ROZDZIAŁ DRUGI
ONCA
Wzrok Severusa przyzwyczaił się do ciemności, jednak niepokój w trzewiach nie zniknął. Wir, który targnął jego ciałem dorównywał podróży świstoklikiem z tą różnicą, że świstoklik nie powodował całkowitej ślepoty. Poczuł w powietrzu nagłą zmianę klimatu. Gorące, parne powietrze nie przypominało chłodu kwietniowego wieczoru, którego doświadczał na uliczkach malowniczego Londynu. Tak gwałtowna zmiana otoczenia nie wróżyła dobrze, więc mimowolnie spiął się na silne poczucie niebezpieczeństwa.
Zanim zdążył spanikować, jego stopy uderzyły w lakierowaną podłogę z ciemnego, egzotycznego drewna. Potrząsnął gwałtownie głową na boki, aby odgonić mroczki majaczące przed oczyma i uspokoił swój przyspieszony oddech.
Spojrzał na równie zamroczonego mężczyznę u jego boku i zmrużył niebezpiecznie oczy. Lucjusz wyglądał, jakby nie przejął się humorami Severusa i wskazał ręką dookoła siebie, zapraszając przyjaciela do eksplotacji otoczenia. Rozejrzał się z ciekawością po nieznajomym pomieszczeniu. Niewielka przestrzeń, przypominała przedpokój. Drewniane ściany pomieszczenia, były porośnięte dość osobliwymi, tropikalnymi roślinami.
Na wprost znajdowały się duże drzwi ze złotą kołatką w kształcie jaguara. Prychnął. Nic nie mogło go bardziej zniesmaczyć, niż duży kot w stylu Gryffindoru.
Lepsze to, niż lew.
Lucjusz westchnął i spojrzał na Severusa z czymś co przypominało niepokój.
— Proszę... bądź cierpliwy. Odpowiem na wszystkie pytania, gdy będziemy w bardziej ustronnym miejscu. Nie mogłem wyjawić wiele, a ma to związek z przysięgą, którą złożyłem.
Severus poczuł znajomy uścisk żołądka na myśl o jakiejkolwiek przysiędze. Złożył w swoim życiu wystarczająco zaprzysiężeń i ostatnim czego pragnął w swojej powojennej egzystencji, to kolejna wiążąca przysięga. To miejsce musiało kryć w sobie wiele nielegalnych przedsięwzięć, skoro zmuszano uczestników do dochowania tajemnicy.
— Nie zamierzam składać wiążącej mnie przysięgi — warknął.
— Zapewniam cię, że żadna przysięga nie będzie obowiązywać, jeśli zdecydujesz się odejść z tego miejsca i nie wracać. Zaklęcia nałożone na klub, uniemożliwiają rozpowszechnianie informacji, które zdobędziesz dzisiejszego wieczoru.
— Żadne znane mi zaklęcia nie działają w ten sposób — zmarszczył brwi z nieufnością. — Nawet zakładając, że się nie mylisz, co w przypadku, gdy będę chciał wrócić?
— To, mój przyjacielu, jest pytanie na później.
Severus zacisnął zęby i ruszył w stronę drewnianych drzwi za Lucjuszem. Czekał spokojnie, aż przyjaciel zastuka kołatką w drzwi i był zaskoczony, gdy wejście otworzyło się na oścież i zobaczył uśmiechniętą twarz Luny Lovegood.
— Witaj panie Malfoy! — krzyknęła radośnie. — Oh, przyprowadziłeś gościa! — Dziewczyna entuzjastycznie pomachała ręką do Severusa i zamarła w chwili rozpoznania. — Profesor Snape? — Jej głos stał się nagle marzycielski, a wzrok nieostry. — Przypuszczałam, że prędzej czy później do nas trafisz. Będę szczęśliwa, jeśli zdecydujesz się zostać na dłużej. — Kobieta uśmiechnęła się szeroko i wykonała gest zapraszający do środka. Miała na sobie długą szatę w kolorze soczystej trawy, ozdobioną świętymi kwiatami. Przeciętna kobieta wyglądałaby śmiesznie w takim ożywionym stroju, ale pannie Lovegood dziwność dodawała uroku.
Severus był tak zaskoczony zobaczeniem Luny Lovegood w tym nieznanym miejscu, że przyjął gest bez mrugnięcia i wszedł za Lucjuszem do środka. Zobaczył jasne światło, promieniujące z pomieszczenia na końcu wąskiego korytarza porośniętego bujną roślinnością. Drobny żwir, wysypany na podłożu przejścia chrzęszczał pod jego butami. Zaletą posiadania nosa większego od całej reszty twarzy był wyczulony na wszelkie zapachy węch. Już jako małe dziecko potrafił odróżnić od siebie kilkanaście półproduktów zmieszanych w gulaszu jego matki. Zapach miejsca w którym się znajdował był na pewno obcy... dziki. Nie podróżował wiele po świecie, ale znał większą część zapachów roślinności. Tutaj, powietrze pachniało kwiatami w połączeniu ze świeżą wilgocią, którą wchłonął leśny mech.
