiechnął się kochanek i odstawił miksturę na stół. Gryfon prawie że westchnął, kiedy szklanka buteleczka zderzyła się z drewnianą powierzchnią. – Chodź, czas na lekarstwo.

Harry z trudem przełknął ślinę. Wszechogarniające poczucie dyskomfortu wzięło nad nim górę.

– Odpuśćmy sobie dzisiaj – poprosił z uporem, nie ruszając się z miejsca.

Uśmiech spełzł z twarzy Toma. Zastygły w bezruchu, wyglądał po prostu przerażająco.

– Bądź grzeczny, Harry. – Voldemort podniósł fiolkę.


Przez chwilę patrzył na śpiące oblicze kochanka, teraz łagodne i przyjemne dla oka. Potem podszedł do stolika nocnego i podniósł lampkę. Gdy jego wzrok przystosował się do światła, rozczytał wiadomość.

Wizję zasnuła mu krwistoczerwona mgiełka.

W trzech krokach znalazł się u drzwi sypialni i oddał lampę stojącemu na zewnątrz wartownikowi.

– Mój panie...?

– Nie chcę, aby coś podobnego wydarzyło się w przyszłości. Spal to świecidełko.

– Oczywiście.

Strażnik nieraz się nad tym zastanawiał. Skoro Czarny Pan pragnął, żeby Harry Potter zapomniał o przeszłości, dlaczego po prostu nie rzucił odpowiedniego czaru, a w zamian postanowił skorzystać z trudniejszej, ograniczonej czasowo opcji, a mianowicie eliksiru? Naturalnie, nigdy nie ośmielił się zadać nurtującego go pytania, a optymalny scenariusz rozważał tylko w głowie.

W przeciwieństwie do wartownika Draco Malfoy, odpowiedzialny za warzenie eliksiru zapomnienia, wszystko rozumiał.

Gdyby Harry Potter rzeczywiście stracił pamięć, nie byłby tą samą osobą, która z pierwszej ręki doświadczyła wojny oraz wynikającej z niej więzi z Lordem Voldemortem. Bazując na miksturze, Czarny Pan tłumił prawdziwą naturę Wybrańca i cieszył się jego uległością. Z racji tego, że nie potrafił znieść widoku martwego kochanka, ani nie mógł go zdobyć w stanie świadomości, poszedł na kompromis i rozpoczął maskaradę związku.

Tom Riddle kieruje się nadzieją, że pewnego dnia Harry Potter, bez wsparcia eliksiru zapomnienia, szczerze go uściska. Wierząc w lepsze jutro, doświadcza więc niekończącej się rozpaczy. Nie pojmuje, że partner, świadomy wspólnej przeszłości, zwyczajnie by odszedł lub wybrał śmierć.

„Lekarstwo" podtrzymywało Voldemorta na duchu. Tylko dzięki niemu mógł cieszyć się na pozór ciepłą, rodzinną atmosferą.

Los był w pewnym sensie złodziejem, ograbiającym z oryginalności i w zamian oferującym utarte schematy.

– Dzień dobry, Harry. – Uśmiechnął się następnego dnia Tom, gdy znów było miło i przyjemnie.

Życie to nie bajka.