Zmrużył oczy, aby przyjrzeć się pomieszczeniu do którego wprowadziła ich blondynka. Wysokie sklepienie przypominające wnętrze katedry zostało zaczarowane w taki sposób, że sufit wydawał się niebem widocznym zza gęstych koron drzew. Nie był to pokój per se, a raczej wielka polana. Zasadzono tu więcej egzotycznych roślin, a on z zazdrością stwierdził, że nawet jemu nie udało się wychodować niektórych gatunków. Odetchnął głęboko wilgotnym powietrzem i rozejrzał się w dalszym badaniu otoczenia. Szanował piękno natury i choć nigdy nie wyraziłby swojego zachwytu z głośnym uznaniem - musiał przyznać, że widok centralnej części terenu odebrał mu dech na krótką chwilę. Potężny, obity skałami wodospad zdobił większą część polany, a wysokie drzewa i krzewy utworzyły krąg wokół niego. Zauważył, że woda płynąca znad skał musiała być zaczarowana, ponieważ jej ujście znikało bez śladu w świeżo przystrzyżonej trawie.
Obrócił się twarzą do Lucjusza, który przyglądał mu się z ciekawością w towarzystwie małego, zadowolonego uśmiechu. Lovegood nalegała, aby usiedli na wypoczynku, znajdującym się pod półprzezroczystym baldachimem.
— Przyprowadzę kogoś, kto omówi z wami szczegóły — powiedziała Lovegood bujając się na piętach. — Nie jestem wystarczająco kompetentna, aby wprowadzić was w charakter Onca — uśmiechnęła się marzycielsko i podskakując jak mała dziewczynka zniknęła między gęstymi drzewami.
— Lucjuszu... — wyszeptał Severus i przerwał w pół wypowiedzi, odganiając małego kolibra, który zainteresował się guzikiem jego szaty. — A sio, poczwaro! — krzyknął głośno. Kolorowy ptak trzepotał skrzydłami przed jego oczyma, nie odpuszczając czarodziejowi, więc Severus wyciągnął różdżkę z ukrytej w połach płaszcza kieszeni i wbił jej koniec w tułów zwierzęcia. — Spróbuj przedziurawić mi szatę a obiecuję, że przerobię cię na składniki eliksirów — powiedział przeciągłym, niebezpiecznym głosem i zmrużył oczy na upierdliwego ptaka. — Przyda mi się pigment, który masz w tych małych, kruchych, pierzastych skrzydełkach.
— Merlinie, Severusie... — Lucjusz parsknął śmiechem, chwytając drugiego czarodzieja za nadgarstek, aby uniemożliwić mu skrzywdzenie ptaka. — Zostaw to biedne zwierze, jest po prostu ciekawski.
— A ja jestem niezadowolony z jego wyczynów — warknął na jasnowłosego mężczyznę. Spojrzał z satysfakcją na spłoszonego kolibra, który gwałtownie zatrzepotał skrzydłami i odleciał w stronę pobliskich krzewów. — Czym jest Onca? — zapytał, unosząc ciemną brew.
— Nie teraz, za chwilę wszystkiego się dowiesz. — Lekceważący ton Lucjusza zjeżył wszystkie włoski na jego ciele, ale postanowił nie komentować i uzbroić się w cierpliwość.
Czekali siedem minut i czterdzieści trzy sekundy w ciszy. Zastanawiał się czy jego obsesja na punkcie dokładności była skutkiem jakiegoś zaburzenia psychicznego. Zawsze miał silną potrzebę panowania nad sytuacją w której się znajdował, a większość jego życia opierała się na spełnianiu zachcianek dwóch wymagających mistrzów. Uwolnienie się od obowiązków podwójnego szpiega, spowodowało upragnioną kontrolę nad czasem, który poświęcał na przeróżne czynności dnia. Jego dzień wyglądał zazwyczaj tak samo - spał niewiele, jadał posiłki w Wielkiej Sali, prowadził lekcje z bandą kretynów, pracował nad formułą nowych eliksirów i czytał ulubioną literaturę. Czasami wychodził na krótki spacer do pubu pod Trzema Miotłami, aby wypić szklankę Ognistej Whisky lub po prostu poobserwować innych ludzi- zasięgając tym samym informacji o nowinkach w czarodziejskim świecie. Na tym kończyły się jego wzniosłe czynności i bardzo podobała mu się rutyna do której przywykł.
Przynajmniej nikt nie wtrąca się w moje sprawy.
Z zadumy wyrwał go stukot kroków, charakterystyczny dla wysokich obcasów, więc założył, że gdzieś na żwirowej dróżce korytarza którym weszli na polanę pojawi się kolejna kobieta. Nie mógł powstrzymać rozszerzenia oczu, gdy drobna postać wyłoniła się z wnętrza wodospadu i przeszła przez niego, jakby spadająca z niego woda nie miała formy cielesnej.
Muszę to później zbadać.
Lucjusz powoli wstał, więc Severus uczynił to samo nie ukrywając kwaśnego grymasu, który pojawił się jego twarzy. Kobieta, zbliżyła się do światła, więc Severus mógł zbadać jej wygląd. Jako były szpieg, starał się zapamiętać jak najwiecej detali i słabych punktów nowo poznanej osoby i w tym wypadku było podobnie. Rejestrował każde najmniejsze szczegóły jej sylwetki i kodował zdobyte informacje w analitycznym umyśle. Dość niska, szczupła, obcisły garnitur, gęste włosy. Badawcze spojrzenie, skupiło się na twarzy przybyszki i na początku jej nie poznał. Dopiero, gdy wielkie oczy w kolorze bursztynu skupiły się na nim, był w stanie połączyć fakty.
Wszędzie rozpoznam tę wszechwiedzącą iskrę w spojrzeniu.
— Granger — powiedział oschłym tonem i wykrzywił usta w drwiącym grymasie.
Dziewczyna uniosła brwi i uśmiechnęła się raczej chłodno, formalnie, ale nadal szczerze. Miał ochotę parsknąć śmiechem na absurd sytuacji. Teraz był pewien, że nie zabawi długo w tym miejscu.
— Dobry wieczór, profesorze Snape — odpowiedziała zdawkowo, podając mu rękę na powitanie.
— Nie jestem już twoim profesorem, panno Granger — odpowiedział swoim nauczycielskim tonem, unosząc brew na jej pomyłkę.
Dziewczyna uniosła wargi w małym uśmiechu, a w jej oczach błyszczało rozbawienie.
Co cię tak bawi, nieznośna smarkulo?
Przyglądała mu się oceniającym wzrokiem, lustrując jego sylwetkę od góry do dołu. Chciał wytknąć jej wścibską niegrzeczność, ale po chwili zwróciła pełną uwagę na blond czarodzieja i uśmiechnęła się ciepło.
— Miło cię widzieć ponownie, Lucjuszu. Czy masz się dobrze?
Ku kompletnemu szokowi Severusa, Lucjusz zarumienił się, spuszczając wzrok na swoje buty.
— Dziękuję Hermiono, czuję się bardzo dobrze — zmarszczył brwi. — Wiem, że nie ustaliliśmy konkretnej daty sprowadzenia Severusa. Wybacz, jeśli pokrzyżowaliśmy twoje plany. Mogę wrócić w innym terminie.
Hermiona Granger spojrzała na Severusa z ciekawością i usiadła na jednym z wypoczynków, wskazując drugi znajdujący się po przeciwnej stronie.
— Usiądziemy? Mamy wiele tematów do omówienia — powiedziała spokojnie, zakładając nogę na nogę.
Severus miał już dość tajemnic i nie zamierzał brać udziału w tej szaradzie. Nie miał pojęcia za kogo uważała się Granger, ale płaszczenie się Lucjusza przed jakąś zarozumiałą dziewczynką było końcem jego legendarnej samokontroli.
— Co się tutaj, na Merlina, dzieje? Co to za miejsce? — spojrzał na idiotę, który przyprowadził go do Alicji z Krainy Czarów w której Luna Lovegood pełniła rolę odklejonego królika. — Wystarczająco zaufania powierzyłem ci Lucjuszu i miałem wrażenie, że chcesz mi pomóc!
— Severusie, uspokój się. Hermiona wszystko ci wyjaśni — wyjąkał Lucjusz, niewiele przypominając strasznego śmierciożercę, który kiedyś nie spojrzałby na mugolaka z niczym innym, niż niesmak.
— Słyszysz się Lucjuszu? — rozszerzył oczy, nie wierząc w sytuację w której się znalazł. — Jej imię ledwo przechodzi ci przez gardło. Co ona ci zrobiła? Przeklnęła twoje jaja? — parsknął i uniósł brwi do lini włosów, gdy zobaczył wyraz twarzy Lucjusza. Najwyraźniej ta dziewczyna znaczyła dla niego więcej, niż przypuszczał. Być może mylił się, co do jego zmarłej żony, której nie da się zastąpić.
— Relacja między mną, a panną Granger nie jest twoim problemem, Severusie — wyprostował się mierząc go chodnym wzrokiem. — Przyszliśmy tu, aby rozmawiać o tobie i wspólnie znaleźć źródło twojego problemu.
— Nie mam zamiaru wylewać duszy przy mojej uczennicy! — warknął groźnie.
Hermiona przez cały czas obserwowała dwóch czarodziejów i cierpliwie czekała na chwilę ciszy.
— Świetnie. Skoro już skończyliście...
— Wcale nie skończyliśmy, głupia dziewczyno!
— Dobrze, dobrze. Czy napijecie się czegoś konkretnego? Mamy poncz śliwkowy, pokochacie to! — Odeszła od dwóch, ze zdumieniem wypatrujących się w nią czarodziejów.
Severus zacisnął pięści ze złości.
— Naprawdę, Severusie? Gdzie leży problem?—wyszeptał zdezorientowany Lucjusz. — Hermiona... ona nie jest już tą samą dziewczyną, którą uczyłeś.
— Doprawdy? Oprócz mniej krzaczastych włosów i odrobinę samokontroli w impulsach, nie widzę różnicy!
— Ah, tak tak... mam deja vu — parsknęła kobieta za plecami czarodziejów. — Pana sentymentalizm mnie wzrusza, panie Snape. — odwrócili się zgodnie, jak na komendę. Hermiona stała oparta o korę tropikalnego drzewa i wpatrywała się w nich z uprzejmym zainteresowaniem.
— O czym mówisz dziewczyno? Jaki sentymentalizm? — powiedział chłodnym głosem.
— Myślę, że zostawię tę zagadkę do samodzielnego rozwikłania — powiedziała zbyt zjadliwie, jak na jego gust.
Lucjusz miał w oczach cień porażki i Severus był ciekaw, dlaczego zależy mu na wdrożeniu jego osoby do tego śmiesznego Stowarzyszenia Tropikalnych Zbawców Świata. Zanim zdążył odpowiedzieć pyskatej czarownicy- przed nim aportowała się mała skrzatka, ubrana w schludną sukienkę w kolorze morskiej zieleni. Położyła napoje na niskim stoliku i zniknęła.
A propos stowarzyszeń...
— A więc znudziła się pani obrona tych stworzeń? Czy w drodze do uwolnienia skrzatów, stwierdziła pani, że dobrze byłoby je zniewolić, a potem za karę uwolnić? A może mała panna „wiem to wszystko", stosuje wystarczająco surowe kary, aby same się zbuntowały? — parsknął szyderczo Severus.
Wyraz twarzy Granger stał się całkowicie pusty, ale przez chwilę był w stanie wykryć w nim obrzydzenie.
Odepchnęła się od drzewa, wyprostowała plecy i spojrzała z politowaniem na Severusa.
— Uważam, że sprawy wewnętrzne klubu nie są pana sprawą, panie Snape. Nie mogę przejść, jednak, obojętnie obok tak krzywdzących oszczerstw. Jeśli już musi pan wiedzieć, wszystkie skrzaty domowe znajdujące się w klubie otrzymują wynagrodzenie. Na pewno zdajesz sobie sprawę, profesorze, ile starych rodów czystej krwi zostało zabitych lub uwięzionych w Azkabanie po wojnie. Skrzaty, które im służyły błąkały się po posiadłościach bez celu. Zaproponowano im pracę w Hogwarcie, ale zdecydowały się przyjąć moją ofertę.
Severus nie przyznałby się do tego, ale wewnętrznie się zgodził. Ponad setka skrzatów pozostała bez swoich czarodziejów, a zapewnienie im pracy było swego rodzaju błogosławieństwem.
— Rozumiem — powiedział krótko i odwrócił się w stronę Lucjusza. — Czy zechciałbyś wyjaśnić dlaczego zostałem tu przyprowadzony?
Lucjusz patrzył na niego z chłodną kalkulacją, a Granger odchrząknęła, przykuwając jego uwagę.
— Najlepiej, jeśli ja wyjaśnię naturę tego miejsca. Kluczem do zrozumienia celu jest cierpliwość i otwarty umysł, czy jest pan w stanie się uspokoić, panie Snape?
— Oczywiście, jestem oazą spokoju — warknął, mrużąc niebezpiecznie oczy na wszystkowiedzącą wiedźmę.
Granger tylko spojrzała na sufit i westchnęła głęboko.
— Rozpoczęłam przyjmowanie członków w rocznicę zakończenia wojny. Jestem obecnie jedyną właścicielką tego miejsca i tym samym osobą decyzyjną w każdej kwestii. Zebranie zaufanych osób, które pomogą mi udoskonalić klub zajęło najwięcej czasu.
Uniósł brew z niechętną ciekawością i rozłożył ramiona na oparciu kanapy w wygodniejszej pozycji.
— Świetnie, Granger — powiedział szyderczym głosem. — Jeśli będziesz się tak ociągać w udzielaniu informacji, to wychodzę. Czym się zajmujecie i jak macie zamiar udzielić mi pomocy, której — wskazał lekceważącym gestem na obrażonego Lucjusza — ... według tego kretyna potrzebuję?
— Coż, mamy specjalistów w różnych dziedzinach. Zajmujemy się leczeniem ciała, duszy i umysłu. —Spojrzała na niego z małym porozumiewawczym uśmiechem. — Zapewniamy również potrzebną rozrywkę, umożliwiając realizowanie scen dominujących i uległych partnerów — przygryzła wargę, jakby usiłowała powstrzymać wybuch śmiechu, na widok jego pobladłej twarzy. — Reasumując, między innymi spełniamy fantazje i zaspokajamy cielesne potrzeby i pragnienia.
ŻE CO?!
Wstał z aksamitnej kanapy, prostując ubranie zamaszystym gestem i spojrzał ostro na Lucjusza.
— Przyprowadziłeś mnie do burdelu? — powiedział wykrzywiając wargi z niesmakiem, a oczywista pogarda zabarwiła jego chłodny ton głosu.
Lucjusz nie ruszył się z miejsca, przyglądając się Severusowi z kwaśnym grymasem, przypominającym powąchanie czegoś wyjątkowo obrzydliwego.
— To nie burdel Severusie. Seks, nie jest nieodłączną aktywnością, choć przyznaję, że to miły dodatek — uśmiechnął się porozumiewawczo. — Poza tym, jeśli nie chcesz... nie wydasz tu, ani jednego galeona — parsknął. — Z moich informacji wynika, że domu rozpusty nie prowadzi się na takich warunkach.
Niezrażona Granger przerwała ich rozmowę.
— Panie Snape, nie dowiesz się szczegółów, jeśli będziesz uprzedzony.
— Nie widzę potrzeby dalszego wyjaśniania. Najwyraźniej odnosicie błędne wyobrażenie, że jestem... jak to się mówi... — Postukał palcem w bronę z udawaną refleksją. — ... niedowartościowanym, napalonym staruszkiem. Dziękuję za gościnę i odrobinę rozrywki. Teraz pozwólcie, że oddalę się z tej żałosnej imitacji sekty. — Zwrócił się w stronę drzwi, ale Lucjusz spojrzał na niego błagalnie. Severus doszedł do wniosku, że i tak do końca dnia będzie miał wizję splątanych w orgii ciał, więc nie zaszkodzi posłuchać, co Granger ma do powiedzenia.
Wspomniana czarownica założyła nogę na nogę i oparła podbródek na splecionych rękach.
— Nikt nie zmusi pana do cotygodniowych schadzek w prywatnych pokojach Onca, swoją drogą to nazwa klubu. Świadoma decyzja, jest podstawą do uczestnictwa w naszych aktywnościach. Zapewniam, że każdy nowy członek ma wątpliwości i obawy.
— Wcale się nie obawiam.
— Ależ tak. Mam doświadczenie z trudnymi przypadkami.
Severus chciał udowodnić, że doprawdy potrafi być jej największym koszmarem, ale powstrzymał się od komentarza.
Jako młody mężczyzna, natrafił na termin BDSM. Znalazł go w magazynie zarekwirowanym uczennicy półkrwi, w swoim pierwszym roku nauczania eliksirów w Hogwarcie. Wiedział, że w świecie mugoli istnieją miejsca zajmujące się tego typu czynnościami, jednak nie zagłębił się w temat, skupiając uwagę na doskonaleniu umiejętności w swoim fachu oraz nauczaniu skretyniałych durniów. Zaspokajanie potrzeb seksualnych było jego najmniejszym zmartwieniem, nie licząc okazjonalnych sesji masturbacji pod prysznicem. Nie lubił ignorancji, a podawanie argumentów niepodpartych żadną konkretną wiedzą i doświadczeniem przyprawiało go o ciarki, więc postanowił znaleźć trochę pożytku w dzisiejszym wieczorze i rozjaśnić dotychczasowe pojęcie tematu.
Usiadł na kanapie, patrząc na Granger oceniająco.
— Dlaczego miałabyś prowadzić dom rozpustnych, zgrzybiałych staruszków, Granger? — Usłyszał, jak Lucjusz krztusi się z powstrzymywanego śmiechu, ale nie zamierzał zaszczycać go choćby jednym, pogardliwym spojrzeniem.
To on wpakował mnie w ten szajs!
— Jest wiele powodów, dla których zdecydowałam się stworzyć Onca. Część z nich wynika z osobistych preferencji. — Zmarszczyła czoło, przerzucając przez ramię garść gęstych loków. —Jednak podstawą była obserwacja moich przyjaciół oraz reszty magicznej społeczności.
— Uważasz, że to miejsce jest odpowiednie dla mnie? — zapytał z nutą sarkazmu w głosie, przyglądając się swoim paznokciom w pokazie kompletnego braku zainteresowania.
— Tak. Na podstawie moich własnych obserwacji oraz informacji dostarczonych przez Lucjusza.
Severus spojrzał chłodno na przyjaciela.
— Widzę, że prowadziłeś ożywione rozmowy na mój temat. Być może... — wyszeptał groźnie, piorunując czarodzieja wzrokiem. — ... powinienem mieć wątpliwości, co do twojej lojalności.
Lucjusz otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Granger przerwała jego wypowiedź.
— Dość — powiedziała dosadnie. — Zastraszanie, szantaż lub jakikolwiek rodzaj przemocy bez zgody, jest w tym budynku nieakceptowalny. — Ma pan dwie opcje. Pierwsza, to natychmiastowe opuszczenie Onca, druga - dostosowanie się do moich wytycznych i zwiedzenie klubu, które umożliwi późniejsze podjęcie decyzji. — Zdeterminowany wyraz przebiegł przez jej zarumienioną twarz. — Męska decyzja.
Severus był zbyt ciekawskim człowiekiem, żeby przegapić zwiedzanie lokalu. Myśl, że coś takiego działo się za jego plecami, powodowała w nim uczucie zapadania w żołądku. Ile jego znajomych lub bliższych kolegów uczestniczyło w tej szaradzie?
Miał ochotę wybuchnąć śmiechem na wizję Hermiony-patrz-macham-ręką-Granger udzielającej mu rad w kwestii zaspokajania jego cielesnych potrzeb.
Merlinie, zmiłuj się!
— Zgadzam się na twoje warunki, Granger. Muszę zaznaczyć, że Twój czas będzie zmarnowany. Zapewniam, że mimo zamiłowania do czerni, nie dam wcisnąć się w skórę i kajdany.
Granger uśmiechnęła się z rozbawieniem.
— Na pana szczęście, niewiele osób decyduje się na skórę. Przynajmniej w miejscach ogólnodostępnych.
Pomyślał, że mogła się po nim spodziewać chęci zbadania wszystkich zakątków klubu, sądząc po jej zadowolonym wyrazie twarzy.
Rola kierownika wycieczki sprawia ci przyjemność, co Granger?
Musiał przyznać, że wydoroślała. Rzadko patrzył na kobiety, jak na coś innego, niż źródło informacji, bo lata szpiegowania nauczyły go ograniczonego zaufania do drugiego człowieka. Nie umawiał się na randki, a od ostatniej, bliższej relacji minęło ponad dwadzieścia lat. Nie mógł narażać drugiej osoby na większe niebezpieczeństwo, a życie podwójnego szpiega nie wróżyło świetlanej przyszłości dla kobiety śmierciożercy, pieska Dumbledore'a. Po wojnie starał się działać w tym temacie, ale po nieudanej próbie zarzucił sobie idiotyzm i kryzys wieku średniego. Był z natury dumnym człowiekiem i nigdy nie przyznałby się, jak bardzo brakuje mu bliskości kobiety.
Coś nie pasowało mu w tej nowej Granger. Oprócz wizualnej zmiany... (nie mógł stwierdzić czy na lepsze, czy na gorsze, bo Granger była po prostu... hmm... pospolita?) miała w oczach dziwną iskrę. Sam fakt, że stworzyła tak oryginalne miejsce powodował impuls odkrycia jej wszystkich życiowych celów.
Podejrzewał, że każdy, szanujący się mistrz eliksirów miałby ochotę ją rozkroić i sprawdzić jakie tajemnice kryje w środku.
— Lucjuszu, nie będziesz na razie potrzebny. Poczekaj na nas w białym pokoju. Oprowadzę naszego gościa i później zajmiemy się formalnościami. — Panna Granger posłała blondynowi znaczące spojrzenie.
Severus zauważył, że Lucjusz zerknął na niego z czymś przypominającym zazdrość. Zastanawiał się, czy rzeczywiście coś go łączy z panną Granger. Uśmiechnął się szyderczo.
Powinienem wystawić jego cierpliwość na próbę.
Wstał i podał rękę Granger, próbując zaoferować pomoc. Ku jego zdumieniu, kobieta spojrzała na niego z politowaniem, jakby dokładnie wiedziała, co zamierza zrobić, ale grzecznie wsparła się na jego dłoni. Zaproponował jej ramię na dalszą cześć drogi, ale spojrzała na niego chłodniej.
— To miłe... — wycedziła słowo „miłe", jakby miało zupełnie inne znaczenie. — z pana strony, ale zapewniam, że nawet w tych butach, potrafię samodzielnie chodzić.
Severus nie skomentował, podążając za nią korytarzem. Starał się nie zwracać uwagi na kołysanie jej bioder. Rozglądał się więc po holu do którego weszli. Na jego końcu, przy małym stoliku siedział skrzat domowy, ubrany w białą koszulę i czarne, eleganckie spodnie.
— Witaj ponownie Melwin, przyprowadziłam gościa. Urządzimy sobie małe zwiedzanie, dobrze? Czy mógłbyś poinformować pozostałych?
Mały skrzat domowy spojrzał na Granger z uwielbieniem i żwawo skinął głową.
— Wszystko czego panienka Hermiona sobie zażyczy! Życzenie panienki Hermiony Granger, jest rozkazem dla Melwina! Dzień dobry, paniczu Severusie Snape! Melwin cieszy się, że ma zaszczyt poznać panicza osobiście! — Mały skrzat prawie spadł z krzesła przez swój entuzjazm, a Severus spojrzał z zainteresowaniem na Hermionę.
Uśmiechała się ciepło do skrzata. Mógł się założyć, że jest jednym z jej ulubieńców.
— Otwórz nam drzwi Melwin i postaraj się o dostępność wszystkich dozwolonych pomieszczeń.
— Dobrze panienko, już załatwione panienko!
Melwin pstryknął palcami otwierając drzwi, a następnie zniknął z cichym pyknięciem.
— Czy mogę zwracać się do pana po imieniu, panie Snape? Tylko na potrzeby dzisiejszego wieczoru. Zależy mi na przyjemnej atmosferze. Onca, to mój dom, a gości traktuję, jak członków rodziny. Obiecuję, że jeśli zdecydujesz się odejść bezpowrotnie, wrócimy do formalności.
— To nie będzie problem, zwracaj się do mnie jak chcesz — westchnął niecierpliwie, machając lekceważąco ręką. Nie obchodziło go w jaki sposób go nazywała, bo i tak więcej tu nie wróci.
— W takim razie, Severusie... — zamruczała, testując imię czarodzieja na języku. —... na pewno zainteresuje Cię fakt, że zabezpieczenia w klubie są związane z magią skrzatów. Żaden czarodziej nie będzie w stanie otworzyć drzwi samodzielnie. Ma to związek z ogólnym bezpieczeństwem weekendowych mieszkańców.
Severusowi nie spodobał się nieprzyjemny dreszcz, który przebiegł wzdłuż jego kręgosłupa na dźwięk jego imienia wychodzący z jej ust. Spoufalanie się z byłą uczennicą, najwyraźniej negatywnie wpływało na jego organizm, co obiecał sobie zapamiętać i już nigdy więcej nie godzić się na taką swobodę. Na szczęście dla niego, Granger zaskoczyła go drugą częścią wypowiedzi.
— Poważnie, Granger? Myślałem, że jesteś bardziej rozsądna — prychnął szyderczo, unosząc brwi do lini włosów. — Dlaczego miałabyś powierzać pełną kontrolę wolnym skrzatom domowym?
Hermiona skierowała na niego zaciekawiony wzrok i jej brwi również poszybowały w górę.
— Nigdy nie powiedziałam, że skrzaty są wolne.
— Nie rozumiem — zmrużył oczy. — Mówiłaś, że skrzaty dostają wynagrodzenie. Poza tym, zwróciłem uwagę na ich swobodny ubiór. Nie noszą szmat, jak zniewolone stworzenia. Doskonale pamiętam twoje stowarzyszenie wzywające do uwolnienia skrzatów i pozostawienia ich na pastwę losu, nie mówiąc już o tych głupich plakietkach, które rozrzucałaś po całej mojej klasie — syknął.
— Masz rację — zachichotała radośnie, praktycznie podskakując w miejscu. — W szkole również podpaliłam twoje szaty na meczu Quidditcha oraz ukradłam składniki, aby uważyć wielosokowy na drugim roku.
— TO BYŁAŚ TY?! Myślałem, że Potter ukradł składniki! — rozszerzył oczy, czując się niezwykle oszukany.
— Byliśmy dziećmi z misją odkrycia dziedzica Slytherinu.
— Misja najwyraźniej się nie powiodła. Skończyłaś w skrzydle szpitalnym plując futrem.
— Rzeczywiście w moim przypadku nie wszystko poszło zgodnie z planem, jednak Harry i Ron zmienili się w Crabba i Goyle'a, wkradli do pokoju wspólnego Ślizgonów i zrobili pokaz aktorstwa, podczas przesłuchania Draco.
— Myśleliście, że Draco jest dziedzicem? Merlinie...
Hermiona roześmiała się z humorem i spojrzała na Severusa szczęśliwymi oczami. Nie był gotowy na tak szczere, promienne spojrzenie z jej strony i trochę stracił wątek. Gardził ludźmi... zwłaszcza tymi, którzy powodowali u niego zakłopotanie, ale zwykle nie był odbiorcą szczerego uśmiechu.
Granger spoważniała i ruszyła szybciej wąskim korytarzem. Mijali drzwi znajdujące się po każdej ze stron i był niezwykle ciekawy ich zawartości.
— Co znajduje się w tych pokojach? — zapytał z zainteresowaniem, podchodząc do zamkniętych drewnianych drzwi.
— Prywatne mieszkania — zerknęła przez ramię i wzruszyła ramionami, nie tracąc tempa. —Szanujemy prywatność, więc są strefą zakazaną dla odwiedzających — dodała z karcącym spojrzeniem, gdy ręka Severusa powędrowała w stronę złotej klamki.
— To miejsce wydaje się duże — stwierdził fakt, myśląc głośno.
— Magia. Zwłaszcza magia skrzatów domowych, jest niesamowita. Poświęciłam sporo czasu na badania i wierz mi, że większość wniosków, które udało mi się wyciągnąć byłyby dla ciebie łakomym kąskiem — mrugnęła do niego żartobliwie. — Wracając do tematu od którego odbiegliśmy, skrzaty są ze mną związane. W końcu zrozumiałam ich potrzeby. Wiem, że nie powinno się zmieniać ich natury. Zostały wychowane na uległych towarzyszy, więc zapewniam im to, czego oczekują i nie odbieram im możliwości samodzielnego podejmowania decyzji.
Jeden ze skrzatów zdecydował się być wolny i zostało to w pełni uszanowane. Obecnie pracuje w Hogwarcie.
Hermiona spochmurniała po raz pierwszy tego wieczoru i spojrzała na Severusa z wyrzutami sumienia wypisanymi na twarzy.
— Byłam ignorantką. Sugerowałam się przykładem Zgredka, który chciał uwolnić się od złego traktowania oraz tragedią Mrózki, której byłam świadkiem. Zakładając stowarzyszenie WESZ nie rozmawiałam wiele z innymi skrzatami, a gdy miałam takową okazję, nie chciałam zrozumieć ich spojrzenia na świat i odwiecznych tradycji.
Severus był w stanie zrozumieć zakłopotanie Hermiony. Wychował się w mugolskim świecie i za dzieciaka często nie rozumiał czarodziejskich zwyczajów.
— Melwin wygląda na szczęśliwego ze swojej pracy. Do kogo należał wcześniej?
— Lestrange — wykrzywiła wargi w krzywym grymasie pogardy.— Był traktowany jak śmieć.
— Mogę to sobie wyobrazić — burknął Severus.
Zeszli w dół po kamiennych schodach. Temperatura korytarzy wydawała się o wiele niższa, niż na wyższych piętrach, więc odetchnął z ulgą na deficyt parnego powietrza w płucach. Hermiona poprowadziła ich wąskim korytarzem w stronę dużego pomieszczenia ze sceną i eleganckim barem w kącie.
— To część wspólna. Najczęściej wykorzystujemy ją do inicjacji nowych członków, pokazów publicznych i małych uroczystości indywidualnych. Część członków decyduje się na obchodzenie urodzin w klubie.
— Nie widziałem nikogo oprócz Lovegood i oczywiście Lucjusza — burknął. — Gdzie jest reszta?
— Oh, klub był zapełniony, ale w związku z twoją obecnością odesłaliśmy członków do ich mieszkań lub bardziej ustronnych miejsc, jeśli jeszcze nie skończyli zabawy. Szanuję prywatność moich gości, Severusie. Żaden członek nie zostanie ujawniony, jeśli nie jest to konieczne. Widziałeś już Lunę. Nie ma problemu z utożsamianiem się z klubem. Ujawnienie Lucjusza było konieczne do sprowadzenia cię tutaj.
— Granger... — wyszeptał głębokim tonem, nieświadomie intonując nazwisko, jak pieszczotę.
Zauważył, że znieruchomiała i spojrzała na niego z zaskoczeniem. Nie chciał wprowadzać niezręczności, więc szybko kontynuował.
— Jestem pewny, że przy takiej organizacji i prywatności, większość osób jest zadowolona z członkostwa. Mam jednak wątpliwości, co do twoich zamiarów wobec mnie. Nie jestem łatwym człowiekiem do negocjacji, a na razie mam jedynie ochotę stąd wyjść.
Hermiona uśmiechnęła się delikatnie i powiedziała dość czule.
— Nawet w moich najbardziej szalonych snach, nie podejrzewałabym cię o bycie łatwym człowiekiem. Nie zakładam, że uda mi się ciebie przekonać, ale wiem z doświadczenia, że potrzeba kontroli lub poddania sprawi ci ulgę, a może i nawet przyjemność. Poza tym, głównym celem tego miejsca jest zapewnienie bezpieczeństwa i swobody. Nie musisz uczestniczyć we wszystkich aktywnościach, które oferujemy. Właściwie, nikt jeszcze tego nie dokonał — zaśmiała się i zerknęła na niego przez ramię. — Jeśli chcesz po prostu wypić herbatę i poczytać w spokoju książkę, zapewnimy ci odpowiednie miejsce w którym wyciszysz umysł. Możemy też znaleźć ci chętnego partnera lub partnerkę do odkrywania cielesnej przyjemności. Wszystko zależy od ciebie.
Severus poczuł, że się rumieni. Nie mógł nic poradzić na niewielką ekscytację tym pomysłem. Od lat odmawiał sobie pragnień, więc jego samokontrola w tym temacie, wisiała na włosku. Po chwili znieruchomiał i poczuł gwałtowny skurcz w trzewiach.
O czym ja do jasnej dupy Merlina myślę? Nie powinienem przychodzić do tego miejsca! Dałem się skusić, a ta wiedźma obiecuje mi jakieś złote góry i czytanie pieprzonych książek w spokoju!
Właśnie wtedy, gdy pomysł dołączenia do sekty Hermiony Granger, zaczął nabierać większego sensu i właściwie spodobała mu się opcja poznania szczegółów, uświadomił sobie, że nie będzie w tym klubie anonimowy. Profesor Snape, prywatnie i publicznie tłusty znietoperzały dupek znajdujący się w klubie z cotygodniową sesją publicznej orgii. Nie mógł pozwolić na takie upokorzenie.
Skończ to szybko i wyjdź z tego miejsca, teraz!
— Obawiam się, że widziałem już wystarczająco. Na mnie już czas — powiedział chłodno i odwrócił się w stronę wyjścia.
Hermiona niespodziewanie zachichotała, więc zatrzymał się i spojrzał na nią z niedowierzaniem. Pokręciła głową i powiedziała prawie czule
— Nie ma potrzeby wypierania się poczucia ekscytacji lub drobnego zainteresowania tematem. Zapewniam, że wszytko o czym rozmawiamy, pozostanie między nami.
Severus mógł założyć się o swój skarbiec w Banku Gringotta, że Granger właśnie użyła na nim Legilimencji. Musiał uważać, bo ta kobieta zaczynała go przerażać. Czytanie ludzi wyłącznie po mowie ciała było jego nieodłącznym elementem każdej interakcji z drugim człowiekiem.
Nie zastanowił się jednak, dlaczego poczuł nagły przypływ ulgi, że irytująca wiedźma była w stanie go zrozumieć.
